Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

93194 miejsce

Opener 2013, czyli dziennikarka na zjeździe i jej refleksje. Cz. I - teatr

Festiwale to amok, bezsenność i nadmiar emocji. Potem człowiek wraca do rzeczywistości i jakoś tak nie przystaje do niej, nic się nie zgadza. Tym bardziej po takiej dawce teatrów, instalacji i koncertów.

 / Fot. Paw królowejPodzielę tę relację na kilka kategorii, które mam nadzieję w jakiś sposób oddadzą to, co w Openerze się zmieniło i wydaje się, że ma szanse wpisać się na dobre w festiwalowy pejzaż. Będzie więc: teatr - z nadludzkim wysiłkiem związane były te spektakle, wstawanie o 8 rano, podróż z Gdańska, stanie w kolejce, a potem na przykład pięć bitych godzin z Warlikowskim, albo cztery z Courtney Love. Ale warto było się pomęczyć. Drugi temat - nieporozumienia. Czyli co się nie udało, komu i dlaczego. I tu będzie zdecydowanie o koncertach. Spełnione marzenia, trzecia kategoria. Potem jeszcze słów garść o dobrych koncertach. Zakończę może jakimiś ogólnymi refleksjami, na które jako weteranka chyba już mogę sobie pozwolić - osiem lat na Babich Dołach strzeliło, siedem edycji zobaczonych, jest więc porównanie.

Zacznę więc od teatru i od razu przepraszam, czy może raczej ostrzegam - nie jestem zdecydowanie krytyczką teatralną, wszelka naiwność i ignorancja nie są więc wynikiem mojej złej woli, tylko raczej braku umiejętności. Ale kto nie próbuje ten się nie nauczy. Wszelkie uwagi mile widziane w komentarzach (może wreszcie, drodzy czytelnicy, ktoś się uaktywni przy tej okazji).

Ogromne dzięki organizatorom za to, że zdecydowali się wpuścić na spektakle wszystkich chętnych. Momentami kolejki wyglądały naprawdę strasznie, na Babie Doły trudno było dojechać, więc często lądowałam daleko wśród tych, którzy zapomnieli o rezerwacjach - i udawało się wejść! Dzięki temu zobaczyłam wszystkie grane na Open'erze sztuki, po raz pierwszy, i ogólna refleksja jest taka, że strasznie mi się ten pomysł podoba. Ostatecznie koncerty kończą się dość wcześnie (trzecia w nocy to w tym roku dość smutna pora, nie to co kiedyś, za starych czasów, kiedy po szalonym występie na głównej, przy którym już czasem wschodziło słońce, szło się jeszcze dotańczyć ostatki nocy w którymś z hangarów), można więc względnie pospać, szczególnie jeśli mieszka się na polu, i poobcować ze starannie dobranym repertuarem. Formuła zdecydowanie odpowiada publiczności, wreszcie też jest coś poza piwem, kinem (które nigdy na festiwalu mnie nie przekonywało, niby spoko, ale po co marnować czas?), bigosem, jakimiś wystawami, goframi, modą i zakupami, co można robić w międzyczasie. Lub w ogóle zamiast koncertów.

Zaczęłam od "Pawia Królowej" Pawła Świątka (Teatr Stary w Krakowie firmował to wydarzenie) - sala wypełniona po brzegi, minimalistyczny blueboxowy wystrój: zielona ściana, trochę nagięta przy podłodze, dwa ekrany, balon i kilka manekinów, które przewracały obce siły. Czwórka ubranych jak tenisiści aktorów. Totalna prostota, która magicznie sprawiła, że niczym w dobrej sztuce opowiadania historii widz i tak wszystko widzi sam. Nie trzeba mu rekwizytów ani dosłownych obrazów - gestem, głosem, powtórzeniem, rytmem rysują to, co możesz sobie sam wyobrazić. Rzadki komfort. Kolejną sprawą był tekst Masłowskiej - wiadomo, tę pisarkę kocha się lub nienawidzi i to właściwie jedyne opcje. Ja po wielu latach miałam wreszcie okazję zetknąć się z nią na nowo - "Wojna..." dawno temu wybitnie przypadła mi do gustu, i "Paw" broni się tak samo: zabawa językiem, wybebeszenie konwenansów, zbezczeszczenie zasad, tworzenie monstrualnych wręcz konstrukcji językowych, które jednocześnie podejmują szalenie ważne tematy - kpią z Unii, z konsumpcji, z gwiazdorskiego świata, ze schematów życiowych, z bycia Polakiem i bycia człowiekiem w ogóle. Uroczo minimalistyczna, szczera gra aktorska, dużo ciekawych manier, świetne role, dobry tekst - może ciut tylko za długie. Ale spektakl doskonały.

Prosto z "Pawia" można było przejść na drugą stronę namiotu, gdzie francuski choreograf Claude Bardouil tańczył z Magdaleną Popławską. No i sama nie wiem, co na ten temat powiedzieć - jak dla mnie był to spektakl ostentacyjnie przeerotyzowany, niestety do takiego stopnia, który straszliwie redukował całą treść. Kto zna co nieco historię Sida i Nancy, tego "Nancy. Wywiad" może zadowolić o tyle, że odwołuje się do kultowej historii, że gdzieś zahacza o istotne dla niej wątki, że z dystansem i ironią podchodzi do tych dwóch problematycznych postaci i ich roli w pop kulturze. Czyli i do pop-kultury w ogóle. Ale jak wiadomo, kiedy krytyk zaczyna myśleć o tym, co zobaczył, nagle w każdym mikroszczególe pojawiają się niesamowite niespodzianki i przekazy. Więc może jednak godzinne oglądanie choreografii o krok odległej od wulgarnej erotyki to jednak nie jest największa przyjemność. No, ale o gustach się nie rozmawia - jeśli traficie, osądźcie sami. Może będziecie też w stanie rozstrzygnąć kontrowersje dotyczące obsadzania się we własnej sztuce w głównej roli.

