Facebook Google+ Twitter

Off Festival 2009 - dzień pierwszy

Tym razem organizatorzy zamiast zaprosić plejadę świetnie znanych, klasycznych zespołów, postawili na odkrycia. Dlatego warto było przyjechać - by poczuć na własnej skórze, jak muzyka na żywo zmienia i poszerza percepcję słuchacza.

Czwartek, 06.08.2009

Zespołami wartymi omówienia jest Paristetris i The Complainer & The Complainers.

Polski kolektyw TCTC w obszernym składzie jest kolejnym dowodem na to, że na scenie popowej nie wystarczy już tylko dobrze grać, trzeba występ dopełnić igrzyskami. Pierwszą rzeczą, która rozbroiła mnie w tym koncercie, były wizualizacje - obrazy pokazywały się na zwykłym rzutniku, czasami składały się z kawałków papieru układających się w abstrakcyjne obrazy, czasem powstawały z absurdalnych rysunków i fragmentów puzzli albo zdjęć znanych postaci (pojawiła się na przykład Brigitte Bardot). Kolejnym zaskoczeniem był tancerz - młody, chudziutki chłopak zakradł się na scenę i zaczął ni stąd ni zowąd zwariowany pokaz electroboogie, każdy ruch dopasowując do dźwięków. Kiedy na scenę w ostatnim utworze wkroczyli zaproszeni z publiczności goście, nie wiedziałam już, na którym elemencie występu się skupić.
Nie tylko efektowny, ale i muzycznie bardzo dobry był to występ. Ciekawe aranże, czasami chaotyczne i głośne, czasami subtelne, stanowiły jego mocny punkt. W połączeniu z zabawnymi tekstami, równie absurdalnymi momentami jak wizualizacje, wykrzykiwanymi przez parę wokalistów. Żywiołowy, mięsisty, dobrze nagłośniony koncert - oto, co zaprezentowali TCTC na scenie. Interesujący nawet dla laików.

Później na scenie pojawił się międzynarodowy projekt Paristetris. Choć spodziewałam się ciekawego i nieszablonowego koncertu, to, co usłyszałam na scenie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pierwszym zaskoczeniem był utwór otwierający - delikatna ballada w stylu retro, zaśpiewana z wykorzystaniem "postarzającego" efektu przez Candi, która jest wokalistką nieprzeciętną. Rozmyte, trzeszczące dźwięki i sielankowa historia brzmiały jak kawałek z czarno-białego filmu. I rzeczywiście, do końca koncertu moje skojarzenie znajdywało potwierdzenie - brzmiał w całości jak soundtrack ze starego, eksperymentalnego filmu, w którym wątek romantyczny przoduje, ale pojawiają się też elementy tragiczne czy nawet thrillerowe. Zmiany nastrojów były na początku po prostu niewiarygodne - delikatny opener przeszedł gładko w ciężki, prosty bit techno, do którego dołączyły krzyczące instrumenty. Żadnych kompromisów - po technie przyszła pora na hardcore, choć nawet te zadziorne (czasami raczej punkowe) pomysły miały strukturę i klimat bez wątpienia jazzowy. I tak przez cały koncert - Cindy opowiadała swoją przedziwną historię, a panowie Masecki, Moretti i reszta dzielnie akompaniowali zwrotom akcji, czasem zapuszczając się w misterne instrumentalne improwizacje. W fotel wbiła mnie przepiękna wersja "Blue Velvet", zagranego z dedykacją dla Lyncha. Ale i tak gwiazdą wieczoru była Cindi - raz przeraźliwie krzycząca (teraz najlepszym skojarzeniem będzie porównanie jej do Alice z Crystal Castles, szczególnie, że elektroniczne efekty w krzyczanych utworach bywały "nintendocore'owe"), raz cicho, przepięknie nucąca. Dała z siebie z resztą wszystko i w kończącym utworze nie zdołała już niczego więcej zaśpiewać. Jak całość? Bez słabych momentów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.