Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1518 miejsce

Odzyskane dziedzictwo

Ich historia bierze swój początek w XV wieku, kiedy to dzieje ludzi i zwierząt pisane były jeszcze jednym piórem. Przywędrowali tu z odległej Wołoszczyzny, by wraz ze swymi kierdlami otworzyć nowy rozdział w historii „lasu nad krętą rzeką".

ODZYSKANE DZIEDZICTWO
Ich historia bierze swój początek w XV wieku, kiedy to dzieje ludzi i zwierząt pisane były jeszcze jednym piórem. Przywędrowali tu z odległej Wołoszczyzny, by wraz ze swymi „kierdlami” otworzyć nowy rozdział w historii „lasu nad krętą rzeką”. Zavoi, jak nazwali go w swoim języku, okazał się dla ich kultury glebą żyzną i urodzajną. Na plony nie trzeba było czekać długo. W stosunkowo krótkim czasie, asymilując się z ludnością autochtoniczną, założyli oni kolejne osady, dając początek między innymi Makowie Podhalańskiemu, Stryszawie, Bystrej-Sidzinie, Juszczynowi czy Suchej Beskidzkiej. Babiogórcy, bo o nich mowa, „gazdują” na tych terenach nieprzerwanie od setek lat, kultywując wciąż żywe tradycje przodków, choć nie zawsze tak było…

WILKI W OWCZYCH SKÓRACH
Górale babiogórscy w swej codzienności parali się wieloma profesjami – uprawą roli, ścinką drzew czy kuśnierką. W całej ówczesnej Galicji słynęli, jako znakomici snycerze i kowale – w okresie świetności swym kunsztem przewyższali Podhalan, do dziś dnia uważanych za mistrzów rzemiosła artystycznego. Aczkolwiek, ich podstawowym zajęciem było niewątpliwie pasterstwo.
„Bacówka” nie była wyłącznie miejscem pracy. Dla babiogórskiej społeczności pełniła wręcz rolę scalającego społeczność ogniwa. To właśnie na hali rodziły się skoczne tańce, niesione wiatrem halnym pieśni i legendy zaklinające w swą treść historię ludu spod Babiej Góry. Sam „baca”, nie był zaś wyłącznie kierownikiem grupy wypasowej. Bowiem do czasów dzisiejszych, przetrwał w świadomości miejscowych obraz „bacy” czarownika, który w tylko jemu wiadomy sposób rozprawiał się z bolączkami zwierząt i ludzi.
Życie na wysokogórskich halach tryskało „ślebodą”, tak głęboko zakorzenioną w każdym góralu. To właśnie ta niepohamowana potrzeba wolności i niezależności ściągała na wypas tłumy niepokornych młodzieńców. „Redyk” (wiosenne wyjście na wypas) rozpoczynał się rok rocznie „na świętego Wojciecha” tj. 23-go kwietnia. Rozpalony w ten czas święty ogień – „watra”, płonął nieprzerwanie przez blisko siedem miesięcy – do „świętego Marcina”, którego wspomnienie przypada na 11-go listopada. Okres wypasu owiec zazębiał się czasowo z bodaj najbardziej znanym w popkulturze zajęciem górali, mianowicie „pójściem zo bucki”, stanowiąc dla „zbójników” wymarzone alibi chroniące przed dekonspiracją.
„Baca” – „harnaś”, „juhasi” – „zbójnicy”. Takowe zestawienie było szaleńczo popularne w krainie Babiogórców. Szczególne natężenie zjawiska występowało we wsiach Zawoja i Skawica, będących zagłębiem karpackiego zbójnictwa. Najbardziej znanymi „podwójnymi agentami” babiogórskiej ziemi byli Bracia Giertugowie. Rodzeństwo zachłysnęło się wolnością właśnie na hali i to ona pozostała ich azylem poprzez całą karierę.
BABIOGÓRSKI JANOSIK
„Ciągle chodzą z ciupagami w rękach. Umieją się tym narzędziem tak dobrze posługiwać, że nie odkładają go nawet przy tańcu i można mieć pewność, że rzucając nim nie chybią, nawet jeśli cel byłby oddalony o czterdzieści kroków” – tak profesor Józef August Schultes nakreślił w swym pamiętniku obraz babiogórskich mężczyzn. Faktycznie, rejony Zawoi i Skawicy obfitowały w potencjalnych „dobryk chłopców”, gotowych w każdej chwili rozpocząć życie poza prawem. Nic dziwnego, że to właśnie pod Babią Górą urodził się „zapomniany harnaś” – Józef Baczyński zwany Skawickim.
Na zbójnicki szlak Baczyński wyruszył 25 kwietnia 1732 roku. Jego pierwszą ofiarą został bogaty krawiec Sowa, ze wsi Mikołaj (obecnie dzielnica Wadowic). W krótce połączył on swoje siły ze wspomnianymi wcześniej Braćmi Giertugami. Wspólnie dokonali szeregu rabunków, w tym śmiałego ataku na browar i karczmę w podkrakowskich Dobczycach. Owo wydarzenie okazało się punktem zwrotnym w karierze zbójnika. Podczas ucieczki miejscy strażnicy zastrzelili dotychczasowego harnasia – Macieja Giertugę. Jego następcą został właśnie Józef Baczyński.
Harnaś Skawicki był człowiekiem wyjątkowo pewnym siebie i obdarzonym niebywałą fantazją. Pewnego razu natknął się ze swymi kompanami na powracającą z podróży szlachecką rodzinę Lisickich, właścicieli Łętowni koło Myślenic. Rozochoceni trunkami zbójnicy postanowili tym razem nie grabić nieszczęśników, lecz zabawić się ich kosztem. Przybierając pozę ofiar innych zbójników, nakłonili Lisickich do zaaranżowania hulanki w karczmie w Bystrej, a następnie biesiady na wójtostwie w Sidzinie. Nocą banda Baczyńskiego wykradła się cichcem z dworku, po drodze napadając na gospodarstwo niejakiej Palczyny, bogatej gospodyni z tejże wsi. Następnie „dobre chłopoki” dotarli do Łętowni, gdzie obrabowali jednego dnia posiadłość swoich niedawnych dobroczyńców, a następnie plebanię i dom organisty.
Śmiała kariera „babiogórskiego Janosika” dobiegła końca późną jesienią roku 1735. Harnaś wraz z kompanią, znudzeni ciągłymi powodzeniami niezliczonych wypraw łupieżczych, postanowili odpocząć. Porywając uprzednio skrzypka z Kasinki, udali się do Dobrej gdzie w przysiółku Wilczyska urządzili biesiadę. Uśpiona alkoholem czujność przypieczętowała los Baczyńskiego – tego samego dnia został pojmany i osadzony na zamku w Krakowie. Znamienity herszt, przewyższający swymi dokonaniami słynnego Janosika, został ścięty 1736 roku na krakowskich Krzemionkach. Od tej pory żył wyłącznie w nuconych ukradkiem pieśniach i koralach, którymi niegdyś ochoczo obdarowywał piękne góralki.

