Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

9529 miejsce

Obce matki też płakały

Gdy ucichły wojenne wichry, gdy Opeln stawało się Opolem, Glatz - Kłodzkiem, na stole paliła się świeczka, obok stała fotografia uśmiechniętego chłopca w niemieckim mundurze. Są takie cierpienia innych, że odbieramy je jako swoje...

Wikipedia, http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Polish_farmers_killed_by_German_forces,_German-occupied_Poland,_1943.jpg&filetimestamp=20070618204940 / Fot. Stefan Bałuk, Władysław Choma, Tadeusz Kinowski, Stanisław Kopf, Bolesław Malmurowicz, Stefan Józef Stryjniak, Dawid Szmulewski, Jerzy TomaszewskiObce matki też płakały. Ta historia jest prawdziwa, napisana sercem i współczuciem...

Historia z czasów, gdy Ziemie Odzyskane na mocy decyzji politycznej Wielkiej Trójki przeszły, kosztem utraty Ziem Wschodnich pod jurysdykcję Polski. Ziemie te - dawne księstwa śląskie i inne - traciliśmy przed wiekami, ulegały one stopniowej germanizacji, gdy z różnych przyczyn wzrok polskich królów skierowany był na Wschód.

Ucichły wojenne wichry... Zaczął się czas lizania ran... Nowy rząd wzywa Polaków do zasiedlania przyznanych nam Jałtą ziem. Przyjezdżają transporty repatriantów z Kresów, górników z Francji, żołnierzy od Andersa, niewolników z obozów niemieckich, z Syberii i Kazachstanu.

Urząd repatriacyjny PUR starał się jakoś napływające rzesze rozlokować. Był taki czas,
gdy obok siebie z konieczności mieszkali ci, których z ich rodzinnych domów wypędzono,
z tymi, którzy nie ze swojej indywidualnej winy musieli swoje domy wkrótce opuścić. Krzywda ludzka ma wiele twarzy...

***
Może tę historię rozpocznę tak:
Trochę przyjemności. Pęczniejący brzuch. Słychać już bijące serduszko. Jakieś nudności, jakieś obrzęki, ale trzeba przez to przejść, to tylko 9 miesięcy. Wnet pojawi się nowy, malutki
człowieczek. Nim się urodzi, ile marzeń i ile troski. Żeby najlepiej był to pierwszy chłopiec, ale jeśli nie, to najważniejsze, by dziecko było zdrowe. I wreszcie rozwiązanie. Cierpienie kobiety i pierwszy krzyk niemowlaka. Hurra! Jest chłopiec! Cieszy się ojciec i opija to wydarzenie z kolegami.

Latka lecą; kończy się dzieciństwo, szkoła i już o zucha dopomina się wojsko. Tu dadzą mu w kość; nauczą maszerować, salutować, strzelać. Maminsynek przekształca się w żołnierza, który bez szemrania wykona każdy rozkaz. Bogiem jest kapral i sierżant. Przez ćwiczenia do doskonałości. Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju - mawiają! Padnij, powstań, padnij, powstań, czołganie. Och, mamo, po co mnie urodziłaś, by teraz kapral znęcał się nade mną.

I tak było lub nadal jest w każdej armii świata. Wybijają rytm żołnierskie buty w takt marsza. Przysięga wojskowa, orkiestra, sztandary. Jesteśmy gotowi bronić ojczyzny! Ale wiadomo, żołnierze to tylko mięso armatnie. Świat nie ma chwili spokoju. Zawsze gdzieś jest wojna i leje się krew. Dla jednych są wojny sprawiedliwe, dla drugich niesprawiedliwe.

Nie ma większej tragedii, gdy w jakimś kraju pojawi się nawiedzony polityk, który na bazie ogólnego niezadowolenia, swoją kłamliwą ideologią porwie i ogłupi naród - nadchodzi wtedy
czas apokalipsy - rewolucja lub wojna. Niech przykładem będzie tu tylko XX wiek. Wiek dwóch wojen światowych, rewolucji, gdzie życie straciły miliony żołnierzy i cywilów. Wylano morze krwii i morze łez...

Opowiem tu taką krótką historię, jaka zdarzyła się naprawdę w czasie powojennym, gdy niemieckie Opeln stawało się Opolem, Glatz – Kłodzkiem, a wieś Peterwitz – Stoszowicami. W tych to Stoszowicach, po tułaczce najpierw transportem z Nadwórnej na Pomorze Zachodnie, do zmasakrowanego twardą obroną Niemców miasta Chojny, potem nie mogąc tam wytrzymać od nieprzeliczonych komarzych rojów, drugim transportem w ramach łączenia rodzin, wujostwo
Rowińskich z małym dzieckiem zajmuje mieszkanie w domku, w którym są jeszcze dwie rodziny niemieckie. Jedna to rodzina Hipnera, bednarza z browaru z dziećmi, dwójką małych chłopców,
druga murarza Rycharda Pitzaz żonąi córką Lizą – starsi już ludzie, biedni wyrobnicy uwłaściciela dominium.

