Facebook Google+ Twitter

Orkiestra zagrała w Myślenicach

Relacja z dnia wolontariusza Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Plusy i minusy bycia "WOŚP-owcem".

Godzina 11

Ruszam na podbój myślenickiego rynku. Obok mnie przechodzą kolejni wolontariusze od stóp do głów oblepieni serduszkami. Wyciągam puszkę i smycz z identyfikatorem. Głupio wyglądam na zdjęciu sprzed dwóch lat. Szukam dobrego miejsca. Po chwili namysłu wybieram delikatesy Kurdesz nieopodMój identyfikator. Skan Marcel Wandasal rynku. Pełen optymizmu i z nadzieją na szybkie zapełnienie puszki jak największymi nominałami idę pod wejście do marketu. Tam spotykam pięcioosobową grupę wolontariuszy.

- Sypią wam coś? - pytam. - Zależy - pada odpowiedź. Nie wdając się w rozmowę o szczegółach rozpoczynam oczekiwanie na ludzi wielkiego serca i portfela.

Mija dziesięć minut. Coraz bardziej zaczyna doskwierać silny wiatr. Ubyło mi zaledwie jedno serduszko, oddane małej dziewczynce w zamian za dziesięciogroszową monetę. Starając się nie być natrętnym unikam metod towarzyszącej mi grupy gimnazjalistów głośno zachęcających do zapełniania puszek. Trzeba przyznać, że idzie im nieźle. Po dwudziestu minutach kwestowania przed Kurdeszem składam broń i postanawiam zmienić miejsce.

Godzina 11.30

Idę pod inne centrum handlowe Alberta. Kupuje tam wielu ludzi, więc nie powinno być problemu z przynajmniej częściowym zapełnieniem skarbonki. Po drodze spotykam dwójkę kolegów z klasy - Ewę i Krzyśka. Dowiaduję się, że właśnie przegrali "bitwę o Albert" z inną grupką. Wraz z nimi wracam do rynku. Na koncie dalej dziesięć groszy. U moich kumpli też nie jest lepiej.

W rynku spotykamy kolejne kwestujące koleżanki z klasy. Mają duuużo więcej od nas. Jedna z nich prosi mnie o pomoc w niesieniu puszki zapełnionej niemal w całości tuż po mszy w kościele na osiedlu 1000-lecia. Zakaz kwestowania w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła nie przeszkodził im w podejściu bliżej i uzbieraniu pokaźnej sumy. Dowiaduję się również o babci, odzianej w beret z charakterystycznego puszystego materiału, przekonującej tłum wracających z mszy o istnieniu sekty pod przewodnictwem Jurka Owsiaka.

Godzina 12

Postanawiamy coś zjeść. Idziemy do pizzerii Alibi, jedynej otwartej o tej porze. Czekając na pizzę rozmawiamy o Orkiestrze. Krzysiek twierdzi, że kwestuje głównie po to, żeby podwyższyć sobie ocenę z zachowania. Reszta zbiera z mniejszego lub większego przekonania o tym, że to szczytny cel.

Godzina 12.30

Idziemy na podbój "frontu wschodniego", czyli supermarketu Albert. Strasznie wieje. Przez chwilę nie zachęcamy klientów sklepu do wrzucenia pieniędzy do puszki. Po dziesięciu minutach uznajemy ten pomysł za niezbyt dobry. Układamy formułkę brzmiącą:
"Czy dorzuciłby/łaby się Pan/Pani na chore dzieciaki?".
Hasło łapiące za serce, a przy tym proste.

Pierwsza zagadnięta w ten sposób to kobieta, w wieku około czterdziestu lat odpowiada: – Ja nie daję, mnie ten no... Owsiak zupełnie nie rajcuje.

– Ale to nie na Owsiaka! Zbieramy dla dzieci! – próbuję przekonać kobietę wchodzącą do sklepu z dwójką dzieci.

Nie zniechęcając się postanawiamy dodać do naszej formułki pozdrowienie "Miłego dnia!", obdarowując nim każdego, kto wrzucił choć grosz. Wychodzący z Alberta ludzie najczęściej mówią: - A ja już dałem.

I idą dalej.

Znajdują się jednak osoby z nawet trzema serduszkami wrzucające większe sumy. W naszym społeczeństwie nie brakuje - niestety - również ludzi takich, jak chłopak "z zanikiem karku" w towarzystwie równie rosłych kompanów. – Łam się ch… – powiedział do mnie wychodząc z marketu.