CORNE PORTKI
Korale stanowiły ukoronowanie odświętnego stroju kobiecego. Opasając szyję nadawały kolorytu lnianej koszuli, ozdobionej wyłącznie delikatnym roślinnym haftem. Sukiennym gorsetom w paru wersjach kolorystycznych (ciemnozielone, granatowe, szafirowe, bordowe, u starszych kobiet czarne), szyku dodawały haftowane na przodach i tyle tzw. „leluje” - nawiązujące do motywu drzewa życia. Białe spódnice długie do kostek, będące pierwowzorem babiogórskiej mody, w drugiej połowie XIX wieku wyparły „paradne” suknie zdobione kwiatowymi wzorami. Biel nie dała jednak za wygraną, przenosząc się na lnianą „zopaskę” okrywającą przód „drukowanej” sukni. Zgrabne ramiona i głowy miejscowych dziewczyn, chroniła od deszczu „tybetowa” chusta.
Mężczyźni deszczu nie lękali się w ogóle. Filcowe kapelusze, zdobione wyłącznie wełnianym sznurkiem koloru czerwonego, ściągali wyłącznie w kościele. Zaś długie do kolan „cuchy” zakładali na lewą stronę, gdy tylko zbierało się na opady. Skąd ta pieczołowitość? Wykonane z brunatnego, samodziałowego sukna babiogórskie „cuchy”, zdobione wyjątkowo bogatymi haftami o przewadze czerwonego koloru, stanowiły najpiękniejszą część męskiego stroju, wybijając się stanowczo na tle kurtek sąsiadów „zo miedzy”. Roztańczone nogi krewkich górali okrywały białe sukienne spodnie, zwane tutaj „bukowymi portkami”. Każde z nich „cyfrowane” w „parzenice” – rodzaj zdobienia, występujący na podbabiogórzu w trzech wariacjach. Nieco skromniejszą część męskiego stroju stanowiła lniana koszula, na którą zakładano wysadzaną metalowymi guzikami granatową kamizelkę. Całość zespalał szeroki, skórzany pas zwany „madziarskim”, wybijany w ludową ornamentykę.
Bogactwo strojów i kultury Babiogórców z czasem zaczęło przyciągać, w równie piękną dolinę Skawicy, rzesze „ceprów”. Rozkwit ruchu turystycznego przypadł na pierwszą połowę XX wieku, przynosząc, wraz z wymarzonymi „dutkami”, „corne portki”…
Nie upłynęło wiele wody nim dwa odmienne światy zwarły się ze sobą niczym przeciwstawne bieguny magnesu. Przyczyniła się do tego góralska młodzież, której zaczął imponować miejski styl życia i stroje przywiezione pod Babią Górę przez wczasowiczów. Chłopcy uganiający się za dziewczynami z miasta, pogubili po drodze „bukowe portki”. Zaś porzucone dziewczęta szansę na odzyskanie niedawnych zalotników zaczęły upatrywać w „pańskich” sukniach. Tak oto „corne portki” przysłoniły blask babiogórskiej kultury na długie lata.