Wujek - Franek Rowiński nie chce gospodarstwa; jest doskonałym mistrzem malarskim i w tym fachu potrafi utrzymać rodzinę. Jego koledzy, którzy pozajmowali już domy w Kudowie i Lądku zachęcają go do przyjazdu, gwarantują dobry niezajęty domek. Ale tu trafia na zdecydowany opór żony Bronisławy, która ma niezachwianą pewność, że na pewno prędzej czy później wszyscy wrócą do swoich domów pozostawionych na Wschodzie. Tak jest - ciocia Bronia
z malutkim Rysiem nie chce już żadnych przenosin! Transportem z Nadwórnej jechali kilka tygodni razem z rodziną Hanusów, ciesząc się, że ci wieźli ze sobą krowę i maluchowi nie brakowało mleka. Teraz, po przyjeździe z Chojny do Stoszowic, ma już dach nad głową – mały pokoik z kuchnią i żadnych przeprowadzek sobie nie życzy. Niech sobie wille zajmują inni.

Jak już wspomniałem, Polacy z różnych stron Polski, w większości przesiedleńcy zza Buga i Sanu, gnani wiatrem historii, pozajmowali już gospodarstwa rolne i gospodarzą z byłymi, niemieckimi właścicielami. Front tu nie dotarł, nic nie jest zniszczone. Ziemia dobra i urodzajna. W wiosce jest zabytkowy, średniowieczny zameczek rycerski. Jego właściciel miał dużo pola- dominium, uprawianym przez najemników.

W Stoszowicach, jak i w każdej innej tu miejscowości, stał pomnik upamiętniający poległych za Vaterland w pierwszej wojnie światowej - żołnierzy z Peterwitz. Podczas tej drugiej - światowej, wywołanej przez Hitlera, każde zawiadomienie rodziny o śmierci syna odbywało się z honorami. Urzędnik z Gestapo z wielką pompą ogłaszał, że taki to a taki poległ bohatersko za ojczyznę i rodzina powinna być dumna, że wychowała takiego bohatera.

Tak było na początku, gdy Niemcy prawie bez wystrzału zajmowali coraz to inne państwa, jak Austrię, Czechy i potem, gdy po krótkich, miesięcznych bojach padła Polska i Francja. Jak też na początku fantastycznych, błyskawicznych zwycięstw w Rosji, gdy Rosjanie tysiącami poddawali się bez walki, a wkraczających Niemców na Ukrainie jak wyzwolicieli witano transparentami oraz chlebem i solą (!)

Ale to się dość szybko skończyło. Opór tężał. Coraz częściej, a potem prawie codziennie urzędnik nosił do kogoś zawiadomienie o poległym żołnierzu; na takim czy innym froncie, a frontów było coraz więcej. Gdy odwroty, wprawdzie zawsze "na z góry zaplanowane pozycje"
-stawały się coraz częstsze, ginęło tych żołnierzy coraz więcej. Gdy pojawiał się na ulicy wiadomy urzędnik, kobiety mdlały, dopiero gdy mijał dom - oddychały z ulgą... Tych zawiadomień przybywało lawinowo - pogarszając morale społeczeństwa.

Zrezygnowano przeto z tej formy powiadomień i tę niewdzięczną funkcję zepchnięto na pastora lub księdza. Przecież każdy niemiecki żołnierz nosił pas z klamrą i napisem „Got mit Uns”(Bóg jest z nami)... Czy naprawdę Bóg sprzyjał Adolfowi, że mu tak dobrze szło? Myślę jednak, że Bóg, jeżeli w ogóle tym się zajmuje, uznał, że nie będzie sprzyjał najeźdźcom i szala wojny zaczęła przechylać się na drugą stronę. Megafony, które do tej pory ryczały i wieściły coraz to nowe niemieckie zwycięstwa, cichły...

Niemcy, którzy znarkotyzowani pierwotnymi sukcesami „hajlowali” i z radością podnosili ręce w faszystowskim pozdrowieniu, teraz, gdy wojna wdarła się do ich kraju, gdy płonęły ich fabryki i bombardowane miasta, zaczęli tracić ducha, choć Goebbels - minister propagandy Rzeszy obiecywał nowe, cudowne bronie i pewne zwycięstwo.

Jaki był koniec Tysiącletniej Rzeszy - wiemy. Miliony zabitych, rannych i zaginionych żołnierzy z obu stron. Zmiany granic. Eksodus ludności. Wracali zdemobilizowani żołnierze, przymusowi robotnicy, więźniowie z obozów. Pozrywały się przez wojnę rodzinne więzi. Często rodzinne
strony leżały już poza nowymi granicami Polski.