Na Warlikowskim były tłumy. A opinie doskonale podzielone, co wpływało na jakość dyskusji o tym spektaklu - każde z nas oglądało rzecz trochę inną. Dla mnie "Kabaret Warszawski" był fascynującą sprawą: naszpikowany doskonałymi tekstami i cytatami, spektakularny, technicznie dopieszczony, brokatowy, skrzący, z rewelacyjną obsadą i grą aktorską, wreszcie pełen niesztampowych rozwiązań i trudnych tematów. Dominacja debaty na tematy queerowo-genderowe jak najbardziej pożądana w nowym teatrze, który mierzy się z problemami wyrzucanymi poza grzeczne kanony, daje im równoprawność. Analiza tej sztuki zajęłaby setki stron - to w końcu pięć godzin odwołań, zwrotów akcji, społecznej debaty przetkanej kabaretowym humorem. Ale zdecydowanie warto się nań wybrać - polskie, teatralne wykonanie "Shortbusa", fantastycznego queerowego kina, robi wrażenie, przetkane jest z resztą różnymi niefilmowymi scenami (choć upierałabym się, że siatkę amerykańskiego filmu można było potraktować jeszcze luźniej). Mamy do tego Hitlera w pończochach w kabarecie, Stuhra palącego skręty w łazience, ukrzyżowaną seksuolożkę dostającą pierwszego orgazmu na tle podwodnych wizualizacji, smutne dziwki w przezroczystych kabinach i małżeństwa dla papierów w ogarniętych antysemityzmem wojennych Niemczech, gdzie nienawiść i brak tolerancji stają się poglądami dobrze wykształconych ludzi. I wiele innych bodźców.

Wreszcie "Courtney Love" z Wrocławia, reżyserowany przez Monikę Strzępkę. Zachwalany pod niebiosa gdzie się nie ruszyłam - słyszałam o nich od przypadkowych ludzi w SKMkach, od znajomych z Wrocławia, i od wszystkich znajomych, którzy już to gdzieś widzieli. Że w ogóle najlepsza sztuka sezonu we Wrocławiu, i że majstersztyk, i że koniecznie. No nie wyszło - i to niestety już nie jest moja ignorancja, ale słabszy dzień aktorów, którzy wpadli w jakiś bezład i chaos i męczyli publiczność okrutnie pierwszą połową, czyli bagatela dwiema godzinami. Sporo osób nie dotrwało przerwy, co było znamienne, sporo po przerwie już nie wróciło, a wtedy sztuka wróciła najwyraźniej na swoje standardowe tory i stała się ciekawym doświadczeniem. Świetnie pokazany jest odwieczny konflikt muzycznych wartości alternatywnej sceny z hmm... warunkami przetrwania i rozwoju w zawładniętym konsumpcją świecie. Wyraźnie temat ten drażni artystów, pojawiał się bardzo często w postaci kredytów, telewizorów, KASY, kontraktów i tak dalej, i tak dalej. Zestawienie prawdziwej historii Cobaina (a właściwie pewnej jej wizji, bo przecież nikt nigdy nie przystanie na ostateczną wersję, zdania są podzielone, obozy twarde) z możliwymi scenariuszami (mamy i Cobaina na starość, pogrążonego w totalnym Alzheimerze, i Courtney sprzedającą się ostatecznie giełdom, nieszczęśliwą i rozdartą przez wątpliwości), oraz z wiejską wizją młodej kapeli gdzieś z Polski, z tym, jak to się męczą, jak im nie wychodzi i "przemysł" ich nie chce. Niestety, niby opowiada o latach 90-tych, a tak naprawdę wyraźnie nic się do dzisiaj w tej kwestii nie zmieniło. I jeszcze, jak wisienka na torcie, postać niejakiego Axela - przekomiczna kreacja zdesperowanego karierowicza, artystycznej i moralnej porażki o niesamowitym komediowym potencjale. Czyli sztuka w sumie niezła, skąpana w grunge'woym brudzie, pełna ciekawych przemyśleń (nie, nic specjalnie nowego, raczej w ramach odświeżenia), z posiekaną fabułą i nielinearną formułą - życzę wam tylko, by aktorzy mieli wówczas najlepszy dzień z najlepszych.


O muzyce natomiast będzie już jutro.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Natalio, dzięki za ten tekst! Dla mnie Open'er w warstwie muzycznej raczej nie istnieje, ale teatr to i owszem :-) Piszesz o kilku spektaklach, dwa z nich miałam okazję widzieć. Na "Kabaret... " Warlikowskiego dopiero się wybieram. Co do Masłowskiej, to ten jej tekst akurat trafił mi do przekonania. Kilka lat temu, nieistniejący już teatr Wytwórnia na warszawskiej Pradze zrobił spektakl "Paw królowej" i chyba jednak jemu kibicuję, a nie krakowskiemu. Ale rozumiem, że wersja ze Starego może przekonywać. Co do Strzępki i "Courtney Love", to faktycznie, zachwalany pod niebiosa jest, ale to mz nie jest ani najlepsza sztuka sezonu, ani tym bardziej majstersztyk :-) I to nie był jak piszesz słabszy dzień aktorów. To przedstawienie tak ma :-)
Jeszcze raz dzięki za relację! :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.