
Zacznę od komplementów. Mam swoje typy, jeśli chodzi o zespoły i umieściłam je w rankingu, najpierw jednak kilka słów o koncertach, które nie mogą zostać pominięte.
Ariel Pink's Haunted GraffitiGdyby tylko nie lało podczas tych szaleństw na scenie leśnej... Ariel i spółka wypadli muzycznie zdecydowanie lepiej niż na Primaverze, z całym obłędem, który wyróżnia jego koncepcję lo-fi, od każdego indie-plumkania. Dużo improwizacji, dużo nieprzewidywalnych krzyków i szeptów, idealnie zagrany koncert. Widać, że Ariel znudził się już odgrywaniem nowej płyty i mocno ograniczył jej procentowy udział w setliście - dzięki temu "Round and Round", "Bright Lit Blue Skies" czy "Beverly Kills" wyraźnie budziły entuzjazm publiczności. Z drugiej strony, stare kompozycje przypomniały, że Ariel Pink's to zespół z bagażem fantastycznych pomysłów, z całą masą błyskotliwych aranży i obłędnych pomysłów na siebie. Tylko tego słońca nad zatoką brakowało.
Destroyer90 proc. tego występu stanowiła płyta "Kaputt", a jednak udało się nie zmieścić w zestawie mojego ulubionego utworu. To zresztą było nagminne podczas OFFa - za każdym razem murowany w mojej opinii hicior, po prostu nie był grany. Trudno, przeżyłam i przebaczyłam, bo koncert Kanadyjczyka bardzo mi się podobał. Pełna elegancja - można owszem, czepiać się, że to wszystko śliskie i nijakie, można też uważać, że to po prostu dopieszczony, elegancki, dystyngowany pop. Jestem fanką "Kaputt", właśnie za tą gładkość, spójność i równość, za te wszystkie fajne dęciaki i klawisze, za pościelówki godne początków lat 90-tych i inne sentymentalne głupoty, które po prostu świetnie brzmią. Dokładnie taki był ich występ - idealnie zagrany, z bardzo ulotnymi, krótkimi momentami improwizacji i mrocznych przejść, uroczo zaśpiewany, udekorowany fletem czy vintage'owymi syntezatorami. Grzeczność i poprawny urok. Piękne to było.
Matthew DearPłyta-koncept "Black City" zbierała średnie oceny, i w sumie nie ma się co dziwić. Ani ona szczególnie grzeje, ani ziębi, jest dobra, ale kogo to obchodzi, skoro dobrych płyt jest i tak za dużo. Niedawno dopiero dowiedziałam się, że Matthew wrastał w techno w Detroit, ponad dekadę temu. I że to jego dziełem jest "Put Your Hands Up For Detroit" (ale w innej wersji, niż ogólnie znana i przyjęta). Wszystkie informacje intrygujące i konfundujące zarazem. I kiedy weszłam do ciemnego namiotu Trójki, gdzie przy minimalistycznym, pulsującym świetle Matthew w białym garniturze tańczył przy mikrofonie, przy akompaniamencie optymalnie okrojonego instrumentarium (perkusja, gitara i efekty), wszystko nabrało innego
senso. Matthew bawił się vocoderem, a do tego wraz z zespołem znalazł idealny balans między klimatem techno, a alternatywną, instrumentalną potańcówką. Coś niesamowitego - namiot pulsował, tancerze kłębili się na "parkiecie", z głośników sączyły się seksapil i perwersja (punktem kulminacyjnym był "You Put a Smell on Me"). Jaka szkoda, że na płycie to zaledwie namiastka tego, co Matthew Dear potrafi zrobić na żywo. Miazga!