Wioska Peterwitz stała się polskimi Stoszowicami. Na pomniku nie starczyłoby już miejsca, by dopisać z setkę zabitych Niemców, synów tej ziemi. Kto z resztą miałby to zrobić i po co w polskich już Stoszowicach. Były inne ważniejsze sprawy.

Wujek miał pracę i dojeżdżał do niej rowerem chyba z 20 km, chociaż mógł zająć rezerwowaną
przez kolegów wilię w Polanicy i mieć pracę na miejscu. Ciocia opiekowała się dzieckiem. Malutki Rysio bawił się z niemieckimi dziećmi, sąsiadami zza ściany.

Pewnego razu, Niemka – sąsiadka z piętra, poprosiła ciocię na górę. Ciocia podreptała z dzieckiem po schodach i zobaczyła taki oto widok: w pokoju na stole paliła się świeczka i obok stała fotografia uśmiechniętego chłopca w niemieckim mundurze - syna sąsiadki. - Frau Bronia -
powiedziała - dziś mój syn ma Geburstag; gdyby wrócił z wojny miałby 21 lat... W jej oczach
pojawiły się łzy... Matka Niemka chciała poskarżyć się matce Polce na swój los...

Ot, jej Hans poszedł na wojnę i nie wrócił. Cioci też zaszkliły się oczy. Są takie cierpienia innych, że odbieramy je jak swoje. A przecież był to żołnierz wrogiej armii. To nie Polska napadła na Niemcy i podpaliła Europę.

Nie wiadomo jak zginął i kiedy zginął jej Hans. Może był marynarzem w U-Boocie i zatapiał
alianckie statki idące w konwojach, a potraktowany bombami głębinowymi eskorty leży na dnie Atlantyku w stalowej trumnie zgniecionego wraka. Może w panterce Afrika-Korps pod pancerzem „tygrysa” walczył pod Tobrukiem, wpadł na minę i jego kości pokrył pustynny piach. Może poległ lub zamarzł w „kotle” pod Stalingradem, gdzie zaczęła się odwracać do tej pory szczęśliwa dla Niemców karta wojny.

Może wreszcie w plutonie egzekucyjnym rozstrzeliwał Polaków na naszym, sołotwińskim rynku i nie tylko tam... Taki to już jest parszywy, żołnierski los, że musi iść, gdzie każą i robić to, co każą... I nie lepszy los opłakujących swoją stratę matek, niezależnie od tego w jakich mundurach giną ich synowie.

W jakże odległej stąd wioseczce frankońskiej Tragelhochstadt, gdzie znalazł się i pracował u bauera mój brat Marian, jako przymusowy piętnastoletni robotnik, wyruszyło na wojnę czterech synów Frau Minius, wrócił tylko jeden... Podobnych przykładów są tysiące.

Dziś, gdy to piszę, minęło grubo ponad pół wieku od końca tej tragicznej wojny. Wciąż jednak gdzieś na świecie rozpalają się zbrojne konflikty i leje się krew. Wracają żołnierze w stalowych trumnach. Co z tego, że pokryte sztandarem polskim, amerykańskim, czy innym. Co z tego, że są pośmiertnie odznaczani, że ktoś pięknie i wzruszająco przemawia nad ich grobem, że gra trąbka i kompania honorowa oddaje salut. Nic to! Nic nie ukoi bólu po stracie syna, męża, ojca. Powstają nowe rany, które nie zabliźniają się nigdy. Świat kręci się nadal na wariackich papierach...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Janusz Szachowski
  • Janusz Szachowski
  • 03.06.2011 13:53

Panie Tomaszu - nic nie zrozumiał Pan z przesłania Autora artu: schade / czytaj: szkoda /

Komentarz został ukrytyrozwiń
ja
  • ja
  • 03.06.2011 12:12

Poznałam dwóch byłych weteranów z "Nach Ost!"
Dzisiaj wspominają ten czas jak egzotyczną wycieczkę...

Komentarz został ukrytyrozwiń

P.S. To, że "Hans" nie wrócił do domu było winą tej właśnie jego (dla nas obce) matki, która żegnała swojego synusia hitlerowskim "sieg heil", gdy ten w mundurze Wehrmachtu odchodził na wschód mordować, gwałcić i grabić.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tekst bardzo ciekawy, jednak autor krzywdę pomylił (chyba celowo zresztą) ze sprawiedliwością, bo nie można porównywać krzywd wyrządzonych Polakom przez Niemców do sprawiedliwości wymierzonej przez nas (czyt. aliantów) Niemcom.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.