Facebook Google+ Twitter

"Okręt Rzymu" - książkowy odpowiednik Toyoty

"Okręt Rzymu", debiutancka powieść Johna Stacka trafił w moje ręce równo dwa tygodnie temu. Wczoraj przeczytałem ostatnie zdanie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Czym w ogóle jest "Okręt Rzymu"? Według wydawcy, "książką pełną wspaniałych bitew morskich opisujących konflikt dwóch potężnych imperiów". Ja jednak zaryzykuję nieco odmienną opinię.

Powieść Stacka bardzo szybko trafiła do mojego prywatnego rankingu książek, które mam zamiar polecać wszystkim moim wrogom. Jest niebywale poprawna, solidna technicznie i przyjemnie wydana. To wszystko zapewnia jej ponadprzeciętne stężenie nudy.

Akcja toczy się w czasie wojny Imperium Rzymskiego z Kartaginą. Konstrukcja fabuły nie zaskakuje w praktycznie żadnym momencie. Dzielny, mężny Attyk, wspaniały kapitan, wspaniałego okrętu, wspaniale radzi sobie z morzem. Jednak taka jednobarwność postaci mogłaby się nie spodobać czytelnikom - w końcu wzorowy obywatel Rzymu musiałby mieć wielu przyjaciół. Dlatego też, autor zrobił z niego Greka. Pochodzenie zapewnia mu brak zaufania wśród dużej części mieszkańców Republiki. Daję sobie rękę uciąć, że ten zabieg miał zwiększyć atrakcyjność głównego bohatera, jednak sprawił, że ta postać jest tak papierowa, że aż chciałoby się ją sprzedać na makulaturę.

Życie marynarzy również nie posiada żadnego kolorytu. Opisy zmagania się załogi z morzem, za każdym razem wywoływały u mnie ataki ziewania, a pojawiające się gdzieniegdzie techniczne opisy sztuki żeglarskiej czy oręża zafascynować mogą tylko pijanych kajakarzy. Czytywałem książki, w których podobne elementy zostały przedstawione w znacznie przyjemniejszej formie.

Jednak mam dobrą wiadomość. Ta książka nie jest aż tak fatalna, jak może wynikać z mojego opisu. Jest po prostu do bólu poprawnym czytadłem. Umilała mi czas spędzany w tramwajach, jednak ani razu nie miałem ochoty wrócić do niej po powrocie do domu. Jest to taki książkowy odpowiednik toyoty. Możemy sięgać po ten tytuł, nie odczuwając paraliżującego lęku. Możemy pochłaniać kolejne zdania bez narażania naszego dobrego samopoczucia na szwank. Jednak z pewnością na koniec nie rzucimy tą książką o ścianę, ze złości, że to już koniec. Nie wywołuje ona żadnych emocji.

Jaki będzie werdykt? Przeczytać można, jednak jeśli nie zależy nam na rzymskich realiach, a chcemy poczuć w nozdrzach swąd morskiego powietrza, delektować się bryzą i nabawić choroby morskiej w zaciszu własnego pokoju, zdecydowanie lepiej sięgnąć po "Pod piracką flagą" Crichtona.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.