Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1198 miejsce

Obscure Sphinx: Wszystko co robimy musi być coraz lepsze

Kiedy debiutowali mówiono o nich jako nadziei na następny towar eksportowy. Obecnie Obscure Sphinx to już uznana metalowa marka w kraju i zagranicą. O zaletach bycia niezależnym, urokach grania w piwnicach oraz nowej płycie - Yony i Olo.

Często mówicie o zaletach bycia niezależnymi. Przede wszystkim braku ciśnienia ze strony wytwórni, dotrzymywania terminów etc. Jakie są w takim razie minusy?

Olo: Zawsze jest szansa, że jakby zajęła się tobą wytwórnia, to dotarłbyś do szerszej publiki i był trzy razy bardziej popularny. To jest nie do przewidzenia, dopóki się nie zaryzykuje. Ale nasze kalkulacje wskazują na to, że możemy rozwijać się równie dynamicznie własnym sumptem. Być może takie ryzyko sprawiłoby, że nagle… Wow!

Yony: Myślę, że na tym etapie dużo lepszą opcją byłaby dobra agencja bookingowa niż wytwórnia.

Po wydaniu „Void Mother” mówiliście, że krajowe wytwórnie nie są Wami zainteresowane.

O: Krajowe nie są. Ale nie robi to nam różnicy.

A z zagranicy ktoś się odzywał?

O: Mieliśmy kilka konkretnych propozycji. Nie z najwyższej ligi, ale sporych wytwórni. Czasami było blisko, ale przeliczyliśmy wszystko…

Y: I raz, trywialnie mówiąc, cyferki zagrały rolę. Dwa, że jako nowy zespół nigdy nie będziesz w katalogu wytwórni na wysokim levelu. Wolimy działać tak, jak działamy. Jeśli ktoś bardzo będzie chciał, to kupi od nas licencję.

O: Jeśli ma być podobnie do tego, co jest obecnie, to ryzyko nie jest tego warte. Gdyby zgłosiła się naprawdę duża wytwórnia, na przykład Nuclear Blast i powiedzieli "Zabieramy wam siedemdziesiąt procent i walcie się na ryj, ale dużo rzeczy się wydarzy”, wtedy bylibyśmy w stanie zmienić ten model.

Y: Jeśli dostalibyśmy umowę, a w niej press na pięćdziesiąt tysięcy płyt, które idą na cały świat, wtedy byśmy się zastanowili . Ale w momencie kiedy wytwórnia nam proponuje press taki, jaki robimy sami…

O: Przez te lata nauczyliśmy się wielu rzeczy, które robią wytwórnie. Jeszcze nie jesteśmy doskonali, ale chcemy się doszkolić i inwestować w to. Produkcja, finansowanie własnych działań, koncertowanie i promocja - wszystko ogarniamy sami.

Y: Popatrz na Neurot Recordings. Neurosis zerwało kontrakty z wytwórniami. Są niezależni, mają swoją wytwórnię, są już na takim etapie, że sami wydają inne zespoły.

O: Na tym etapie jest całkiem fajnie, że nie mamy labelu. Idzie dobrze, ale nadal jesteśmy niezależni. To nam dodaje uroku, a nie odbiera.

Jednak muzyka nadal jest dla was pasją, a nie głównym źródłem utrzymania. Nie kusiło Was, oczywiście gdyby trafiła się intratna oferta, żeby rzucić wszystko w cholerę i postawić wszystko na jedną kartę?

Y: Musiałaby to być naprawdę konkretna propozycja...

O: Naprawdę duży strzał, a szczerze wątpię w takie złote strzały ni stąd ni zowąd. Wszyscy tak myślą "Będę grał i nagle odezwie się wielka wytwórnia". Nie wierzę, że zdarzy się kiedyś taki scenariusz, w którym ktoś położy walizkę dolców na stole i powie: „Teraz jesteście moi i jedźcie w świat”, a my przyklaśniemy.

W tym roku zaliczyliście kilka festiwali, graliście koncerty na Bałkanach, podróżujecie po Europie. Zdarzały się Wam jakieś odjechane koncerty w totalnych dziurach?

Y: Raz graliśmy w pizzerii.

O: Zdarzały się takie sztuki. Raz graliśmy na bazarze. To znaczy, przyjechaliśmy na bazar, bo tak nam pokazywał GPS. Obok była jakaś fawela cygańska.

Y: Wyobraź sobie ogromne wysypisko śmieci. Patrzę, a tam wystają z tych śmieci anteny satelitarne.

O: GPS pokazywał, że jesteśmy na miejscu, a tu wszystko zamknięte. Dopiero potem jakiś gość otworzył bramę, a tam jakieś stare motocykle, jakieś bary, puby. I wszędzie ludzie. Jak mrówki. Cyganie.

