Facebook Google+ Twitter

Okręgi jednomandatowe - lekarstwo gorsze od choroby?

Wiele osób twierdzi, że lekarstwem na choroby polskiej demokracji byłyby jednomandatowe okręgi wyborcze (w skrócie JOW). Czy słusznie? Program wyborczy Platformy Obywatelskiej proponuję wprowadzenie tej ordynacji w wyborach samorządowych, a także częściowo w wyborach parlamentarnych. Warto się więc przyjrzeć bliżej temu pomysłowi.

Problemy z listami partyjnymi


Chęć zmiany ordynacji wynika z bardzo poważnych problemów z obecnym systemem. Najbardziej jaskrawe było to w czasie wyborów do Sejmu w 2001 roku: poseł Jan Łączny z Samoobrony otrzymał mandat po zdobyciu 498 głosów, a Jerzy Buzek mimo otrzymania 32865 głosów (ok. 66 razy więcej!) do parlamentu nie wszedł, gdyż jego partia (AWSP) nie przekroczyła progu 5 proc. Obrazuje to typową cechę większości tzw. ordynacji proporcjonalnych - partia jest ważniejsza od konkretnego kandydata. To, ilu kandydatów wejdzie do Sejmu z danego okręgu zależy od sumarycznego poparcia partii w całym kraju, a nie od liczby głosów oddanych na te konkretne osoby.

Ponadto, większość ludzi skreśla przy głosowaniu pierwszą osobę na popieranej liście. Daje to partiom mocne narzędzie dyscyplinowania parlamentarzystów. Poseł odpowiada w większym stopniu przed swoim liderem niż przed wyborcami. Jeśli wyłamie się z dyscypliny, przy następnych wyborach może dostać dużo gorsze miejsce.

Obecna ordynacja uniemożliwia też startowanie do wyboru kandydatom niezależnym, nawet jeśli są to bardzo popularne osoby. Procedura zgłaszania list i wymóg uzyskania 5 proc. w skali całego kraju powodują, że ktoś nie związany z aparatem partyjnym nie ma szans na wybór. Dodatkowo okręgi wyborcze są ogromne (z każdego wchodzi do parlamentu zwykle kilkunastu posłów), więc i tak niewiele osób byłoby sobie w stanie pozwolić na kampanię wyborczą z własnych funduszy. A poseł, który uzyskał pomoc w finansowaniu kampanii, ma po wyborach do spłacenia dług. Niekoniecznie tylko finansowy...

Co nam mogą dać JOW


Założenia systemu większościowego z jednomandatowymi okręgami wyborczymi są skrajnie odmienne. Mamy 460 posłów, więc kraj dzielimy na 460 okręgów. Kto w danym okręgu dostanie najwięcej głosów - wygrywa. Nikt z małą liczbą głosów się nie prześlizgnie. Każdy może zgłosić się do kandydowania, a zasłużeni dla lokalnej społeczności działacze mają spore szanse na wybór, nawet jeśli nie są związani z żadną partią. Poseł odpowiada przede wszystkim przed swoimi wyborcami - to od nich zależy, czy się dostanie do parlamentu następnym razem. Nawet jeśli zostanie wyrzucony z partii, a utrzymuje popularność, może wystartować jako kandydat niezależny. Okręgi wyborcze są małe, nie trzeba więc dużych nakładów finansowych, aby przeprowadzić kampanię na własną rękę. Partiom opłaca się wystawiać do kandydowania jedynie osoby popularne i znane w danym okręgu.

Teoria a praktyka


http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:The_Gerry-Mander.png / Fot. Gilbert StuartFrancuski socjolog, Maurice Duverger zauważył, że najpopularniejsza odmiana ordynacji z okręgami jednomandatowymi prowadzi do systemu dwupartyjnego. Doświadczenia z wielu krajów takich jak USA czy Wielka Brytania potwierdzają tę obserwację, zwaną prawem Duvergera. Z pewnością umożliwia to zwycięskiej partii realizację programu bez konieczności zawierania koalicji, a przez to kompromisów. Z drugiej strony, dużo więcej osób nie ma w parlamencie nikogo, kto by reprezentował ich poglądy.

