Facebook Google+ Twitter

Odmienny stan? Wspólny stan!

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2010-08-30 11:12

Jeżeli myślisz, że zachowasz ciążę tylko dla siebie, to się mylisz. Codzienne kontakty z innymi ludźmi, ich spojrzenia i reakcje, wkrótce przekonają Cię, że to wasz wspólny stan.

Mroźny dzień, popołudnie, przerwa semestralna, czas błogo przelatuje przez palce – można by pomyśleć, że to idealna pora na życiowe rewolucje. Mam gładko zaliczone 3 semestry pedagogiki, nowe plany co do rozpoczęcia studiów na filologii polskiej, początek ferii, ukochanego mężczyznę u boku, szklankę jeszcze gorącej herbaty, aż tu nagle dowiaduję się, że… będę mamą.

Jest początek marca. Mam prawie dwadzieścia jeden lat, współtwórca "małego dzieła" o 4 miesiące mniej ode mnie i niezaliczony jeszcze semestr zimowy. Siadamy spokojnie na łóżku. Postanawiamy dorosnąć jeszcze tego samego wieczoru. Opanowujemy stopniowo mechanicznie trzęsące się dłonie i usilnie zamierzamy cieszyć się z tej nagłej zmiany planów.

Obecnie jestem w 29 tygodniu ciąży. Gdy teraz patrzę na te 8 miesięcy z perspektywy czasu rozumiem jedno - ciąża jest nie tylko moim stanem. Ciąża dotyczy też mojego partnera, rodziców, całej mojej rodziny, dotyczy także lekarzy, z którymi mam styczność, władze mojej uczelni, studentów, ludzi ze sklepu, którzy na mnie patrzą, miłe panie w urzędzie cywilnym, mijającą mnie na schodach sąsiadkę, uśmiechającą się jeszcze szczerzej niż zwykle.

Jeżeli ktoś myśli, że ten stan można zachować tylko dla siebie, to szybko przekona się, jak bardzo się myli. Przecież tak wiele zależy od innych.

Pierwszy kontakt z "innymi"


Pierwszy kontakt z "innymi" miał miejsce na mojej uczelni. Zaczynał się nowy semestr, musiałam więc szybko "wymigać się" od zajęć na wfie. Czułam się dobrze, nie miałam jeszcze żadnych ciążowych dolegliwości, poza trwającym już od tygodnia szokiem, który nadal paraliżował mi dłonie. Nerwowo zapukałam do drzwi sekretariatu. Powitał mnie obojętny głos młodej kobiety. Siedziała przy biurku i przeglądała jakieś papiery. Nawet na mnie nie spojrzała. Rzuciła tylko:
- "W jakiej sprawie?"
Sprawa była zbyt poważna, żeby odpowiedzieć od razu, pełnym zdaniem. Zaczerwieniłam się, zająkałam i wyszeptałam:
- "W takiej dość nietypowej sprawie."
Kobieta odłożyła papiery i spojrzała na mnie przenikliwie. Ściągnęła okulary, sygnalizując, że nie rozumie o czym mówię.
- "Jestem w ciąży!" - powiedziałam automatycznie, spuszczając wzrok na ziemię. Kobieta uśmiechnęła się, popatrzyła mi serdecznie w oczy i stwierdziła:
- "To nie taka znowu nietypowa sprawa! Wszystko da się załatwić."

Pani z sekretariatu zaczęła wypisywać mi zwolnienie, po czym dokładnie wytłumaczyła, gdzie mam się udać i życzyła powodzenia. To była dla mnie jedna z najważniejszych chwil w ciąży. Uświadomiłam sobie, że nie jestem taka znowu nietypowa. "Niejedna już przez to przeszła to i ja dam radę!" - pomyślałam.

