Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

25292 miejsce

Odświeżałam bułki w markecie

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-09-23 15:53

Reporterka przez tydzień pracowała w markecie bez umowy, zapoznając się z tajnikami wiedzy niezbędnej pracownikowi wielkiego sklepu.

– To proszę się teraz zareklamować – zachęca mnie dyrektorka marketu Champion przy ul. Bandurskiego w Łodzi, gdy oznajmiłam, że nie przyniosłam żadnego CV, gdyż w ogłoszeniu o pracę nie było o tym mowy. Głęboki oddech i... – Ukończyłam ogólniak, zdałam maturę – zaczynam. – A potem trochę pomagałam cioci w prowadzeniu sklepiku osiedlowego – dorzucam w desperacji. O ukończonych studiach nawet w tym momencie nie myślę.
– Pracowała pani w markecie? – słyszę kolejne pytanie. Odpowiedź negatywna nie zraża szefowej i już po chwili zaczynam karierę kasjerki w sklepie Champion z wynagrodzeniem 5,98 zł brutto na godzinę. Wymiar pracy: trzy czwarte etatu.

Przeszkolenie

Praca przez tydzień, bez umowy? W markecie to się zdarza.Muszę jeszcze przejść szkolenie w markecie Globi przy ul. Zarzewskiej. Najpierw jednak obowiązkowe badania w Centrum Medycznym "Bazarowa": neurolog wyrokuje, że jestem nerwowa, okulistki nie zraża, że odczytuję cyfry, których nie jestem pewna, a lekarz orzecznik nie widzi przeciwwskazań do pracy w charakterze kasjerki. Z wynikami badań jako pierwsza melduję się w piątek u dyrektorki. Odsyła mnie na poniedziałkowy "dzień integracji", czyli szkolenie z zakresu BHP. Od wtorku mogę już zaczynać. Na razie co prawda bez umowy - umowę mam podpisać w bliżej nieokreślonej przyszłości.

"Bądźcie konstruktywni! Wymieniajcie swoje pomysły. Komunikujcie się!". "Nie używamy już słowa problem. Myślmy pozytywnie, aby znaleźć jego rozwiązanie" - głoszą hasła na ścianach sali konferencyjnej, gdzie ma się odbyć szkolenie BHP. Wraz ze mną karierę kasjerki (panie) i magazyniera (panowie) zaczynają: bezrobotna nauczycielka muzyki (od trzech lat bez pracy), uczennica, były magazynier domu pomocy społecznej oraz grabarz, który "przy nieboszczykach zarabiał cztery i pół złotego na godzinę".

Pani menedżer ds. BHP zaczyna od opisu własnej kariery, rozpoczętej z pozycji bezrobotnej wdowy z trójką dzieci. Potem przechodzi do naszych przyszłych zadań. Dowiadujemy się, że norma dźwigania dla kobiet wynosi 12 kg przy "pracy stałej" (częściej niż cztery razy na godzinę) i 20 kg przy "pracy dorywczej". Większe ciężary powinny być przewożone na wózku, ale - niestety - są tylko wózki ręczne, dla kobiet dość ciężkie w obsłudze. Pani menedżer szczerze zauważa, że "transport ręczny trochę kuleje", a poza tym "mało płacimy". Wezwany na szkolenie ochroniarz ostrzega, że kasjerka nie może posiadać przy sobie pieniędzy, telefon komórkowy musi być wyłączony, a większe kwoty najlepiej zostawiać w domu, gdyż nieuczciwi pracownicy okradają pozostałych.

To są, k..., klienci

Zaraz po wejściu na zaplecze Globi przy ul. Zarzewskiej wpadam na ochroniarza. Szybko rewiduje moją torebkę, kosmetyki oznacza naklejkami z logo sklepu i swoim podpisem. Sprawdzona, zgłaszam się do kierownika, który przydziela mnie do kasjerki w średnim wieku, Doroty, która "we wszystko wprowadzi". W służbowej czerwonej polówce, sięgającej kolan, mogę przystąpić do pracy. Zaczynam od wykładania towaru i levellingu, czyli przesuwania towaru z tyłu regału na przód, żeby klient miał do niego łatwy dostęp.

– Kur..., to są właśnie klienci - słyszę po chwili od Doroty, która między herbatnikami znajduje album do zdjęć. - Burdel robią, a ty się musisz gimnastykować.
Irytacja Doroty rośnie, gdy dochodzimy do miejsca wypieku chleba i bułek. Najpierw denerwują ją kajzerki, które noc powinny spędzić w chłodni, ale do niej nie trafiły, potem złości się na spleśniałe pieczywo w chłodni. - Znów pannie idiotce nie chciało się porządnie schować i teraz kur... trzeba to wyp....