KRZYWDĄ W KRZYWDĘ
Pewnej mroźnej nocy u progu zimy, zbójnik Bartłomiej wyruszył na szczyt Babiej Góry by tam schować swój skarb. Gdy był już na miejscu, nieszczęsny los zesłał na niego okropną śnieżycę. Pechowiec schronił się w pobliskiej jamie. Gdy rozpalił ognisko, w jego blasku dostrzegł pokraczny, rogaty cień. Diabelski pomiot, pomyślał – w istocie był to czart! Zwabiony płomieniami, piekielny posłaniec wprosił się na gościnę do jamy zbójnika. Bartłomiej, w życiu bojący się jedynie Boga, przystał na diabelskie towarzystwo. Przy manierce okowity, zbójnik i dias zawarli układ. W zamian za duszę Bartka, diabeł zbudować miał na szczycie „Matki Niepogód” zamek. Robota paliła mu się w rękach. Gdy góral zorientował się, iż do ukończenia zamku brakuje jedynie fosy, padł na kolana i gorliwie zaczął się modlić. W jednej chwili kogut zapiał, na horyzoncie pojawiło się słońce, zaś rozwścieczony czart kopnął w mury zamku, który rozsypał się na kawałki, tworząc Diablak – najwyższy szczyt Babiej Góry. Tak oto zbójnik Bartłomiej ocalił swą duszę.
W równie cudowny sposób, słońce rozjaśniło mroki babiogórskich dziejów. Promieniem jutrzenki okazała się doktor Urszula Janicka-Krzywda. Pochodząca z Zawoi pani etnograf i folklorysta odgrzebywanie przeszłości rozpoczęła właśnie od zbójnictwa. To dzięki jej publikacjom Polska, Świat i sami zainteresowani – Babiogórcy, poznali na nowo, przytoczoną wcześniej, postać Józefa Baczyńskiego. „Ciupaga” była jednak zaledwie początkiem!
Długoletnia praca badawcza, zaowocowała wydaniem wielu publikacji wskrzeszających na swych kartach zapomnianą kulturę Babiogórców. Za swoje dokonania Urszula Janicka-Krzywda, 9-go października 2013 roku została odznaczona prestiżową nagrodą im. Oskara Kolberga, za zasługi dla kultury ludowej. Sukces nie ostudził zapału naukowca. W listopadzie bieżącego roku zagrała ona główną rolę w filmie dokumentalnym pod tytułem „Babiogórcy, Urszuli Janickiej-Krzywdy”. Krótkometrażowy obraz, wyreżyserowany przez Marcina Kapronia i Annę Pankiewicz stanowi niewątpliwie kamień milowy w dziedzinie rekonstrukcji dziedzictwa kulturowego ludności dorzecza Skawicy. Z resztą nie tylko on…
Rok rocznie w drugiej połowie września po babiogórskich dolinach niesie się dźwięk „trombity”, oznajmiając początek barwnego festiwalu. Mowa o „Babiogórskiej jesieni”, wskrzeszonym w swej pierwotnej formie największym w Karpatach pasterskim święcie ludowym. Tego dnia, jak za dawnych lat do Zawoi ściągają rzesze turystów, wabionych tu skoczną muzyką i pięknymi strojami, odtworzonymi właśnie przez doktor Krzywdę. Przywodzi to na myśl znaną historię o „cornyk portkak”, jednak z małą różnicą… Teraz to „ceperki” gonią za „śwarnymi górolami”, zaś pragnący utrzymać je przy sobie chłopcy z miasta, wkładają na głowy góralskie „kłobuki”.




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.