Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

113551 miejsce

Open'er na półmetku. Pulp, Caribou i inni

Wiadomosci24.pl bawią się razem z tysiącami słuchaczy podczas jubileuszu "Najlepszego Festiwalu w Europie". Za nami kilka wielkich koncertów, przed nami - elektryzujący Prince. Ale nie samym Prince'm człowiek żyje!

Jarvis Cocer, wokalista zespołu Pulp / Fot. PAPO pogodzie mówić nie będziemy - pewnie lamenty z Babich Dołów docierają równie daleko, jak pokrzykiwania wręcz ekstatyczne. Jest coś takiego w deszczu, co sprawia, że zmienia on festiwale w prawdziwe przeżycia. Nie sposób ich zapomnieć.

Festiwal zaczął się popisowo kilkoma fantastycznymi momentami na gdyńskich scenach. Pierwszym artystycznie ważnym wydarzeniem był bardzo dobry koncert Jazzpospolitej. Okazało się to zaledwie preludium do koncertu, który uparcie uważam za najlepszy tego dnia - The Twilight Singers w namiocie uraczyli fanów i nie-fanów wymarzoną wprost mieszanką nowości i staroci. Tych, na które dotychczas trudno się było doczekać - z "Blackberry Belle" i "As Played by the Twilight Singers" przede wszystkim!

Bardzo dobrze - jak zwykle - zagrali The National, choć koncert mógł rozczarować tych, którzy widzieli ich już wcześniej. Setlista zespołu właściwie nie zmieniła się od ich ostatniej wizyty, a Matt tradycyjnie już wypuścił się w tłum podczas jednego z utworów (tym razem nie był to jednak "Mr. November", ale "Terrible Love").

Zawiedli Coldplay, grając cukierkowy, nudny, oczywisty koncert - nie był on zły technicznie (choć nagłośnienie pozostawiało co nieco do życzenia), problem jednak w tym, że niewiele na korzyść tego giganta przemawia - nie są już świeży, nie są błyskotliwi, nie zaskakują. Traktują swoich fanów z góry, bombardując banałami. Nawet to wypuszczanie fajerwerków podczas słów "lights will guide you home"...

Klasycznie - warto było pójść dać się porwać Simian Mobile Disco i Caribou. Zaskoczyli całkiem pozytywnie Two Door Cinema Club. / Fot. PAP

Wczoraj natomiast duża scena należała, o dziwo, do Foalsów, którzy zagrali najpiękniejszy moim zdaniem koncert dotychczas - ze świetnym wokalem, z uroczą repetycją, z ogromną świadomością. Od razu zapominało się o przemokniętych ubraniach.

Rzecz jasna, Jarvis z Pulpem zagrali popisowo - długo, hiciarsko, z wielkim poczuciem humoru i ogromną empatią dla moknącego w strugach deszczu tłumu. Jarvis jest przezabawnym facetem i świetnym wokalistą. Wystawiał się na deszcz, tańczył i gimnastykował na całej scenie. Zaczęli hitem ("Do you remember...") i skończyli takowym ("Common People"). Godny koncert.

British Sea Power byli w sposób oczekiwany i oczywisty nudni, ale trójmiejski D4D i Cut Copy obronili honoru namiotu tego dnia. Co więcej, choć D4D znam dość słabo, a za Cut Copy dość oficjalnie przepadam, bilans wyszedł na korzyść polskiej grupy. Byli cudownie sprośni i uroczy.

Więcej i bardziej szczegółowo już wkrótce - dzisiaj warto uzbroić się w płaszcze i pobiec na koncerty Prince'a, Primusa i Paristetris, którzy grają z klawiszowcem Moloko. A w międzyczasie - dać szansę Asteroid Galaxy Tour, po których spodziewać się można wielce przebojowego występu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Agnieszka
  • Agnieszka
  • 05.07.2011 15:00

Matt schodził ze sceny przy "Terrible Love", a nie "Abel" ...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.