
"Onegdaj" czyli kiedy? W książce ów czas dotyczy zarówno Jego, jak i Jej, razem bądź osobno. Stąd w książce występują jako "ona", "on" lub "ona i on".
Oni wyraźnie dzielą też miejsca na te tu - Kraków - i tamte "Poza Krakowem". Nie znaczy to wcale, że bywają miejsca lepsze lub gorsze. Raczej bywają te, do których nam bliżej.
Wspominając "rześkość topniejącego śniegu", ona wspomina zapachy wsi, wakacyjne wypady. W jego pamięci znalazły miejsce posiadłość i neogotycka brama. On też doświadcza nostalgii za utraconą wsią, po której zostaje "parę książek, modlitwa za zmarłych i przekonanie, że życie jest przed nami".
Książkę, którą dane mi było czytać, upiększają nie "jakieś tam zdjęcia", lecz fotografie rodzinne. Takie małe cudeńka bliskie sercu zainteresowanych, pochodzące może z kategorii cudów do których on zalicza historię Jana Kantego o scalonym dzbanie z mlekiem, opowiedzianą przez księdza Tishnera.
Czytając, powoli zatapiam się w książce jak we mgle. Mgle, w której można i rozpłynąć się i z niej wychynąć, choć niektórzy myślą, że to smog: połączenie mgły i wyziewów. Bo mgła w tym mieście, jak mówi on, "jest naturalnym stanem, jego prawdziwą naturą" i jest odpowiedzialna za "letnie zachody słońca w Krakowie" łagodne, "pełne różów i pomarańczy". Dla niej jest pogodą i niepogodą - "wiecznym kożuchem szarej pleśni".
Zauważam, że przyjazne tej książce stają się i podróż tramwajem do pracy, ławka w warszawskich Łazienkach czy wygodny fotel w domu. Można swobodnie do czytania wykorzystać drogę do szkoły, szkoły którą ona nierozerwalnie wiąże z płatkami śniegu i tym, że chłopcy mogą grać w hokeja, podczas gdy dziewczynki muszą w tym czasie gotować. On z jego napiętnowaną leworęcznością, wciśnięty do szeregu z zezowatymi, ryżymi i kuternogami, szkołę kojarzyć będzie z budynkiem monarchii habsburskiej, gdzie mógł być lazaret i gdzie mogły być koszary. Przypominając sobie szkołę, przy okazji opowie nam o życiu "na granicy czasów, gdy dorożka była zwykłym środkiem transportu".