Facebook Google+ Twitter

Ogień i moc. Luxtorpeda zagrała w Lublinie

O solowym projekcie Litzy - wieloletniego wymiatacza w grupie Acid Drinkers i innych kapelach - zrobiło się głośno. Pędząca na swoich instrumentach Luxtorpeda zagrała 2 września 2011 r. w lubelskiej Muszli Koncertowej Ogrodu Saskiego.

Litza, lider Luxtorpedy / Fot. Elżbieta RubiecLuxtorpeda wstrząsnęła deskami rodzimej sceny 9 maja 2011 r., kiedy światło dzienne ujrzał debiutancki album, pełen ostrego rockowego brzmienia. W zamierzeniu miał być to jedynie solowy projekt wiecznie niespokojnego ducha Roberta Friedricha, jednak stał się czymś więcej: kapelą kilku muzyków znających się od lat z różnorodnych muzycznych poczynań, wynikającą z potrzeby tworzenia i wspólnego grania.

Niekwestionowanym liderem grupy jest jej władca i mózg, Litza, jednak czad każdego z panów: Kmiety, Drężmaka i Krzyżyka, daje o sobie znać przy wszelkiej nadarzającej się okazji. Niekwestionowaną rewelacją stała się postać wspomagającego wokalnie i tekstowo kapelę Hansa - kontrowersyjnego hip-hopowca, który nie daje sobie dmuchać w kaszę. Jedno jest pewne - taki skład to gwarancja wybuchowej petardy, zwłaszcza podczas występu na żywo.

Luxtorpeda, 02.09.2011, Lublin / Fot. Elżbieta RubiecJuż podczas akcji promocyjnej koncertu pojawiło się wiele głosów deklarujących bezwarunkowe przybycie na konkretny kawał czadu, co znalazło potwierdzenie w rzeczywistości: lubelska Muszla Koncertowa wypełniła się niemal po brzegi. Występ gwiazdy wieczoru poprzedziły dwa supporty, jednak fani Litzy i spółki przebierali z niecierpliwością nogami w oczekiwaniu na swoich ulubieńców. Wystarczyło wyłonienie się muzyków w celach czysto technicznych, by pod sceną rozpoczęło się mało kontrolowane szaleństwo.

Około półtoragodzinny koncert Luxtorpedziaki wypełnili apetycznymi, pieprznymi kąskami ze swojej płyty, a pod sceną nieprzerwanie trwało obłąkańcze pogo. Setki gardeł znających teksty wykrzykiwało je wraz z muzykami, co jeszcze bardziej napędzało do dzikiego grania. Rozpoczęło się mocnym, charakterystycznym "Intro" jak na albumie i tak pozostało już do końca. Piece gitarowe rozgrzały się do czerwoności, z głośników płynęła istna ściana dźwięku, co nadawało całości dość surowy harcore’owy sound rodem z garażu - i w tym cały jego urok.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.