Podobnie sprawa przebiegała z wykładowcami. Wszyscy serdecznie reagowali na wieść o powiększeniu się naszej uczelnianej społeczności. Oferowali pomoc, pozwalali wychodzić z zajęć, gdybym nagle poczuła się źle, dopytywali się nawet znajomych o mój stan, gdy nie było mnie na zajęciach. Jeden z ćwiczeniowców, któremu okazałam zwolnienie lekarskie z paru zajęć, groźny i posępny wzrok zmienił na radosny okrzyk:
- "No to pięknie!"
Po czym przez całe zajęcia uśmiechał się do mnie, poklepywał po ramieniu i mówił, że się powinnam bardzo cieszyć, bo to piękny stan. W istocie wtedy właśnie poczułam się szczęśliwa.


Przymusowe kontakty z "innymi" c.d.

Radość nie trwała jednak długo. Około 6 tygodnia ciąży, a więc bardzo wcześnie, zaczęły się problemy. Krwawienie - i nowy wpis w dokumentach lekarskich - ciąża zagrożona. Dostałam leki, kazali mi leżeć. Po tygodniu ponownie trafiłam do szpitala. Byłam pewna, że już "po wszystkim". Pytałam, czy będę musiała zostać w szpitalu, czy nie będzie problemów z ponownym zajściem w ciążę. Sprawiałam wrażenie, jakbym już pogodziła się z utratą dziecka. Ku mojemu zdziwieniu serce maleństwa biło. Po badaniu lekarka wzięła mnie na rozmowę. Spokojnie na mnie popatrzyła i oznajmiła coś w tym stylu:
- "Pani Aniu, mogę naopowiadać pani, jak duże szanse ma pani na donoszenie tej ciąży, mogę dać nadzieję, mogę przepisać nowe leki, ale prawda jest taka, że w 8 tygodniu najczęściej dochodzi do samoistnych poronień, to bardzo klasyczny przypadek."

Spojrzałam na lekarkę poważnie, od wejścia do gabinetu nie uroniłam ani jednej łzy, wydawałam się bardzo silna.
- "Pani doktor. Może odniosła Pani wrażenie, że zanim tu weszłam, już pogodziłam się ze stratą dziecka. Prawda jest taka, że - tutaj zaciął mi się głos - bardzo chcę je mieć."
Po policzku poleciała mi łza, lekarka wstała i z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu. Przepisała leki i kazała leżeć "płasko". Nie dała mi nadziei, tylko kolejne zwolnienie lekarskie. Nie brała na siebie odpowiedzialności, po cichu jednak czułam, że kazała mi walczyć.

"Inni" przed ślubem

Dotrwałam do 9 tygodnia, mój stan poprawił się na tyle, że mogłam się ruszać. Postanowiliśmy pobrać się z Michałem. Oczywiście nie od razu, ale wiadomo, że przygotowania trwają dość długo. Wizyta w urzędzie stanu cywilnego odbyła się bez problemu. Urzędniczki traktowały nas z przymrużeniem oka i pytały zaciekawione, dlaczego w tak młodym wieku decydujemy się na ślub. Przyznałam się, że jestem w ciąży. Pani, która spisywała dane od razu podniosła się z miejsca i kazała mi usiąść. Później wzięła nas za ręce i prowadziła jak małe dzieci do kolejnych pokoi, żeby dopełnić formalności.

Pierwsze problemy spotkały nas na naukach przedmałżeńskich. To były 2-dniowe spotkania zajmujące około 8 godzin każde. Byłam w 3 miesiącu i miałam mdłości. W niedzielę, kiedy za około 3 godziny mieliśmy dostać wpis zaświadczający, o ukończeniu kursu, znowu zaczęłam krwawić. Zeszliśmy z narzeczonym do toalety, gdzie przesiedziałam parę dobrych minut, mając poważne skurcze. Nie potrafiłam płakać. Wiedziałam, że to już koniec. Siedziałam tam i jakby w gorączce mamrotałam pod nosem "dlaczego"? W odpowiedzi usłyszałam głośne stukanie w drzwi i pretensjonalne głosy innych kursantów, żebym wreszcie opuściła toaletę. Mój narzeczony wyszedł z toalety i poinformował ich moim stanie. Pomogło na jedną minutę. Ponownie usłyszeliśmy stukanie i prośby, żebym wyszła.

