Pozycja materiału w rankingach:
Krótkie i gorzkie uwagi o staczaniu się cennej inicjatywy, jaką mogłoby być Sympozjum Komiksologiczne.
"Komiks a komiksologia. Ku rozpoznaniu i charakterystyce wzajemnych relacji między gatunkiem a jego teorią" - być może należałoby zacząć od wyjaśnienia ogłupiałej publiczności, że "komiksologia" nie istnieje. A to, co próbuje promować twórca Sympozjum z nauką wspólny ma jedynie język, niezrozumiały dla laika, z innych wszakże powodów, niż prawdziwa nauka. Szkoda także, że o teorii komiksu w Polsce można mówić mało - ale można, natomiast Sympozjum takim mówieniem nie jest, mimo starań wielu inteligentnych, otwartych na dyskusję ludzi, w tym prawdziwych naukowców, znających temat komiksu.Zobacz także:
Artykuły
(63)
Galerie
(23)
Średnia ocen
(2.88)
Wiek: 34 | Miejscowość: Konstancin-Jeziorna | Kraj: Polska
O mnie: Zawodowo manager IT, z wykształcenia nauczyciel. Członek redakcji tygodnika Kultura Liberalna, miłośnik, recenzent, scenarzysta i wydawca komiksów, fotograf i videoamator dokumentalista uwieczniający co popadnie w rodzinnym... więcej
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Bohdan Krajewski 21.09.2010 10:26
cyt.
"Zauważyłem, że najwięcej do powiedzenia - i to pawie wyłącznie negatywnych sformułowań - mają Ci, którzy nigdy nie uczestniczyli w tym Sympozjum."
Tu jest dość znaczący głos osoby, której nie można tego zarzucić:
http://www.esensja.pl/magazyn/2002/10/iso/10_80.html
Sympozjum nie jest problemem, a osoba organizatora. Któremu, a jakże, nie można zarzucić środowiskowego kolesiostwa. Oczywiście. Bo klasycznie wszystkich z góry stawia w swojej opozycji.
Co też, jednoznacznie, nie działa na jego obiektywne postrzeganie zjawiska jakim jest współczesny polski komiks. Uporczywa krytyka i opluwanie (tak, opluwanie) nie jest równa obiektywnemu spojrzeniu na temat.
Oczywiście podobne zachowanie widać i z drugiej strony.
Nie mniej negatywne emocje jakoś przypadkowo towarzyszą prawie każdej działalności organizatora Sympozjum. I znając rozsyłane przez niego mejle szkalujące każdego, kto ważyłby się myśleć inaczej, zraża do całej inicjatywy. (Trafiło na moje biurko kilka paszkwili autorstwa tegoż Pana, które miały na celu dyskredytować inne osoby zajmujące się komiksem, tudzież dziennikarzy piszących o komiksie.)
Sam też dostałem kilka zaproszeń na Sympozjum z drugiej ręki (tzw. "FWD"). Dobrze byłoby ruszyć moje stare kości do Łodzi - wcześniej preparując odpowiedni tekst. Jednak jednoznaczny agresywny ton, zdecydowanie li pozujący na obiektywizm, skutecznie mnie odrzucił od całej inicjatywy, jak i szybkie sprawdzenie w wyszukiwarce, kim jest imć mgr Krzysztof Skrzypczyk.
Bardziej dla mnie przekonujący jest autor podlinkowanego na wstępie tekstu, który zasłużył swoją pracą na tytuł doktora (którym to tytułem gęby sobie nie wyciera), niż osoba organizatora Sympozjum, która to na każdym kroku podkreśla przed nazwiskiem magiczne literki "mgr".
Czy mam to rozumieć, jako legitymację do zajmowania się sprawami naukowymi?
Ba! Przez kilka lat mgr K.S. podkreślał wyraźnie, że jest dodatkowo studentem piątego roku kulturoznawstwa UW. Ile lat trwał ten piąty rok? I czym się zakończył? Nie wiem.