Y: Pomyślałem „Gdzie my kurde jesteśmy?”

Ale nikt Wam sprzętu nie ukradł?

O: O dziwo nie. Samochodu też nie. Tylko raz skończyły nam się hamulce w czasie przejazdu przez Karpaty.

Y: Tak. Kupiłem do naszego busa trochę tańsze klocki. Zaoszczędziłem. Mogłem wziąć za sto dziesięć złotych i za sto trzydzieści. Wziąłem tańsze. Wytrzymały cztery i pół tysiąca kilometrów i zepsuły się akurat w trakcie przejazdu przez góry.

O: Oprócz tego zagraliśmy kilka większych i lepszych koncertów. Było też parę takich, że ktoś pojawił się o dwudziestej pierwszej i dopiero zaczął otwierać klub.

Gracie też duże koncerty m.in. w tym roku zagraliście na Dunk!festival w Belgii.

O: Tak. W Belgii też zaczynaliśmy w „szczurowie”, a potem zaczęliśmy grać na dużych festiwalach. We wszystkich tych miejscach jest tak, że jak przyjeżdżasz pierwszy raz, to masz paru fanów i wiadomo, że musisz zagrać koncerty w piwnicy dla kilkunastu osób. Jak się spodoba i jest fajnie, to zdobywasz nową publikę i zapraszają cię do większych miejsc.

Y: We Francji właśnie graliśmy w piwnicy, w Rouen dla dwunastu osób, ale sprzedaliśmy osiemnaście płyt i dwanaście koszulek. To było dobre!

O: Śmiejemy się, że teraz nasz banner na scenie mógłby zakryć cały klub.

"Epitaphs" to dosyć ponura i wymowna nazwa. Mam nadzieję, że nie jest to Wasz pożegnalny album?

O: Też mamy taką nadzieję (śmiech).

Y: Nie wiem. Chyba, że się pozabijamy na europejskiej trasie (śmiech).

Niemalże w każdym wywiadzie, towarzyszącym premierom kolejnych albumów, pytano Was, czy materiał, który wydaliście jest konceptem. Rozumiem, że w końcu się wkurzyliście i postanowiliście nagrać album koncepcyjny, żeby już nikt Was nie maglował?

O: Nie siadamy i nie piszemy na kartce, że to będzie koncept album. To jest jak układanie klocków, jednak nie wszystko jest przemyślane i raczej wychodzi w trakcie tworzenia. Piosenki składają się w jedną całość i tak je układamy. Nagle okazuje się, że składają się w dwie część „Pre-Mortem” i „Post-Mortem”. Dzieją się rzeczy w naszych życiach, które oddziałują na to co tworzymy, Zosia śpiewa o tym, co czuje i płyta wychodzi smutna. Pasuje do tego okładka, pasują takie a nie inne tytuły i to wszystko składa się na płytę.

Y: Akurat ta płyta była trochę odwrócona do góry nogami w stosunku do tego, jak powstawały dwie poprzednie. "Epitaphs" powstawała w dziewięćdziesięciu procentach w domu, nie na próbach. Olo z Mateuszem spotykali się, siadali, grali, zapisywali pomysły. Ja przyjeżdżałem do nich, dograłem jakąś melodyjkę. Główną pracę wykonaliśmy w domu. Na próbach szlifowaliśmy trochę nowy materiał, ale głównie z racji dużej ilości koncertów, skupiliśmy się na koncertowym secie.

O: Mieliśmy taką chęć, żeby popracować inaczej. Jammowanie daje fajne rezultaty, ale powstają rzeczy prostsze, a chcieliśmy rozwinąć się kompozycyjnie i przy okazji zrobić więcej kawałków, żeby później móc sobie z nich wybierać. Nagrywanie domowe stało się w tym przypadku pomocne. Na próbach zostało nam ogrywanie tego, patrzenie co działa, a co nie, i dogrywanie pewnych rzeczy, których brakowało.

W porównaniu do "Void Mother" na "Epitaphs" jest więcej przestrzeni. Baliście się, że jeśli znów "zejdziecie niżej" ze strojeniem, to rozwalicie sprzęt albo rozgnieciecie słuchacza?

Y: Płyta była nagrana na setkę. Nie chcieliśmy jej przeprodukować. Kiedy zakładasz jakieś kompresory, limitery, w pewnym momencie możesz rzeczywiście wycisnąć brzmienie, ale tracisz powietrze. A nam zależało, żeby to powietrze utrzymać. Zdarzały się też konflikty w zespole, typu: „Ej, przecież jest dobrze!”, „Nie jest dobrze, tu jest źle, to mi nie pasuje. Nie będzie tak!”. Więcej było takiej walki przy miksie i masterze, niż przy samym tworzeniu.