Jedna ze starszych pań zachęcona naszą formułką rechocze, po czym idzie w stronę parkingu. Po jakimś czasie spostrzegamy wychodzącą z marketu panią, której "Owsiak nie rajcuje". Jedno z jej dzieci podchodzi do mnie i wrzuca pięćdziesięciogroszówkę.
– Dziękuję, miłego dnia! – mówię.

Dwie koleżanki uginając się pod ciężarem swoich puszek postanawiają oddać je do sztabu i jechać do domu.

Jest godzina 13

Po pewnym czasie również reszta ekipy kończy kwestowanie, mimo że idzie coraz lepiej. Moja puszka zapełniła się mniej więcej w jednej czwartej. Zbieram dalej.

Po drodze do kolejnego centrum handlowego spotykam inną koleżankę z klasy, Kasię, służącą w pomocy maltańskiej. Mówi mi o przypadku pobicia i kradzieży puszki. Od tej pory chowam skarbonkę zawsze, gdy nie ma ze mną innych wolontariuszy.

Godzina 13.40

Po dosyć długiej drodze zawitałem do centrum handlowego Stara Cegielnia, gdzie do tej pory monopol miały dwie grupki gimnazjalistów. Zbierają od dziewiątej, ich puszki są o wiele cięższe od mojej. Wykorzystuję chwyt znany spod Alberta. Wyglądający na bogatych bywalcy modnego centrum chętnie sypią groszem. I to nie byle jakim - trafiają się nawet pięćdziesiątki. Zdenerwowani gimnazjaliści protestują mówiąc, że odbieram im ludzi. Dzielimy się więc "strefami wpływów" - oni biorą niedaleki parking, ja stoję przy wejściu. Robi się coraz zimniej. I coraz bardziej żałuję, że nie wziąłem termosu. W ciągu godziny ubywa mi około czterdzieści serduszek, a puszka zapełnia się do jednej trzeciej, głównie dzięki banknotom.

Jest godzina 15.30

Dowiaduję się o odwołaniu koncertu rockowej kapeli Wieprze. Szkoda, bo bardzo na ten występ liczyłem. Dochodzi do mnie wiadomość o darmowej herbacie w stołówce Urzędu Miasta. Zmarznięty udaję się w tamtym kierunku...

Godzina 16

Wracam do kwestowania przy Kurdeszu. Spotykam tam następnych gimnazjalistów chwalących się zawartością swoich puszek. Ludzie za chwilę będą schodzić na popołudniową mszę, zatem mogę liczyć na kolejne datki. Na razie zachęcając w znany sposób klientelę Kurdesza zapełniam skarbonkę do niespełna połowy. Chętnie podchodzą do mnie malutkie dzieci wrzucając miedziaki. Z zakupów wychodzi akurat moja nauczycielka angielskiego, która okazuje się być również belferką jednego z moich towarzyszy. Razem zachęcamy do zasilenia konta fundacji. Daje to skutek w postaci 40 złotych lądujących w naszych puszkach. Jest strasznie zimno. Ubrany w wiosenną kurtkę niemal się trzęsę.

Jest 17

Przychodzi do mnie kumpel proponujący wypad na zapiekankę. Bez namysłu godzę się, mając nadzieję na ogrzanie zmarzniętych rąk.

Siedzimy w pizzerii w jednej z uliczek biegnących od rynku. Chwalę się uzbieranymi pieniędzmi i opowiadam o ciekawszych wydarzeniach dnia z życia kwestującego. Przy okazji dowiaduję się o tym, że Marek Borowski pewnie był agentem. Nie kryję zaskoczenia, wyrażonego w dosyć dosadny sposób niezbyt cenzuralnym wyrażeniem.

Godzina 17.45

Trzęsąc się z zimna postanawiam skończyć zbieranie. Mam nieco ponad połowę puszki, szacunkowo około 300 złotych. Rekordzista uzbierał 1400. Idę do sztabu mieszczącego się w Galerii Sztuki w rynku. Oddaję puszkę, witam się z koleżankami liczącymi błyskawicznie napływające pieniądze, wśród których nie brakuje euro czy słowackich koron. Biorę parę darmowych drożdżówek i wracam do domu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.