Przyjechali po mnie rodzice i mieliśmy udać się do szpitala. Moja mama weszła na salę wykładów, żeby spytać prowadzącego, czy możemy dostać zaświadczenie o ukończonym kursie. Poinformowała go w jakim jestem stanie i że spieszymy się do szpitala. Siedziałam na posadzce cała we krwi, a Michał mocno mnie przytulał, nie mogąc powstrzymać wzruszenia.

Mężczyzna jak gdyby nigdy nic spytał, czy do końca kursu ( jeszcze jakieś 2 godziny )
nie może chociaż zostać narzeczony. Moja mama nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. To zabrzmiało przecież jak absurd.

W szpitalu spotkała nas cudowna niespodzianka – z dzieckiem wszystko w porządku. Diagnoza – krwiak - ma się wchłonąć. I było !

"Inni" pod koniec ciąży

W lipcu odbył się ślub, później wspólne wakacje. I ci "nni" bardziej przychylni. A może to ja wreszcie popatrzyłam na nich w inny sposób. Jechałam kiedyś autobusem, był straszny upał. Pewna starsza kobieta, w wieku 70 lat, z uśmiechem ustąpiła mi miejsce. Było mi bardzo niezręcznie, ale jakoś dziwnie przyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach – pierwszy raz ktoś zauważył gołym okiem, że będę mamą i dał do zrozumienia, że to, coś wyjątkowego.

Podobnie było w sklepie – pewien mężczyzna pomógł mi wyciągnąć koszyk, który się zaciął w drugim. Ludzie uśmiechali się do mnie w kolejce. Największą radość wzbudzała koszulka z dużym napisem "Puk, puk" już na duzym brzuchu. Śmiałam się z tego często z politowaniem, myśląc: "Takie nic, a cieszy."

Kiedyś, kiedy jechałam tramwajem z moją 4 letnią chrześnicą, natknęłam się na dwóch podejrzanych mężczyzn – ewidentnie będących pod
wpływem alkoholu. Kiwając się na boki, przemieścili się cudem na koniec wagonu, gdzie miałyśmy wątpliwą przyjemność siedzieć. Popatrzyli na mnie groźnie, ja zadrżałam, zastanawiając się, czy nie wysiąść. Nagle jeden z nich zawołał radośnie na cały tramwaj : - "Ooooo będzie Dzidziuś!" Mała Maja pytała później, dlaczego ten pan tak się ucieszył. Powiedziałam tylko : - "No bo przecież dziecko to wielkie szczęście." i uśmiechełam się do własnych myśli.

Coraz częściej podczas wizyt w sklepie z artykułami dla mam, spotykałam się z serdecznością ekspedientek. Raz podeszły do mnie dwie starsze dziewczyny i spytały do czego służy pas ciążowy – chciały go kupić na prezent. Poczułam się wtedy doświadczoną mamą, która nie słucha już rad innych, ale i sama może doradzić.

Tak ogólnie

Nie oszukujmy się, to, jak będzie wyglądało nasze 9 miesięcy nie zależy tylko od idealnych wyników badań, wsparcia najbliższych i szczęścia. Istotny jest stosunek innych ludzi wobec nas i naszego stanu, których spotykamy każdego dnia. Będąc w "odmiennym" stanie liczymy na akceptację otaczających nas osób. Zresztą nie nazywajmy go odmiennym stanem – ten wskazuje na wyraźny podział, niech będzie naszym wspólnym stanem.



Ciepłe sierpniowe popołudnie, czas przemyka przez palce, wizja jeszcze sześciomiesięcznych wakacji, mąż koło mnie i szklanka już chłodnej herbaty. Zaczynam 29 tydzień ciąży. Jestem dwa razy szersza w pasie niż byłam, dumna i szczęśliwa. A wszystko dzięki tym bliskim i tym "innym".



























Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.