Stało się - wybraliśmy prezydenta. Choć niejednogłośnie, to jednak wspólnie podjęliśmy ważną decyzję. I jakkolwiek nie oceniać by tej decyzji, sytuacja polityczna w kraju, będąca jej wynikiem, stała się bardzo ciekawa. Jeszcze ciekawiej zapowiada się przyszłość polskiej sceny politycznej, więc warto nad przyszłością tą pogdybać. Postanowiłem zatem przyjrzeć się czterem największym partiom, które zasiadają w sejmie i odpowiedzieć na pytanie co je czeka.
Platforma bierze wszystkoWybory nie pozostawiły żadnych wątpliwości - nadeszło przysłowiowe "pięć minut" Platformy Obywatelskiej, choć w trochę wydłużonej wersji "pięciuset dni spokoju", o które prosił wyborców Bronisław Komorowski. Platforma ma więc to, czego chciała. Dostała swoją szansę i wzięła wszystko - ma parlament, ma rząd, ma w końcu prezydenta. Rządzi lub współrządzi także w wielu samorządach. Ma zatem okazję, by się wykazać i nie będzie już mogła zasłaniać się złą wolą prezydenta.
Partia Donalda Tuska stoi dziś w obliczu wielkiego zadania, jakim będzie spełnienie wszystkich swoich obietnic, których w trakcie kampanii było niemało. Czekamy więc na tysiąc kilometrów autostrad, wycofanie polskich wojsk z Afganistanu, wprowadzenie 30 proc. podwyżki dla nauczycieli, ustanowienie bezpłatnych studiów na jednym z wybranych kierunków, przywrócenie 50 proc. zniżki dla studentów, komercjalizację szpitali, powołanie Rady Zdrowia Publicznego, uchwalenie ustawy o parytetach, poparcie refundacji in-vitro oraz przeprowadzenie reformy samorządowej. To wszystko obiecywał nam sam marszałek Komorowski.
Platforma z kolei będzie musiała odgrzebać swoje "4xTAK", czyli likwidację Senatu, zniesienie immunitetu parlamentarnego, zmniejszenie liczby posłów do 260 oraz wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Zachwalając sztandarowy pomysł Platformy w 2006 roku, dzisiaj już premier, Donald Tusk mówił tak: "Na tę akcję zdecydowaliśmy się, bo głęboko wierzymy w to, że Polsce potrzebne są głębokie zmiany ustrojowe, że te zmiany są możliwe". Dziś zmiany te są możliwe bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wszakże Platforma Obywatelska dzierży niemalże całą władzę w państwie, z którą - chcąc nie chcąc - coś będzie musiała zrobić.

Okres powyborczy upłynie dla Platformy nie tyle pod znakiem rozliczenia się z wyborcami ze swoich kampanijnych obietnic, na realizację których potrzeba przecież trochę czasu, ale przede wszystkim pod znakiem rozliczeń wewnątrzpartyjnych. Wynik Bronisława Komorowskiego, a więc i wynik całej Platformy Obywatelskiej, nie jest wynikiem, którym można zanadto się szczycić. PO będzie musiała znaleźć odpowiedź na pytanie kto jest winnym tak marnego rezultatu.
W dość trudnej sytuacji jest obecnie Janusz Palikot, który swoimi często agresywnymi wypowiedziami, udzielanymi w czasie kampanii wyborczej, mógł ostatecznie zrazić do kandydata swojej partii tych wyborców, którzy nigdy nie zagłosowaliby na Jarosława Kaczyńskiego, a rozważali oddanie głosu na Bronisława Komorowskiego, jednak do końca nie byli zdecydowani czy na wybory w ogóle pójść. Także Radosław Sikorski mówił niedługo po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów, ze wszystkich obwodów wyborczych, że Janusz Palikot powinien zostać rozliczony z najgorszego w Polsce wyniku Platformy w Lublinie, w którym Bronisław Komorowski, w jako jedynym mieście wojewódzkim, przegrał z Jarosławem Kaczyńskim.