O: Tydzień przed samym wydaniem, jeszcze kończyliśmy miksy i mastery. Cały czas słuchaliśmy różnych wersji i zastanawialiśmy się czy jednak trochę bardziej to zgnieść, żeby było mocne, ale wtedy słychać mniej szczegółów i powietrza. Założenie przed płytą było, że nagrywamy na setkę, nie poprawiamy za dużo i ma być takie wrażenie, jakbyś był z nami przy nagrywaniu i tak masz to słyszeć. Potem jak przyjdziesz na koncert, to będzie brzmiało tak samo, a nie: na płycie jest Hollywood, a na żywo udajemy, że umiemy tak grać. Produkcje metalowe w obecnych czasach idą bardzo w komputer i to już tak nie brzmi. Na płycie wszystko brzmi fajnie, ale sztucznie. Wszystkie bębny, których słucham nie brzmią. To są próbki, ale nigdy żadna perkusja tak nie zabrzmi. Nasza perkusja brzmi tak jak brzmi w danym pomieszczeniu, gitary mają te same brzmienia, które są na żywo. Wszystko jest takie jak ma być, nie jest ściśnięte. Mieliśmy dużo walk o to, by tak to zmiksować, aby rzeczywiście zachować tę przestrzeń.

Za Waszymi okładkami stoi zawsze jakaś ciekawa historia. Tym razem jest podobnie, bo za nową grafiką, która świetnie koresponduje z zawartością, stoi sam Mario Duplantier.

O: Mario nas bardzo prosił, żebyśmy w końcu wzięli jego prace (śmiech).

Dobra następne pytanie...(śmiech)

 / Fot. Mario Duplantier, Obscure SphinxY: To jest tak, że nigdy nie koncentrujemy się wyłącznie, przy myśleniu o utworach, na muzyce. Wpływają na nas różne rzeczy: oglądane filmy, grafiki, obrazy, słuchana muzyka, etc. I wiesz, ten obrazek pojawił się już na pewnym etapie tworzenia. Można powiedzieć, że częściowo kształt tej płyty zbudowała okładka. Grafika była wcześniej.

O: Zawsze staramy się płytę dopieszczać. Obraz też często pozwala zrozumieć, że „Aha, może w tym kierunku, a może o tym, a może taki klimat”. Fajnie jest myśleć o tym wszystkim, jak to jeszcze powstaje.

Na scenie post-metalowej jesteście wiodącą ekipą. W ostatnich latach przypadła Wam wręcz rola lidera sceny post-metalowej. Czujecie tę presję?

Y: Nie, staramy się robić swoje.

O: Na pewno czuję presję, że wszystko co robimy musi być coraz lepsze. Jednak staram się, żeby to nie była rywalizacja jak w jakimś konkursie. Żeby nie była to czysta kalkulacja. Trzeba zostawić miejsce przede wszystkim samej sztuce.

Pierwsze koncerty z tegorocznej trasy promującej „Epitaphs” zostały odwołane. Czy planujecie powrócić w tym roku do tych miast, gdzie występy się nie odbyły?

Y: Tak, Poznań i Toruń są przełożony na grudzień. Gdynia jest jeszcze niepotwierdzona i najprawdopodobniej przeskoczy na styczeń.

W grudniu gracie jeszcze trzy koncerty w Polsce i jeden w Berlinie. Macie jeszcze jakieś plany na końcówkę tego roku i początek następnego?

Y: Gramy na jakimś blackmetalowym festiwalu w Berlinie, gdzie nie wiem, co w ogóle robimy. Do tego dokleiliśmy Poznań, Szczecin, Toruń, bo to ładne kółko wychodzi. Na początku roku gramy na kolejnym festiwalu i myślę, że później zrobimy chwilę przerwy. Następnie mamy pomysł, żeby na przełomie marca i kwietnia uderzyć w Europę. Musimy pocisnąć Niemcy, pograć w Czechach, Słowacji, bo tam mamy wielu fanów, więc dużo ludzi na nas czeka.

O: Nasze kraje ościenne są najbardziej dopieszczone, z tego względu, że do nich mieliśmy najbliżej, tam zagraliśmy najwięcej koncertów i mamy najwięcej fanów. W ogóle to są świetne rynki. Ludzie tam uwielbiają metal. W Niemczech jest tak, że jak kończy się koncert, to oni odwracają się w stronę merchu i kupują płyty, koszulki, itd. Jarają się, przybijają piątki. W Czechach jest tak samo, gdzie ludzie przyjeżdżają na najmniejsze festiwale. Graliśmy na festiwalach w jakichś górach, w totalnych dziurach. A ludzie przyjeżdżają na cały weekend, bo się po prostu cieszą, że ktoś gra.

Rozmawiali: Filip Polakowski, Norbert Winiarczyk












Zobacz także:

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.