Facebook Google+ Twitter

"Opera za trzy grosze", czyli forma pusto wyśpiewana

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2012-02-22 11:16

W dobie wszechwładnego panowania atrakcji i prowokacji jakiekolwiek intelektualne przesłanie trąci dydaktyzmem i zgoła fetorkiem. Nowoczesność objawia się w destrukcji, ignorancji i samozadowoleniu.

Na polskich scenach odgrywa się nudne ceremonie dobijania starego sensu w imię nowego rozumienia, czyli na opak. Takie - i podobne - myśli kołatały się w mojej głowie, ukierunkowanej na percepcję "Opery za trzy grosze" sformalizowanej przez Teatr Muzyczny Capitol z Wrocławia. Bertolt Brecht wymyślił ideę teatru epickiego i dydaktycznego, w którym ideologiczne przesłanie wspierała skutecznie epicka forma. Nie interesowała go sceniczna iluzja, zwodliwy teatr atrakcji. Chciał poważnie rozmawiać z widzem; trochę jak na partyjnym zebraniu, ale jednak. Treść zawsze była przed formą. Forma miała eksponować treść i odzierać ją ze wzruszeń, które tylko zakłócają proces myślowy. A Brecht chciał, żeby widz myślał wedle jego teatralnych pouczeń. Dlatego Brecht nie daje się przeflancować na teatralne fajerwerki.

Nie wiedzieli o tym - a może chcieli zapomnieć - realizatorzy brechtowskiego
traktaciku o złudnych urokach staroangielskiego kapitalizmu, gdzie jeden z bohaterów dorabia się na mordach i kradzieżach, a drugi na żebraninie. Ponieważ całkiem od niedawna doznajemy uroków wczesnego kapitalizmu, temat
jest jak świeże kajzerki. Realizatorzy postawili na Atrakcję i Prowokację. Wydało im się atrakcyjnym wyartykułować treść sztuki poprzez nowoczesną "industrialną" formę. Mamy więc przestrzeń, która kojarzy się z... parowozownią; kłęby dymu, strumienie syczącej pary, metalowa konstrukcja (suwnica?), blaszane dymiące kotły warzące coś tam.

Przestrzeń akustyczna wypełnia się metalicznym stukotem, wibracją, zgrzytem. Jest heavy. Jeszcze czerwone światło i jesteśmy w piekle. Pojawiają się pokraczne, groteskowe postaci, w zmechanizowanym ruchu, z osmolonymi twarzami, w zużytych kostiumach uniformach - to już prawie specjalność wrocławskiego teatru. Wszystko jest dokładnie wymyślone, spójne formalnie i atrakcyjne. Dopóki jest to pantomima i choreografia. Gdy pojawia się tekst, zaczynają się schody. Bo oto zjawia się Peachum - postać z Tolkiena, któremu reżyser zafundował chorobę nóg i wymusił pokraczne chodzenie, narzucił manierę mówienia na chrypie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.