Nie to jednak stanowi największy problem. Z tego, że wygrać może tylko jedna osoba wynika, że startować ich będzie niewiele. Żadna partia nie pozwoli sobie na wystawienie więcej niż jednego kandydata, bo spowoduje to rozproszenie głosów i utratę szansy na zwycięstwo. Więc mimo że każda z partii skupia bardzo szeroki zakres spektrum politycznego (bo liczą się tylko dwie partie), to nie ma możliwości wsparcia konkretnego skrzydła wewnątrz partii. Zaciskasz zęby i głosujesz - albo oddajesz głos przeciwnikowi. Proponuję sobie wyobrazić zwolennikom PO, że mają wybór tylko między Romanem Giertychem i Piotrem Ikonowiczem. Albo głosującym na PiS, że jedynymi kandydatami z ich okręgu są Donald Tusk i Wojciech Olejniczak. Pozostaje się zgodzić ze stwierdzeniem Kazika Staszewskiego, że dwie partie to przecież "tylko jedna więcej niż jedna".

O ile w ordynacji z listami partyjnymi kłopotliwe są utrudnienia dla kandydatów, o tyle przy systemie jednomandatowym największy problem mają wyborcy. Jeśli zwycięstwo w danym okręgu będzie nieznaczne, pozostali (czasem może ich być ponad 50 proc., gdyż zwycięzca nie musi zdobyć połowy wszystkich głosów) nie będą mieć żadnej odpowiadającej im reprezentacji. A jeśli zwycięstwo jest duże? Jest wiele miejsc w USA, gdzie poparcie np. dla Demokratów przewyższa 80 proc. (i analogiczne miejsca z podobnym wynikiem Republikanów). Oznacza to praktycznie pewny mandat, i to dla kogokolwiek wystawionego przez partię. Duży jest więc odsetek głosów, które nie mają żadnej szansy wpłynąć na wynik wyborów.

http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:Gerrymander3.svg / Fot. RokerHROProstota systemu większościowego (wygrywa ten, kto dostanie najwięcej głosów) w porównaniu z systemem proporcjonalnym (gdzie procedura wyznaczania liczby mandatów dla partii jest dość skomplikowana) powoduje przekonanie, że ten pierwszy nie jest podatny na manipulacje. Niestety jest, i to w większym stopniu. Zmieniając granice obwodów można całkowicie odwrócić wynik wyborów. Na pierwszym obrazku mamy remis w każdym z czterech kwadratów, na środkowym w trzech kwadratach wygrywają fioletowi, a na ostatnim - trzy mandaty dostają zieloni, mimo że poparcie dla obu opcji pozostaje bez zmian.

Politycy nie mają oporów przed korzystaniem z takiej formy polepszania wyników swojej partii. Pierwszej znanej tego typu manipulacji dokonał już w 1812 r. gubernator Massachusetts Elbridge Gerry. Zmienione granice obwodów przypominały niektórym salamandry (ang. salamander), co w połączeniu z jego nazwiskiem dało początek słowu "gerrymandering", którym się teraz określa wszystkie tego typu działania. Niestety jest ich dużo, o czym można przeczytać w artykule Wikipedii poświęconym gerrymanderingowi.

Znaleźć złoty środek


Popierany przez wiele osób system z okręgami jednomandatowymi stwarza więc duże problemy. Nie znaczy to jednak, że reforma ordynacji nie jest potrzebna. Na szczęście nie jesteśmy ograniczeni tylko do tych dwóch opcji. W Niemczech i na Litwie stosuje się system mieszany, w którym parlamentarzyści wybierani są w okręgach jednomandatowych, a następnie dodatkowe miejsca są obsadzane tak, by wielkość partii w parlamencie odzwierciedlała ich rzeczywiste poparcie. W Japonii i Korei Południowej odbywają się dwa równoległe głosowania - na miejsca obsadzane większościowo i na te obsadzane proporcjonalnie. Pod niektórymi względami łączenie tych dwóch rozwiązań łączy ich wady, zamiast zalet. Dlatego być może najbardziej warta uwagi jest całkowicie odmienna ordynacja z pojedynczym głosem przechodnim (ang. single transferable vote, STV), stosowana w Irlandii. Pozwala ona przedstawić wyborcy swoje pełne preferencje (którego kandydata lubimy najbardziej, którego mniej, którego jeszcze mniej, a którego w ogóle) a wyniki dosyć dobrze to odzwierciedlają.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Cześć Maruti (nick z Salonu 24) - teraz już wiem kim jesteś. Mam nadzieję, że nie usuniesz tego komentarza zamiast ustosunkować się do niego.

