Facebook Google+ Twitter

Open'er 2013. Koncert Queens of the Stone Age - spełnione marzenie!

Marzenie miałam dokładnie jedno: stonerowy powiew prosto znad amerykańskich bezdroży, czyli Queens of the Stone Age wreszcie zobaczeni na żywo. Spełnione, i to jak! Do tego dorzucę jeszcze kilka naprawdę doskonałych koncertów.

 / Fot. PAP/Adam WarżawaA więc Queens of the Stone Age, przegapieni w 2005, później odwołani, wreszcie przyjechali po raz trzeci do Polski. Osiem lat oczekiwań, nowe pokolenie fanów, świeżo wydana płyta i jeszcze inne dzieła po drodze - zdecydowanie było co nadrobić, tym bardziej, że polski fan już od dawna znany jest z wysokich wymagań i wdzięcznej koncertowej postawy. Trafiłam na koncercie na trochę drętwe otoczenie, w którym nikt nawet nogą nie drgnął, z drugiej strony jednak doceniam ogromne skupienie i ciszę, z jaką odbierali ten występ. A występ to był nie lada.

Przede wszystkim Homme i spółka, panowie przystojni jak cholera, a do tego nie lada utalentowani, złożyli repertuar w taki sposób, żebyśmy dostali po kawałku wszystkiego - ostrego jak brzytwa, prostego grania z pierwszych albumów, trochę nawiedzonej i ciut bardziej ugładzonej dozy z "Kołysanek", wreszcie nie zabrakło "Era Vulgaris" i ostatniego albumu, "...Like Clockwork", ale nie zdominował on koncertu. Przekrojówka skrojona dla fanów, fanatyków, z ukłonem w stronę tych, którzy konsekwentnie interesują się zespołem od lat. A dla świeżaków niezła lekcja doskonale skrojonej stonerowej muzyki.

Sporym zaskoczeniem było dla mnie rozpoczęcie "Feel the Good Hit of Summer" - bez zbędnego gadania zostaliśmy wrzuceni w sam początek wieku dokładnie w momencie, kiedy z dźwięków rozbijanego szkła wynurzył się poszarpany riff tego szlagieru. Oczywiście publiczność wpadła w szaleństwo i tak mniej więcej wyglądało to do samego końca (było kilka takich zespołów, które wyraźnie doprowadzały do tego stanu openerową publikę, w tym Nick Cave, o którym dalej, i Crystal Fighters) - podgrzewani fenomenalną formą QOTSY i zachęcani setkami komplementów i dwuznacznych wyrazów radości ze strony Josha. Powtórzył z resztą nie raz, że w tej trasie polska publiczność sprawdziła się najlepiej, i że numerowi dwa do niej bardzo daleko. Nie od dziś wiadomo, że jesteśmy świetni.

Za narkotykową wyliczanką podążył kolejny klasyk - trzecia płyta... tak, zgadliście, "You Think I Ain't Worth...", w którym znów wszystko zagrało doskonale, i który przeszedł gładko w oprawiony neonowym znakiem QOTSA "No One Knows". Josh popisał się świetną formą wokalną, poozdabianą z umiarem jakimiś zawijasami i uzupełnioną dłuższą niż albumową improwizacją. Och długo by opowiadać - przepięknie wypadły nowe kawałki - "My God is The Sun", melodyjny szlagier, absolutny klasyk już teraz, "The Vampyre", "If I Had a Tail", i wreszcie mój faworyt "Smooth Sailing" oprawiony w mocny teledysk.

