Facebook Google+ Twitter

Ogłuszająco dobrzy - A Place to Bury Strangers zagrali w Lublanie

Podwójna dawka dźwięków prosto z Brooklynu przygniotła niemały tłum wczorajszego wieczora - Bambara i APTBS zagrali w klubie Channel 0, tłumacząc na przykładach, co znaczy przester w zdolnych rękach.

 / Fot. plakatChannel 0 to jedno z ważniejszych miejsc koncertowych w Lublanie - wchodząc głównym wejściem do kultowej Metelkovej, ogromnego squatu niedaleko Dworca Głównego, będziesz go miał niebawem po prawej stronie. Scena niewielka, podobnie z przestrzenią dla publiczności - wchodzi tam pewnie 200 osób, więc atmosfera jest kameralna, a więc i kontakt z zespołem łatwiejszy. W przypadku tak intensywnych doznań dźwiękowych, jakie wydarzyły się tam wczoraj, ilość metrów kwadratowych przekłada się też na stopień ogłuszenia dzień po. Nie martwcie się, jeśli nie lubicie hałasu, dostaniecie za darmo zatyczki przy wejściu.

Repertuar CH0 waha się między bardziej komercyjnym i przystępnym graniem (Efterklang niebawem, 7 listopada dokładnie, w tym samym miejscu), ciężkim kalibrem (Red Fang w lutym) i niszowością (Ef chociażby, którzy przywiozą swój skandynawski post-rock 29 października). APTBS to taka średnia półka powiedzmy, ale w dobrym znaczeniu: zespół zdobył już popularność kilka lat temu, więc koncerty się wyprzedają łatwo i w wielu miejscach. Listy ich występów są przerażająco długie - dopiero co widzieliście ich z resztą w Polsce.



Tak więc na rozgrzewkę mieliśmy Bambarę na scenie: bas, gitara, perkusja. Perkusista jest zjawiskiem sam w sobie - jego styl grania i sposób poruszania są zadziwiające. To jak gimnastyka i moszowanie w jednym, z dziką precyzją, której ta motoryka w niczym nie przeszkadza. Wokalista krzyczy, zawodzi, wyje i śpiewa, wszystko skorygowane vocoderem, więc głos wprasowuje się w tkankę muzyczną, zamglony, niewyraźny, rozmazany. Basista próbuje to wszystko mniej więcej utrzymać w ryzach i czasami popisuje się dyscypliną wziętą z Primusa. Efekty są piorunujące: mają w sobie metaliczną surowość Bauhausu, smutną melodyjność Moving Mountains, wreszcie rzeźnickie umiłowanie do hałasu godne Swansów. Wierzcie lub nie wierzcie - wypadają niesamowicie dobrze na żywo. Są jak skumulowana energia, reaktor jądrowy, emanacja czystej energii. Doznałam olśnienia.

Apropo olśnień, macie swoją szansę - Bambara zagra w Polsce razem z Metzem: 12 w warszawskiej Hydrozagadce, 13 we wrocławskim klubie Bezsenność. Zaskakujące, właśnie wczoraj, słuchając po raz pierwszy w życiu Bambary, miałam tę refleksję, że jest to debiut i odkrycie na miarę Metza. Zdecydowanie trzeba to zobaczyć, jeśli tylko ma się ciągoty do hardcore'u.

Po krótkiej przerwie, wystarczającej na rozpięcie kolejnej sieci pedałów z efektami i przeniesienie bębnów (zestaw Bambary znacznie bardziej zaawansowany), na scenie znaleźli się kolejni Nowojorczycy. Koncert trwał 80 minut - bezlitośnie długo jak na ilość hałasu. Ale i optymalnie długo, by napawać się graniem i odkrywać przyjemność z przesterowanych dźwięków. Jest to ten rodzaj specyficznego muzycznego doświadczenia, w którym ekspozycja na dość monotonny, a jednak optymalnie zmienny zestaw brzmień dostarcza szczególnego rodzaju przyjemności: coś na granicy sztuki i zgiełku XIX-wiecznej fabryki, coś ocierającego się o melodie, brutalna przyjemność pociągania wajchy prawie tak samo często, jak poruszania strun. Spora część koncertu składała się z nagrań z ostatniej płyty zespołu, "Worship", która jakością nie ustępuje wcześniejszym - może tylko wraca bardziej do surowszego grania z debiutu. Jedynym "popowym" elementem było "I"ll see you again" zagrane gdzieś pod koniec. Ogromnie podobała mi się oświetlona przez projektory scena i rzucane na muzyków tęczowe promienie, połączone z obowiązkową mgłą. Na koniec - projektory gasną jeden po drugim i zastępuje je jeden stroboskop, przy którym jeszcze przez dziesięć minut najpierw we trójkę, a potem już sam Oliver, eksperymentowali z przesterami i budowali tę właśnie słynną, przeeksploatowaną "ścianę dźwięku". Cudna sprawa taki koncert - miałam wrażenie, jakbyśmy wszyscy cofnęli się do czasów CBGB, gdzie dzikość, punk-rock, poszukiwania i wolnomyślicielstwo, a po długotrwałej ekspozycji na wysoce natężony dźwięk doznałam w końcu swoistego katharzis. Terapia hałasem? Doskonały pomysł.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.