Co mogę ukraść

Po dwóch godzinach levellingu dostaję swoją szansę przy kasie. Zaczyna się błyskawiczna lekcja: naciśnij rachunek, zeskanuj, zatwierdź, przyjmij pieniądze - padają kolejne polecenia. Potem wracam do wykładania towaru. Tego dnia przy kasie pojawiam się jeszcze kilka razy, ale Dorotę coraz bardziej irytują moje powolne ruchy. Podczas 15-minutowej przerwy czeka na mnie wiadomość od kierownika: - Wpisałem panią do grafiku. Od jutra przychodzi pani na 6.30 i pracuje osiem godzin. Co to za nauka przez sześć godzin?

Kiwam głową. Jeszcze tylko rewizja ochroniarza, sprawdzenie torebki i naklejek na kosmetykach - i pierwszy dzień pracy mogę uznać za zakończony. Następnego dnia ochrona ma ze mną więcej pracy. Wkraczam na zaplecze z butelką coca-coli, bananem i dwiema kanapkami. Ostatnia pozycja nie wzbudza zainteresowania Stefana, ale napój i banan - nie pierwszej świeżości - zostają pieczołowicie oklejone. Zasada jest oczywista: taki towar znajduje się w sprzedaży, więc mogę go ukraść.

Stopnie wtajemniczenia

Dorota od razu zagania mnie do pieczywa. Zanim jednak ustawię piec (na 9 minut), by przygotować świeże bułki i bagietki, muszę się rozprawić z wczorajszym pieczywem. Wystarczą 3 minuty podgrzania, żeby przeznaczone na straty kajzerki, paluchy i półbagietki trafiły do sprzedaży jako dzisiejszy, świeży wyrób. - Pamiętaj, żeby najpierw odświeżyć pieczywo, a następnie wyłożyć je jako pierwsze na regale - poucza Dorota. W tym czasie podobne zabiegi obserwuję na stoisku z mięsem, gdzie Agata bierze się do wczorajszych kurczaków i udek. Poprzedniego dnia część tego asortymentu nie znalazła nabywców, a po odświeżeniu w opiekaczu będą prawie jak dzisiejsze. - Klient nawet tego nie zauważy - wyjaśnia Agata. - A po co od razu robić straty?

Temat strat powróci następnego dnia, gdy zdążę sobie zaskarbić sympatię nowych koleżanek. Za ich poradą, rozerwane opakowania mąki przesuwam na tył półki; być może klient będzie mniej spostrzegawczy ode mnie. Zgodnie z normą wolno mi przenieść jedynie 12 kilogramów na raz. Ważące dwa razy więcej opakowania na nikim tu jednak nie robią wrażenia. Po chwili trafiam na moje pierwsze trofeum. Spomiędzy proszków do prania wyciągam żółty ser w plasterkach, zapakowany w folię. Bóg jeden wie, ile tam leżał, ale po chwili zyskuje swoją drugą szansę. Na polecenie Doroty odnoszę go na stoisko ze świeżymi wędlinami i serami, gdzie trafia na stosik "świeżo" pokrojonych plastrów i znów czeka na klienta.

Magiczne słowo "strata"

Następnego dnia znów mam szczęście. Pięć minut po ochroniarskiej rewizji znajduję rozmrożone opakowanie szpinaku głęboko mrożonego, które całą noc spędziło wśród pudełek z herbatą. Z produktem, który do spożycia nadaje się tylko bezpośrednio po wyjęciu z lodówki, udaję się do Matyldy. Krótka narada Matyldy z Mateuszem i pada polecenie: "zanieś to do mrożonek". Moja nieśmiała uwaga, że szpinak jest całkowicie rozmrożony, spotyka się ze słowami: "przecież opakowanie jest całe". Szpinak trafia więc do lodówki. Podobnie dzieje się z porozrzucanymi po całym sklepie jogurtami. Oświecenie spotyka mnie dopiero w czasie przerwy, kiedy zaczynam się domagać odpowiedzi na zadawane wcześniej pytania dotyczące strat.

- Limit towaru do wyrzucenia ustala centrala - lituje się nade mną Matylda. - Ostatnio było to 3,4 procent. Jeżeli się w nim nie zmieścimy, bulimy z własnej kieszeni. Z pensji zabierają nam po 60 złotych, a na pełnym etacie można zarobić na rękę około 700. Wniosek jest prosty: gdy tylko można, unikaj strat. Okazja do uniknięcia straty nadarza mi się podczas kolejnej zmiany. Spośród czterech upieczonych poprzedniego dnia chlebów, sprzedał się tylko jeden. Oznacza to, że dziś upiekę tylko jeden bochenek, a pozostałe odświeżę. Regał na świeże pieczywo będzie pełny.

