Facebook Google+ Twitter

Oddali swoje nerki, żeby ratować dzieci i wnuki

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2007-04-06 08:15

Ośmioletni Jaś często przypomina babci Zosi, że łączy ich coś szczególnego. - Gdy gdzieś wychodzę bez niego, woła za mną: Nie zostawiaj mnie, idziemy razem, przecież jesteśmy jedno - śmieje się Zofia. Trzy lata temu dała Jaśkowi swoją nerkę.

Rodzina Szumerów obdarowała się miłością i drugim życiem. Fot. Dziennik ZachodniJadwiga nie spuszcza wzroku z Ewy. Śledzi każdy jej ruch, gotowa w każdej chwili poderwać się, osłonić córkę, kruchutką jak filiżanka z chińskiej porcelany. Dziewczyna dziesięć lat żyła bez nerek, skazana na dializoterapię, mechanicznie oczyszczającą organizm z toksyn, uciążliwą, dwunastogodzinną. Jedynym ratunkiem był przeszczep. Okazało się, że Jadwiga może być dawcą. Dziękuje za to Bogu każdego dnia.

Mariusz i Bożena mają na tułowiu niemal jednakowe blizny. To znaki miłości. Oboje swoim córkom Ewie i Joasi podarowali życie. Dziewczynki chore na genetyczną chorobę nerek stanęły w kolejce do transplantacji. Oni nie wahali się nawet chwili i dali im swoje, gdy badania wykazały, że pasują jak puzzle, idealnie przejmując funkcję schorowanych narządów córek.

Żeby było nas więcej

Mama Jasia, Renata, mówi o sobie: - Jestem uparta, nie popuszczam, walczę. Ona taka być musi. Tuż po urodzeniu synka okazało się, że przyszedł na świat bez jednej nerki, a druga była zbyt mała, żeby poradzić sobie z filtrowaniem całego organizmu. Od razu zaczęło się leczenie. Do czwartego roku Jaś był nieustannie dializowany, 10-12 godzin dziennie.

- Ja cały czas pytałam o możliwość przeszczepu. Wiedziałam, że dializy nie mogą trwać bez końca - opowiada Renata. Wzięła sprawy w swoje ręce. Musiała, bo czuła się w walce o Jasia osamotniona.

Ratowanie Jasia tak na dobre zaczęło się, gdy dotarła do lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Zarówno ona, jak i jej matka przeszły badania, które miały dać odpowiedź na pytanie, czy mogą być dawczyniami nerek. Okazało się, że obie mogą.

- Po dyskusji z mamą uznałyśmy, że najpierw ona podaruje Jasiowi nerkę - wspomina Renata. Najpierw, bo następna w kolejce jest Renata. - W ten sposób chciałyśmy go zabezpieczyć na przyszłość - tłumaczy rzeczowo. - Przecież za kilka lat może znów potrzebować przeszczepu i ja już będę czekać gotowa. Potem zostanie mu Kubuś. Kubuś to młodszy brat Jasia. Wierny kompan zabaw, najlepszy przyjaciel.

Pani Renata synków wychowuje samotnie. Renta po ojcu na ich obu wynosi niewiele ponad 300 złotych. Do tego trzeba dodać zasiłek na Jasia: ponad 400 złotych. Jak za to żyć, kupić leki przeciwodrzutowe? Trasę Będzin-Warszawa przemierzają systematycznie, bo potrzebne są kontrole, stałe czuwanie nad Jaśkiem. Za przejazdy, przyszpitalny hotel trzeba płacić.

- Nie mogę się poddać - powtarza kobieta. Zaradności, wytrwałości uczy też dzieci, zwłaszcza Jasia. Nie trzyma go pod kloszem. Chce, żeby bawił się z kolegami, chodził do przedszkola, żeby korzystał z podarowanego życia.

- Kiedy przygotowywano mnie do operacji, wiedziałam, że wszystko się uda. Chciałabym, żeby było nas więcej, żeby ludzie nie bali się ratować swoich bliskich - mówi Zofia.

