Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

92565 miejsce

Off Festival dzień drugi - najlepszy festiwalowy dzień świata

Straszny brak obiektywizmu dotknął mnie tego dnia, a może był to jednak zachwyt uzasadniony. Większość koncertów imponowała, zaskakiwała, wciągała, hipnotyzowała i wprawiała w osłupienie. Niespodziewanie udany dzień.

 / Fot. offKiedy się wpada w nieboskim upale prosto pod strażacki wąż, a później są już tylko dźwięki Metza, to dzień musi być udany. Mniej więcej tak zaczął się ten dzień - orzeźwiającymi prysznicami, najpierw wody, a następnie hałaśliwej kakofonii kanadyjskiego dziecka Sub Popu, które jak to dziecko Sub Popu na gitarach grać potrafi. Ten mały skład w wersji koncertowej okazał się godny swojego albumowego dokonania, zatytułowanego po prostu "Metz", jednej z bezapelacyjnie najlepszych płyt ostatniego roku, na której punkowy duch spotyka się z hardcorem, melodie wrzucone są w rzeźnicki hałas. Mieszanka wręcz doskonała. Godzina smażenia się w polskim słońcu i takiej koncertowej energii - to naprawdę było doznanie.

Z kategorii doskonałości: Bohren und der Club of Gore. Mroczny spektakl z panami schowanymi w gęstej mgle i oświetlonymi małymi żarówkami, które pozwalały na dojrzenie co najwyżej zarysu twarzy lub wyłaniającego się z gęstwy instrumentu. Rzecz absolutnie powalająca: kompletne wycofanie muzyków, koncert rzadko przerywany opowieściami (była taka o wilku, który śpi pod samochodem niemieckich turystów gdzieś na kempingu na południe od Paryża, w dzień śpi, w nocy poluje - tak przedstawiała się fabuła jednego z utworów), składający się z ciemnych, gęstych dźwięków, które snuły się w namiocie niczym muzyka do filmu Lyncha. Ciarki na plecach a przed oczami puste autostrady, zagubione drogi, lasy i pociągi. Bohreni grają rzeczy albo mroczne i ciężkie, albo zmysłowe, rozerotyzowane na swój ciemny sposób kompozycje, w których saksofon wiedzie prym. Przeżyłam tam kompletne odcięcie od rzeczywistości - do tego stopnia, że nawet Godspeed był zagrożony.

Na szczęście i to była koncertowa doskonałość. Koncert trudny, bez znanych utworów, żadnych klasyków z "Lift...", za to perfekcyjnie wyrzeźbiony z wielu gitar, pokręteł, dwóch perkusji, skrzypiec i basu spektakl dźwięków, oprawiony jak zwykle w doskonałe wizualizacje - stare dokumenty, zdjęcia, puste drogi, puste domy, taki strach przed społeczeństwem i obawa o społeczeństwo w jednym. Ale Godspeed nie jest zespołem na główną scenę - domyślam się, że żaden z namiotów, które są w tym roku nawet mniejsze, nie udźwignąłby tych tłumów, z drugiej jednak strony momentami wcinały się w ciche chwile fragmenty prób Zeni, a brak możliwości dojrzenia, co dzieje się na podłodze, na której muzycy siadają i tam odbywa się spora część tego rytuału też przeszkadzała. Domyślam się, że nie lepiej było tym, co stali daleko w Poznaniu, z drugiej strony jednak kameralność spotkania w małym gronie z tym fantastycznym, legendarnym i kompletnie niehipsterskim zespołem ma ogromną wartość. Dla mnie absolutnym fenomenem był ostatni utwór, "Behemoth", w którym dwukrotnie doszło do kulminacji, podwójnie rozpędzała się ich Godspeedowa machina, prowadząc do dramatycznych crescend. Przepięknie.

Z cyklu podołali:

Holy Other - otoczony przecudnej urody wizualizacjami, znów rzecz bardzo zmysłowa, ręce dotykające różnych struktur, faktur i materiałów, ciekły azot, wszystko w promieniejących szarościach. Do tego popis muzyczny, który nie pozwalał co prawda tańczyć, ale w ciekawy sposób odniósł się do witch house'a czy cokolwiek on gra i jakkolwiek to się nazywa: poszatkował, poćwiartował, poprzestawiał, pozwalniał utwory czy może raczej ich fragmenty, budując z nich taki właśnie ciemny koncert raczej do słuchania. Moment najważniejszy: "Yr Love", oczywiście wolniejsze niż na płycie. Pięknie.

The Walkmen - kto spodziewał się rockowego szału, ten musiał być zaskoczony facetami w garniturach, którzy po prostu grają bardzo amerykańsko i niemalże perfekcyjnie. Utwory skrojone równie dobrze jak ich odzienie, świetny wokal, kupa dobrych momentów - oczekiwanie ponad trzynastu lat na nowojorczyków zostało spuentowane satysfakcjonującym, ładnym występem, bez popisów i bez wygłupów. Czyli wciąż się da normalnie.

Zeni Geneva i Circle - dwie zagadki, szkoda, że ta druga tak późno. Pierwszy zespół to bezlitośnie precyzyjny japoński metal z wykrzyknikami, którymi publiczność chętnie się zabawiała, rzecz mocna, soczysta. Drugi zespół widziałam krótko i zmęczył mnie niesamowicie samym faktem, że czterech wokalistów zmieniało się co kawałek, bo każdy dysponował nieco innym, bardziej pasującym do granego akurat gatunku gitarowego grania. Co utwór to niespodzianka. Naprawdę chętnie spotkałabym się z tym graniem nieco wcześniej, kiedy umysł podążałby za taką dozą informacji i emocji.

Brutal Truth rzecz jasna doskonali, charakterne metalowe granie z piekła rodem. No i tajskiej muzyce niczego nie brakowało - fajne spotkanie z graniem folkowym, którego w sumie na offie brakuje. I wreszcie obyło się bez przereklamowanych Djów z egzotycznymi nazwiskami - dużo lepiej słucha się dźwięków wydawanych przez instrumenty, których nazw i tak nigdy nie zapamiętasz. Ach, no i KLT - podobnie jak ze Starą Rzeką, ogromne oczekiwania i w efekty, które im nie sprostały. Rzecz ciekawa, rzetelna, ale jakoś dziwnie pozbawiona hipnotycznych właściwości.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.