Facebook Google+ Twitter

Okiem rodziców. Gdy dziecko zamiast na obóz trafi do szpitala

Posyłając dziecko na letni wyjazd poza miejsce zamieszkania, zakładamy udany i w pełni satysfakcjonujący pociechę i tym samym nas - rodziców, pobyt. Tymczasem zawsze mogą wydarzyć się sytuacje, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć...

Idąc za przykładem minionych lat i kierując się przede wszystkim szeroko rozumianym dobrem, zainteresowaniami oraz osobistym zapotrzebowaniem dziecka, wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, iż także w tym roku umożliwimy córce samodzielny letni wypoczynek z dala od domu. Nie przez przypadek za miejsce pobytu wybraliśmy ponownie miejscowość znaną dziecku, jak i nam samym. Zgodnie z planem, od początku lipca obóz tenisowy, organizowany po raz kolejny w malowniczo położonej Muszynie - Złockiem, stał się docelowym miejscem aktywności sportowej i wypoczynku naszego dziecka.

Niestety jednak już w drugim dniu pobytu córki poza domem, wystąpiła nieoczekiwana zmiana jej dobrego samopoczucia. Szybko okazało się, że u dziecka pojawiła się stale rosnąca temperatura. Poza tym zgłaszało ono inne niepokojące i nasilające się dolegliwości. Byliśmy już wtedy w stałym kontakcie telefonicznym z pielęgniarką obozową, bo jak na ironię, na wspomnianym obozie sportowym, na którym czynnie wypoczywa 220 dzieci, organizator nie zapewnia w razie potrzeby, natychmiastowego kontaktu z lekarzem... W nagłych i niepokojących przypadkach, wymagających konsultacji czy też interwencji medycznej, dziecko przewozi się -jak się dowiedzieliśmy- do pobliskiej poradni lub oddalonego o 11 km szpitala.

Mając na uwadze niepokojący stan zdrowia naszego dziecka, w rozmowie telefonicznej z pielęgniarką obozową, wyraziliśmy konieczną w naszym odczuciu potrzebę konsultacji lekarskiej. Zgodnie z uzgodnionym działaniem, nasza pociecha znalazła się na Oddziale Pediatrii i Noworodków Szpitala im. dr. Józefa Dietla w Krynicy Zdroju.

Widok z Góry Parkowej w Krynicy Zdroju. / Fot. Dorota BurdajewiczPo sprawnym wykonaniu potrzebnych badań okazało się, że u dziecka rozwinęła się infekcja wirusowa, z którą bez interwencji medycznej, organizm naszej pociechy by sobie nie poradził. Naszej córce włączono więc niezbędne leczenie dożylne. Od tamtej pory, będąc niezmiennie w fizycznej odległości ok. 550 km od chorego dziecka i całej tej (delikatnie rzecz ujmując) niekomfortowej dla nas wszystkich sytuacji, pozostawaliśmy już w stałym kontakcie z personelem szpitala.

Od tamtej pory pomimo na bieżąco zgłaszanych nam przez dziecko żalów, dotyczących złego samopoczucia, dolegliwości chorobowych i przede wszystkim uzasadnionej i zrozumiałej tęsknoty za domem rodzinnym, trwaliśmy "na telefonicznym posterunku" już trochę bardziej spokojni. Tylko trochę, ponieważ w domu w tym samym czasie drugie dziecko zmagało się z zapaleniem oskrzeli. Niezależnie od tego jednak, rozważaliśmy możliwość wyjazdu w kierunku miejsca pobytu córki. Lekarze prowadzący informowali nas, że do końca nie ma takiej potrzeby.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Mogę sobie wyobrazić niepokój każdego rodzica w takiej sytuacji! Obyśmy zawsze mogli liczyć na to, że pozbawione bezpośredniej opieki rodziców dzieci znajdą się w dobrych rękach...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.