Facebook Google+ Twitter

Off Festival po raz czwarty

W cyklu rozgrzewkowym przed muzycznym wydarzeniem w Mysłowicach zajmiemy się artystami, których roboczo określiłam mianem "jednopłytowców".

 / Fot. The Black TapesZacznijmy od The Black Tapes, bo to dużego kalibru warszawscy debiutanci. Jak na razie mają na swoim koncie jedną świetnie przyjętą EPkę "Black City", sesję w trójkowej Offensywie, wreszcie dzięki trasie zagranej ze szwedzkim Nutmeg wyjechali do Sztokholmu, gdzie nagrali pierwszą płytę "The Black Tapes". Pochwały ze strony mediów nie są w tym przypadku czcze.

Rzuca się w oczy przede wszystkim ich bezpretensjonalny, mało "wylansowany" styl - lubią przetarte, standardowe dżinsy i wionące latami 80-tymi rozpinane koszule. Ponadto nakręcili całkiem sympatyczny teledysk. Czarno-biały, w którym nic wielkiego się nie dzieje, ale pasuje do zadziornej, energetycznej oprawy muzycznej. I grają niczego sobie. Basistę i gitarzystę rozpoznałam od razu, całkiem niedawno trafiłam na nich w lubelskim klubie, gdzie grali ze swoim drugim zespołem Elvis Deluxe.

Mają doświadczenie, nieźle kombinują i są autentyczni. Znakomicie odbiera się emanującą z ich muzyki energię. Jest tu garażowa prostota wymieszana z porywającymi do tańca riffami i zakręconymi klawiszowymi przygrywkami, ciekawy wokal i sprytne, nie takie znowu banalne melodie. To taki miejski punk. Naprawdę dobra robota. Na Czarnych Taśmach będzie się działo!

 / Fot. Kumka OlikKumka Olik
Nie będę w ich przypadku ani bardzo łaskawa, ani złośliwa. Zdaję sobie sprawę, że to jednak jest wydarzenie. Że jeśli ktoś w Polsce lubi indie, to pewnie cieszy się, że młodym zespołom, które pracowicie przysłuchują się mniej i bardziej znanym, ważnym gitarowym wydawnictwom, udaje się od czasu do czasu nagrać niezłej jakości album, taki na niezłym, brytyjskim poziomie. I że mają swój pomysł na to, jak przemeblować schematy, żeby po raz kolejny uzyskać coś nowego.
I tu pojawia się moja wątpliwość.

Ta płyta jest dobra. Jest dobrze nagrana, ma względnie niezłe teksty, jest bezpośrednia i nic na niej nie jest udawane. Nawet krzywe, śmieszne wokale mają swój urok. Umieją grać na gitarach, dodają, zgodnie z modą, jakieś prościuchne klawisze, są taneczne riffy i w ogóle jest zabawa. Ale to trochę mało. To setna, tysięczna, milionowa płyta, na której pobrzmiewa i fascynacja Joy Division, i Gang of Four, na której są rozwiązania żywcem wyjęte z płyt pierwszych brytyjsko-grających zespołów, CKOD i TCIOF. A więc de facto, mimo wiedzy, umiejętności, talentów i pomysłów, to jednak nic nowego. Jest nowa płyta, nowy zespół i granie, które znamy na pamięć. Nie zachęcam ani nie odradzam spróbowania. Wybór należy do was.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.