Glowne wady Single Transferable Vote (Pojedynczego głosu przechodniego):

1. System ten jest niemonotoniczny w takim sensie, ze wieksza ilosc glosow z numerem 1 moze zmniejszyc szanse kandydata. I odwrotnie, danie kandydatowi najnizszego numeru, zamiast numeru 1, moze uczynic go zwyciezca. Jest to tzw. "no-show paradox".

2. System ten umozliwia wystapienie tzw. "thwarted majority paradox", czyli sytuacji, w ktorej dany kandydat wygralby w bezposrednich wyborach z kazdym z pozostalych kandydatow z osobna, a w STV nie otrzymuje mandatu.

3. W systemie tym partie czesto instruuja wyborcow, aby stawiali tylko tyle numerow, ile jest mandatow w okregu, np. tylko 1, 2 w okregu dwumandatowym. Jest to zaprzecznie idei STV i proba zamiany go w system zwyklej wiekszosci. Zjawisko to wystepuje dlatego, ze partie obawiaja sie chaotycznosci i przypadkowosci, ktore sa tak charakterystyczne dla systemu STV.

4. Zasady przydzialu mandatow sa bardzo skomplikowane i zrozumiale jedynie dla nielicznych wyborcow. Na jednym z blogow poswieconych niedawnemu referendum w Brytyjskiej Kolumbii, gdzie odrzucono STV stosunkiem 61-39, mozna bylo przeczytac m.in. nastepujace opinie: "stalem sie przeciwnikiem STV w momencie, kiedy zrozumialem, jak sie w nim przydziela mandaty" oraz " moj glos przechodzi na KOGO?". Nie bez powodu niektorzy autorzy nazywaja ten system "drugim z kolei najgorszym systemem wyborczym". Winston Churchill, autor slynnego dictum o demokracji, tak sie wyrazil o STV: "jest to system, w ktorym najgorsi kandydaci otrzymuja mandaty najgorszymi glosami". Tomasz J Kazmierski źródło: http://romank.salon24.pl/113995,systemy-wyborcze#comment_1540319

Komentarz został ukrytyrozwiń

To co, piszemy projekt ustawy wprowadzającej Single Transferable Vote w Polsce? :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hm, mnie podobała się idea JOW, ale faktycznie dużo bardziej podatne są na manipulacje (lub jak kto woli, strategiczne podejście do wyborów). Plus za zwrócenie uwagi na ten tema!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo JOW w niedojrzałych demokracjach, z nieukształtowanym ostatecznie systemem dwupartyjnym. Kilkudziesięciu Stokłosów w parlamencie.
Mimo wszystko jestem za JOW. Okres przejściowy będzie trudny , ale chyba warto sie nieco pomęczyć , żeby porzucić system proporcjonalny.Warty rozwagi jest system większościowy z paroma mandatami w okręgu, w tym zgadzam sie z Anną.
W sumie wolę mieć u nas Wielka Brytanię niż znajome polskie bagienko, tak bardzo przypominające bagno włoskie :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Brawo! W Polsce nie było nigdy poważnej debaty na temat ordynacji, bo każda partia rozwiązanie najbardziej korzystne dla siebie lansuje jako ordynację idealną. Tymczasem każda ordynacja ma wady i zalety.

Jestem przeciwniczką JOW - ale wprowadzenie systemu większościowego z okręgami wielomandatowymi albo system mieszany bym poparła.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 18.10.2007 18:34

Gwoli uzupełnienia ciekawostek: w Panamie jest system tzw. głosu karzącego, który pozwala wyborcy zaznaczyć najmniej lubianego kandydata, a w Szwajcarii istnieje tzw. głos skumulowany, w którym wyborca dysponuje więcej niż jednym głosem.
Jeśli chodzi o niedoskonałość systemu większościowego, to np. w Wielkiej Brytanii zdarzają się sytuacje, gdy w okręgu kandydat przegrywa tylko kilkoma głosami i nie wchodzi do Parlamentu. Jest też tak, że partia, która uzyskała np. 12% poparcia w skali kraju ma mniej mandatów niż ta, która uzyskała tylko 7%.-

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.