Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

45670 miejsce

Orange Warsaw Festival 2017. Muzyczna huśtawka robujała stolicę

Fajerwerki, melancholijny rock i szalone pląsy pod sceną. Pierwszy festiwalowy dzień na Służewcu upłynął pod znakiem rockowej uczty zaserwowanej przez Kings of Leon oraz scenicznego show Martina Garrixa.

Puławska 266. To adres, który nie jest znany nawet wśród warszawiaków. A to właśnie on stał się celem dla tysięcy fanów muzyki, który pierwszy czerwcowy weekend postanowili poświęcić na Orange Warsaw Festival. Koncertowanie na głównej scenie rozpoczęli Kodaline, dla których fani chętnie wymachiwali flagami rodzinnej dla Irlandii. Melancholijny nastrój po raz kolejny przyjął się na polskiej ziemi, bo grupa może liczyć na każdym razem na mocne wsparcie fanów.

Olly Alexander z Years&Years podczas koncertu na Służewcu / Fot. Michał Murawski/ishotmusic.euGdy na głównej scenie pojawił się wielki znak „Y”, nastoletnia część publiki jak najszybciej podbiegła pod Orange Stage. To wszystko dla trio brytyjskich muzyków, którzy od siedmiu lat czarują nie tylko listy przebojów. Znakiem rozpoznawczym Years & Years stały się przeplatane electro i popem utwory. Nie zabrakło ich również podczas warszawskiego koncertu. Wokalista Olly Alexander sprawnie dyrygował skromną orkiestrą złożoną ze swoich dwóch przyjaciół – Emrego Turkmena oraz Mikey’a Goldsworthy’ego. Polscy fani brytyjskiego tria są szczególnie oddani swoim ulubieńcom, czym dali wyraz podczas wykonywania takich hitów, jak „Shine” oraz „Desire”. Wówczas poza dłońmi w górę poszybowały również smartfony, żeby jak najlepiej uchwycić długo wyczekiwaną chwilę.

Szczególne powody do domu może mieć Ania z Poznania, którą z tłumu fanów wypatrzył Olly i zaprosił na scenie. Dziewczyna nie tylko może się pochwalić „selfie” z idolem, ale także tańcem na Orange Stage w rytm piosenek Drake’a oraz Katy Perry. Wykonanych przez Years & Years specjalnie na życzenie fanki, czyli czego się nie robi dla swoich wielbicieli. Wśród flag, które powiewały podczas ich piątkowego koncertu w Warszawie nie zabrakło również tej tęczowej, ponieważ Olly nie ukrywa swojej orientacji seksualnej, co uczyniło z niego bohatera społeczności LGBT.

Caleb Follwill, wokalista Kings of Leon podczas koncertu na Służewcu / Fot. Zuza SosnowskaMniej pisków, ale zdecydowanie większe poruszenie wywołał koncert Kings of Leon. Rodzinna kapela (trójka braci i kuzyn) pochodząca ze stolicy muzyki country Nashville po raz kolejny udowodniła, że nie potrzebuje fajerwerków i skomplikowanej choreografii do porwania tłumów (pod główną sceną zrobiło się na 1,5 godziny naprawdę gęsto). Wystarczyła tylko porządna dawka muzyki rockowej. Caleb Followill rzadko przerywał tą sceniczną ucztę monologami z publiką. A ta ostatnia z napięciem oczekiwała na największe przeboje, jak „Sex on Fire” oraz „Use Somebody”. Pomiędzy nimi wrzawę zapewniali tyko najwięksi fani KoL, bo w końcu rockowcy z Nashville przyjechali do Warszawy promować swoją najnowszą płytę „WALLS”. „Kingsi” nad Wisła powiedzieli nad Wisłą jeszcze ostatniego słowa, bo do Polski wracali kilkakrotnie. Czyli do miłego zobaczenia.

Podczas koncertu Martina Garrixa na Służewcu / Fot. Alter ArtNiedobór basów i scenicznego show uzupełnił Marin Garrix, 21-letni didżej z Holandii. Przez krytyków nazywany Justinem Biberem gatunku muzyki elektronicznej, co zupełnie nie przeszkadza milionom fanów śledzących jego poczynania na mediach społecznościowych. Młody DJ za konsoletą, czyli wieje nudą? Niekoniecznie. Fajerwerki, miotacze ognia, lasery, dymy i konfetti. Do tego prawie dwie godziny setu (zmiksował swoje przeboje plus klasyki gatunku, jak „One More Time” Daft Punk), który poziomem głośności przeszywał wszystkie zakamarki toru na Służewcu. Nastolatki pląsały jak szalone, a nieco starsi rytmicznie podrygiwali. Nie tylko kiedy z głośników popłynęły dźwięki singla „Animals”, który zapewnił Garrixowi światową sławę.

Nie mniej emocji przyniosły koncerty na mniejszej scenie. Poza brytyjską raperką Litte Simz, w piątkowy wieczór zaprezentowali się tutaj rodzimi artyści. Krzykliwa Maria Peszek nie oszczędzała publiki już od pierwszych utworów. Ostre granie i bez kompromisowe teksty balansujący na granicy skandalu (a nawet je przekraczające) uzupełniło dobrze przygotowany zespół z pełnym instrumentarium. W podobnym stylu publikę uraczył hiphopowy duet Łona i Webber, który zwyczajem nie poszli na łatwiznę odtwarzając kolejne podkłady z laptopa. W rozbujaniu publiki zgromadzonej pod sceną w namiocie pomógł im zespół The Pimps. Natomiast na Służewcu debiutowało trio nastolatków Suumoo, czyli coś z pogranicza elektroniki i alternatywy. W przeciwieństwie do Kamp!, które rozpoczyna kolejny sezon festiwalowy w swojej bogatej karierze.

Mało? Dla spragnionych rocka, szybkich rytmów i hip-hopu w polskim wydaniu czekają artyści drugiego dnia OWF. Imagine Dragions, You Me At Six czy Miuosh – to między innymi oni zdominują finałowy wieczór festiwalowy na Służewcu. Gorąco będzie nie tylko przez pogodę, bo muzyczne przeżycia gwarantowane.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.