Publiczność zgadywała po pierwszym uderzeniu w struny "Burn the Witch", jeszcze jeden bardzo oczekiwany utwór z fenomenalnych "Lullabies to Paralyze", w tle rzecz jasna nawiedzony las, perkusista popisuje się krótką solówką, a Josh improwizuje paląc papierosa. Godzina i dwadzieścia minut kompletnego szaleństwa naszpikowane były jeszcze chociażby "Little Sister", "Sick Sick Sick", "I Appear Missing" czy rzecz jasna "Go With The Flow". No i wyśpiewanym na spółkę z tłumem "Make It Wit Chu". I było genialnie, i mogliby tak grać godzinami - są w rewelacyjnej formie, sporo kombinują, a materiału mają przecież na długie dnie. Miejmy nadzieję, że po tak entuzjastycznym przyjęciu szybko wrócą do Polski i znów podzielą się tą potężną energią, jaką emanują ich koncerty.

A w internecie, dla tych co byli i tych, co nie chcą zapomnieć - koncert dostępny jest w całości i w jakości HD.




Marzenie było jedno (Modest Mouse, moje drugie życiowe marzenie, musi wciąż poczekać). Ale zachwytów jeszcze kilka.

Pierwszy zdarzył się w środę w namiocie - jeszcze jasno, człowiek się snuje, znudzony do wyrzygania Editorsami, owszem ten Podsiadło jak na polskie warunki indie do przyjęcia, Mikromusic muzycznie fajni, ale z tekstami mam problem, więc generalnie pierwszy dzień nie zaczyna się najlepiej - i wtedy w tym namiocie, do którego idzie się wieki, przy garstce publiczności i w minimalistycznej oprawie cztery cudowne kobiety prezentują cudowną muzykę. Savages wzbudzają trochę kontrowersji, nie każdy jest nimi zachwycony, a porównania wokalistki do Iana Curtisa wydają mi się niepotrzebne - wizualne podobieństwo swoją drogą, ale ta laska ma głos Patti Smith. Koncert był świetny - płynne przejścia z utworu w utwór, cała masa dopieszczonych riffów, basów i perkusji, wszystko w kobiecym wydaniu, doskonale skrojone post-punkowe czy post-hardcorowe wręcz momentami brzmienia. Charyzmatyczny, potężny wokal potęgował jeszcze ciemną atmosferę koncertu. Więc jeśli lubicie ciężkie gitary i chcecie zobaczyć zespół przypominający zdecydowanie co nieco Fugazi, to tak, znaleźliście coś dla siebie.


Zachwytem numer dwa był oczywiście Nick Cave - wiadomo nie od dziś, że to doskonały zespół koncertowy, widziałam już i Grindermana, i Złe Nasiona w akcji (i to nie raz), więc jakieś porównanie mam. I to był najlepszy z tych wszystkich występów. Całą energię, którą znałam już z majowej Primavery, polska publiczność zdołała w muzykach zwielokrotnić i wyolbrzymić. I jakimś cudem z tej dość grzecznej, jak przynajmniej sądziłam, setlisty, mieszającej "Push the Sky Away" ze starymi dokonaniami, udało się uszyć show zaskakująco brudny i dziki. To, że Nick wyśmiał w twarz blond fanki, które zachowywały się tak, jakby nie rozumiały dość obraźliwego w tym kontekście sensu słów piosenek, i szukał bliskiego kontaktu z fanami przez cały koncert, wijąc się i stając już właściwie na publiczności, było gwarantowane, podobnie jak dużo bardziej otwarta i płomienna reakcja Polaków w porównaniu z Hiszpanami. Ale żeby Ellis grał na skrzypcach jak na gitarze! I żeby tyle pięknych skrzypiec w ogóle zmieścić w tych kawałkach, nie mówiąc już o fletach, solówkach, dzikich wrzaskach, kakofoniach, improwizowanych momentach, tańcach i szaleństwie! Tego się nie spodziewałam. Koncert wyraźnie zaczął żyć swoim życiem, Nick grał, o co go poproszono (szkoda, że nikt nie wpadł na jakiegoś "Alberta" albo innego Łazarza), miał świetny kontakt z publicznością, a na scenie były krew i pot. A więc duch Grindermana zawładnął Bad Seedami. Fenomenalnie!

Z wielkich zachwytów to będzie na tyle. O dobrych koncertach w następnej odsłonie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.