Może się pani zastanowi?

Podczas kolejnej przerwy dowiaduję się także, że muszę pilnować czasu pracy. Jeżeli nie skseruję sobie grafiku i nie będę notować faktycznie przepracowanych godzin, mogę nie dostać za nie wynagrodzenia. Tym razem udaje mi się na dłużej zostać przy kasie. Akurat szwankują ceny: kierownictwo nie zdążyło zareagować i towary na regałach są tańsze niż wynosi wskazanie na kasie. Dopóki klient nie zrobi awantury, o refundacji nie wolno mi nawet pomyśleć.

Po tygodniu decyduję się na zakończenie współpracy z marketem. Dyrektorka, do której dzwonię, próbuje mnie odwieść od tej decyzji. Ostatecznie nakazuje mi rozwiązanie umowy o pracy, żeby mogła mi wypłacić wynagrodzenie.
- Ciężko rozwiązać umowę o pracę, której się nie podpisało - zauważam. - Przecież cały tydzień pracowałam na czarno - podkreślam. - Kierownik Globi nie miał uprawnień, żeby podpisać z panią umowę - broni się dyrektorka.
Kończymy rozmowę. Ale po kilku minutach znów telefon: - Może się jednak pani zastanowi, przecież to był tylko błąd ludzki - przekonuje pani dyrektor...

PS. Imiona pracowników marketu zostały zmienione
Alicja Zboińska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

Witam wszystkich serdecznie! Jestem tutaj nowy, i odrazu przykuł mój wzrok ów artykuł. Ja również tak jak bohaterka reportażu pracowałem w markecie(Tesco-Pojezierska 93) z ramienia Leader Service. Pracuje tam do tej pory na umowę zlecenie, głównie w weekendy kiedy mam czas..i szczerze mówiąc z pracy jestem zadowolony :) W Tesco znam większość stałych pracowników, na róznych działach i doskonale wiem co tam się dzieje. Kiedy pytam kogoś znajomego z działów spożywczych (m.in piekarnia, grill) i to czy robia jakiekolwiek przekręty (przykladowe odświeżanie bulek) twierdzą, iż nie ma o tym mowy!:) Znam również kilka kasjerek, ktore rzeczywiscie mowią, iż one mają czasami "zarąb" głównie w weekendy.Uwazam, iż praca w markecie dla ludzi młodych(sam mam 17 lat) jest jakąś szkołą życia i warto tego spróbować. CZas jaki pracuje autorka reportażu wg. mnie jest za krótki na to, aby z góry negatrywnie ocenić dany market.
Pozdrawiam
Halczyn

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobra reporterska robota, ale... Są ludzie, którzy w ten sposób pracują całymi latami i może tylko marzą o lepszej pracy. Tysiące ludzi dziennie mogłoby podobne ciekawe a skandaliczne rzeczy opisywać. A odważna pani dziennikarka zatrudnila się, aby w ramach lepiej opłacanej pracy, niejako przeżyć pewną przygodę. Na delegacji. Może nieco poszarżować, bo w razie dyscyplinarnego zwolenienia z marketu nic nie traci - jest to dla niej zawodowa zabawa. Nie przeczę - jest to trochę ryzykowne, a na pewno dyskomfortowe. Jednak powtarzam - jednorazowa akcja uwieńczona sukcesem i premią po jednej stronie i wieloletnie zmaganie się dziewczyn w kasach i w magazynach po drugiej stronie bez szansy na napisanie poczytnego artykułu. Latami czekają na swego księcia, który wyciągnie je z tego piekła na ziemi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Gratuluję pomysłu na artykuł i odwagi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To dopiero jest dziennikarskie narazanie zycia :D... ale tak na powaznie to wcale smiac sie nie chce,jak pomyslec o tym przeterminowanym jedzeniu...lepiej nie :-/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny pomysł. Tylko jak teraz pójść do marketu i coś kupić?? Chyba WOLAŁABYM NIE WIEDZIEĆ, że dzięją się tam aż takie przekrety. Szkoda gadać...

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 23.09.2006 08:41

Bardzo dobra robota. NIestety wkurza mnie to, że tak się dzieje wszędzie i to bez znaczenia na sklep, czy to odzieżowy (wiem z doświadczenia) czy to spożywczy. Wszędzie jest centrala, która "mówi" co i jak, a ty robisz wszystko żeby to "co i jak" uzyskać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy pomysł na artykuł, nieprawdaż?

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 23.09.2006 07:54

Brawoo dla Dziennika Łódzkiego! Trzeba walczyć nie tylko z tymi hipermarketami ale także z tymi mniejszymi marketami... Tam pewnie takie przekręty robią, że szok :-/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.