
Górniak chce od LG ponad piętnastu tysięcy złotych. Wyliczył, że właśnie tyle zarobiłby do dzisiaj, gdyby w lutym Koreańczycy nie zwolnili go dyscyplinarnie z pracy. Wrocławianin pracował w fabryce lodówek w Biskupicach Podgórnych ponad pół roku. Był operatorem maszyny. Często stał przy niej po kilkanaście godzin dziennie. – Traktowałem tę pracę bardzo ambicjonalnie. Zaczynałem, gdy fabryka nie była jeszcze gotowa. Budowałem ją niemal własnymi rękami. Wiązałem z nią nadzieję na zawodową karierę – opowiada.
Z wilczym biletem
W lutym zaczęły mu dokuczać korzonki. – Któregoś dnia ból był tak wielki, że nie miałem siły na nadgodziny – opowiada. – Po ośmiu godzinach pracy poprosiłem przełożonego, by pozwolił mi iść do domu. Zgodził się – wspomina.
Kilka dni później usłyszał, że awansuje. Miał zostać brygadzistą. Ale zamiast tego, po trzech godzinach szef dyscyplinarnie zwolnił go z pracy. Za drastyczne naruszenie warunków umowy.
Górniak podał LG do sądu. Początkowo chciał odzyskać etat w fabryce. Ale zrezygnował. Liczy tylko na zaległe wypłaty. I zmianę treści wypowiedzenia. – Dyscyplinarne zwolnienie jest jak wilczy bilet. Zamyka wszystkie drzwi – rozkłada ręce.
Tajemnica Koreańczyków
Artur Świderski, radca prawny LG, chce, by rozprawy w sprawie Górniaka toczyły się za zamkniętymi drzwiami. – Mogą być ujawnione tajemnice handlowe przedsiębiorstwa, na przykład te związane z cyklem produkcyjnym i technologią – tłumaczy. Górniak jest temu przeciwny. – Żadnych tajemnic nie będę zdradzać. Po prostu powiem, jak traktują ludzi – tłumaczy.
Sędzia Marcin Szajner nie zdecydował jeszcze, czy utajni proces. Chce, by wcześniej LG wyjaśniło, jakie dokładnie tajemnice ma na myśli.
Trzy procesy
To pierwszy proces byłego pracownika przeciw szefom koreańskiego koncernu pod Wrocławiem. Fabryki telewizorów i lodówek miały być szansą dla dolnośląskich bezrobotnych. Ale pracownicy od dawna narzekają na panujące tam warunki. Skarżą się, że mdleją w pracy, narzekają, że zmusza się ich do pracy w nadgodzinach.
W kwietniu zorganizowali bunt. Domagali się lepszego traktowania. Choć Koreańczycy zapowiadali po proteście, że dogadają się z Polakami, to zaraz później pięć osób zwolnili. Trzech byłych pracowników podało firmę do sądu.