Wszystko dla Ewy

Małgosia urodziła się w 1979 roku. Trzy lata później zmarła. Aruś przyszedł na świat w 1981. Nie dożył siedmiu lat. Na jednej z zachowanych czarno-białych fotografii tonie w ramionach rodziców. Nad wiek poważny. Na zewnątrz okaz zdrowia, śliczny blondynek, w rzeczywistości śmiertelnie chory. Jego los zaprogramowany został w genach. Choroba nerek, która zabiła jego siostrę, i jemu wyniszczyła organizm. Słabł z dnia na dzień. Odszedł, gdy właśnie był przygotowywany do dializy. Gdy tak blisko znajdował się ratunek.

- Jak już medycyna poszła do przodu, to życie zdążyło uciec - mówi ze smutkiem Mieczysław Kopek, tata chłopca.

Dlatego kiedy na świat przyszła Ewa, razem z żoną Jadzią stawali na głowie, żeby ochronić córkę. - Przed kolejną ciążą lekarze dawali nam 70 procent szans, że dziecko będzie zdrowe. Mówili, że całe nieszczęście bierze się stąd, że nasze profile genetyczne są do siebie tak zbliżone, jakbyśmy byli rodzeństwem - wyjaśnia Mieczysław.

Przez wiele lat szukali odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie ich dzieci dziedziczą tak okrutny spadek. Do warszawskiego szpitala przy ulicy Banacha zwieźli próbki krwi niemal wszystkich członków rodziny. Lekarka, która wykonywała badania, nie doprowadziła ich do końca. Wybuchł stan wojenny. Zomowcy wpadli do laboratorium, szukając działaczy "Solidarności", stłukli probówki i pracowników. Nie myśleli już o powtórzeniu badań.

Po kilku miesiącach okazało się, że Ewa też jest chora. Trudno opisać ich rozpacz. Jakąś nadludzką siłą zmobilizowali się raz jeszcze. Oni dobrze wiedzą, że płacz nic nie pomoże.

Całe życie podporządkowali Ewie. Nigdy nie byli na wczasach, święta zwykle spędzali przy szpitalnym łóżku córki. - Dom zamienił się w szpital - dopowiada Jadwiga. To ona zamieniła się w pielęgniarkę, nauczyła dawać zastrzyki, gotować papkę, gdy córka musiała być karmiona specjalnym aparatem do żywienia pozajelitowego, gdy jelita, poskręcane, zniszczone dializami, odmówiły pracy.

Cały czas pomagali im życzliwi ludzie, firma Automobile Lighthing, w której zatrudniony jest Mieczysław, wiele razy wspomagała Ewę. Udało się zamienić mieszkanie na trochę większe, żeby córka miała przestronny pokój, ale na sosnowieckim osiedlu Ewę mało kto widywał.

- Już nie liczymy tych dni i nocy, kiedy podrywał nas na nogi pogarszający się stan zdrowia Ewy, gdy gnaliśmy jak na sygnale do Warszawy, albo gdy sam na wezwanie żony pędziłem do Centrum Zdrowia Dziecka, bo z Ewą coś złego się działo - wspomina Mieczysław. Kiedyś w czasie takiej szaleńczej gonitwy trzy razy złapał go fotoradar. Policjanci byli litościwi. Nie zapłacił wtedy złotówki.

Kopkowie cały czas byli świadomi, że córka aby żyć, musi mieć przeszczepioną nerkę. Ciągle jednak wypadała z kolejki. Nie było odpowiednich dawców. Kiedy już nie można było dłużej czekać, kiedy Ewa mdlała kilka razy dziennie, postanowili o rodzinnym przeszczepie. Dawcą nerki mogła być Jadwiga. - Przyspieszaliśmy termin operacji, nie było dnia, żebym nie dzwoniła do Warszawy - wspomina kobieta.

Wreszcie w październiku 2003 roku doszło do zabiegu. Ewa przeszła transplantację prawie bez komplikacji. Jadwidze podczas operacji uszkodzono otrzewną. Jedną nogą była już na tamtym świecie.

