Rzecz dotyczy co prawda osoby nieubezpieczonej i niezarejestrowanej w PUP, ale zwrócić warto tutaj uwagę na czysto ludzki aspekt problemu. Otóż moja siostra od jakiegoś czasu żyła w wolnym związku z mężczyzną. Wiadomo, każdemu wolno kochać. I każdy człowiek ma prawo do godnego życia. Niestety ów mężczyzna pomimo swych chęci do pracy, nie mógł być zarejestrowany w urzędzie pracy, a tym samym ubezpieczony, gdyż miał skręconą nogę w kostce.
I tutaj kłaniają się polskie realia. Aby jakakolwiek osoba mogła być zarejestrowana w urzędzie pracy, musi być zdrowa. Aby osoba mogła skorzystać ze zwykłej poradni lekarskiej, musi być zarejestrowana w urzędzie pracy i to jest furtką do ubezpieczenia, a tym samym do udzielenia pomocy lekarskiej. Tak więc kółko się zamyka. Wszystko było ok, ale do czasu. Człowiek jak wiadomo się starzeje, z upływem czasu zdrowie też nie dopisuje. Kiedy więc życiowy partner mej siostry zaczął mieć dolegliwości, ta naturalną koleją rzeczy szukała jakiejkolwiek pomocy u lekarzy pierwszego kontaktu, by przyszli na wizytę domową. Nie wiem jakie były powody, ale wiem jedno - taka postawa lekarza w żaden sposób nie licuje z rolą do której powołany jest każdy lekarz.
Kiedy sytuacja z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień i z dnia na dzień stawała się coraz bardziej dramatyczna - wszakże chodziło tu o ludzkie życie - koniecznością było wezwanie pogotowia. Dwukrotnie w ciągu półtora miesiąca wezwany personel medyczny pogotowia ratunkowego nie udzielił żadnej pomocy. Ba, nawet nie stwierdził żaden z lekarzy co dolegało partnerowi mej siostry. Za drugim razem już o własnych siłach nie mógł wstać z wersalki. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy schudł, z człowieka otyłego stał się chudy niczym patyk. Po wielu nieprzespanych nocach, nad ranem 8 stycznia po awanturze z dysponentką pogotowia ratunkowego wreszcie szanowni Panowie zabrali wychudzonego człowieka do szpitala miejskiego.
Gdyby udzielono mu takowej pomocy wcześniej, wciąż by żył. Niestety, nazajutrz zmarł.
(Ryszard Czaban)