- Noc spędzałem wtedy w hotelu, blisko córki. W takim półśnie zobaczyłem żonę w chmurach. Zacząłem krzyczeć, żeby wracała, że się spali w słońcu, wreszcie krzyknąłem: Jadzia, a kto mi obiady będzie gotował - dziś Mieczysław śmieje się z tej historii. Wtedy obudził się zlany potem.

Niedawno jeszcze raz przeżyli koszmar. Operację rozdzielenia jelit. Znów jechali z Ewą nocą do Warszawy. W czasie drogi dziewczynie pękł żołądek. To było szczęście w nieszczęściu. Soki żołądkowe rozdzieliły jelita. Chirurgom udało się je naprawić.

Ewa dziś czuje się lepiej niż kiedykolwiek. Wciąż jest szczuplutka, ale znacznie częściej się uśmiecha. Rodzice nie spuszczają z niej oczu. Ma osiemnaście lat, kończy drugą licealną. Nauczyciele przychodzą ją uczyć do domu. Musi wystrzegać się infekcji, które dodatkowo osłabiłyby organizm.

Mieczysław z uśmiechem wspomina radę kuzynki zakonnicy z Częstochowy, która z innymi siostrami modliła się w intencji Ewy. - Powiedziała mojej córce: Ewa, jak zobaczysz tunel i światełko, to uciekaj. Ty masz jeszcze żyć...

Czworo na huśtawce

Szumerów w Osieku znają wszyscy. Ich przytulny dom, położony na skraju miasteczka, ich historię. Pierwszy raz w Polsce zdarzyło się, że oboje rodziców mogło dać swoim córkom nerki. Najpierw Mariusz Ewie, a potem Bożena Joasi. W odstępie pięciu lat. W tym samym szpitalu, z tą samą miłością.

Choroba Ewy spadła na nich niespodziewanie. Z dnia na dzień mieszkanie zmieniło się w aptekę i szpital. Gdy dziewczynka miała pięć lat, zaczęła się męka dializ. Fundacja Jurka Owsiaka podarowała im sprzęt. - Córka była coraz słabsza, coraz szczuplejsza. Ważyła już 16 kilogramów - wspomina Bożena. - Przeszczep stał się koniecznością.

26 czerwca 2001 roku nerka Mariusza z warszawskiego szpitala Dzieciątka Jezus przejechała na sygnale do Centrum Zdrowia Dziecka. Kilka godzin później Ewa urodziła się na nowo.

Przeszczepioną nerkę umieszcza się w żołądku. Stare, wyłączone z obiegu, zaczynają maleć. Dziś są wielkości ziarna fasoli.

- W szpitalu dostrzegliśmy, że innych los też nie rozpieszcza. Zrozumieliśmy, że powinniśmy się cieszyć z tego, co mamy - mówi Mariusz, który jakiś czas po zabiegu odczuwał skoki ciśnienia. - Poza tym Bóg dał, że mogliśmy uratować nasze dzieci. Ile dzieci nie doczekało tego ratunku? - dopowiada Bożena.

Na chorobę Joasi Szumerowie byli już przygotowani. Postanowili oszczędzić jej trudów dializ. Tym razem na ratunek pospieszyła Bożena. - Byliśmy mądrzejsi o lata choroby Ewy. Wiedzieliśmy, jak się poruszać w szpitalnej rzeczywistości.

Szumerowie starają się żyć normalnie. Dziewczyny obowiązuje lekowy reżim, dieta i systematyczne wizyty u dentysty. Zaczęły sobie nawet pozwalać na ekstremalne w ich wypadku zajęcia. Całą rodziną należą do stowarzyszenia sportowców po transplantacji. Biegały na 60 metrów, rzucały piłeczką palantową, zdobyły medale.

Drugie życie nabrało nowych barw i smaków i nie kojarzy się im tylko z cierpkim sokiem z grejpfruta, który muszą pić dla zdrowia.

Agata Pustułka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.