Potwierdza jednak to tylko moje przypuszczenia, że osoba ta pozuje na naukowca, którym chciałby być. Czy jest?
PS: Na sympozjum nie byłem, ale wysłuchałem kilku relacji z pierwszej ręki od osób, które udział w tymże brały. Pan magister ingeruje w pisane teksty i nie dopuszcza tych nie po jego myśli. Na samym Sympozjum pojawia się wystarczająca ilość osób, by starczyło palców u dłoni do ich policzenia, co dziwi. W końcu jest to inicjatywa dofinansowywana z ministerstwa. Także bardzo nagłośniona w środowisku.
Bartek Biedrzycki 18.09.2010 20:41
Stanisławie, na wstępie bardzo dziękuję za tak rozbudowane wypowiedzi i nie, nie ględzisz. Postaram się odnieść do większość wymienionych uwag w miarę rzetelnie i spokojnie ;)
No, o teraz alej - kto ja jestem? Ja jestem menadżer IT, z wykształcenia anglista, z hobby wydawca komiksów (nie wydaję nikogo z przywoływanych), czasem sam coś pisuję, częściej jednak recenzje niż scenariusze. Dane statystyczne są w moim tutejszym profilu.
Sympozjum Komiksologiczne nie zostało z różnych względów, głównie technicznych, moją osobą zaszczycone, ale zapoznałem się z jego pokłosiem, co częściowo unieważnia tezę, że nie znam dorobku i opieram się wyłącznie na tematach z sieci.
Co do "erestezji" to nie tyle nie wiem, co znaczy, co nie znam tego słowa. Nie ma go w moich słownikach (tak, te papierowe też mam, ba, korzystam). Nie ma "erestezji". Nie pisałem zresztą, że obraźliwa. Obraźliwy był "megalo-narcyzm" oraz "wasalność" - do tej ostatniej odnieść chcę się najbardziej, bo uważam, że to zarzut w większości niezasłużony.
Odnośnie faktu, że sympozjum, czy też raczej temat konkretny ma być prowokacją, mogę zasugerować podobny powód powstania tego tekstu w takiej a nie innej formie. "Ku uciesze" nosiło posmak ironiczny, albo przynajmniej miało. Nie chodziło mi tu o uciechę "moich idoli" (wolałbym określenie "kumpli", mniej nacechowane stosunkiem uwielbienia) lecz raczej osobę pomysłodawcy Sympozjum.
Co miał na celu artykuł? Dyskusję, taką jak ta, z dala od komiksowego światka, gdzie na lokalnych blogach skończyłoby się tak, jak zawsze. Komiksiarze by obrzucili błotem, Skrzypczyk odpowiedziałby w swoim stylu i byłoby po sprawie.
A tak - rozmawiamy spokojnie. Ba, niemal rzeczowo.
Czy pisanie, że uważam za szkodliwe takie formułowanie tematu, które ma wykazać nędzę zjawiska jest wasalne wobec zjawiska? Być może. O ile występowanie w obronie czegoś jest wasalne, to owszem, ale nie sądzę, żeby tak było. No, kwestia postrzegania służalczości i tego, czy się ją uprawia. W tym kontekście osoby wypowiadające się w obronie sympozjum i próbujące wykazać moje błędy uprawiają również wasalne pisanie.
Uprawiam, owszem, pewnego rodzaju misję, polegającą na pisaniu o komiksie poza środowiskiem. Tu, na łamach Kultury Liberalnej. Jest to misja służąca promocji komiksu. Czy "wasalna" wobec niego? Staram się pisać dobrze, więc piszę tylko o tym, o czym mogę pisać dobrze. O ciekawych ludziach, o wartościowych wydawnictwach. Piszę dobrze, bo to dobre rzeczy, a nie dlatego, że znam niektórych autorów czy niektórych wydawców. Negatywnie pisuję na swoim blogu (specjalistycznym) oraz na podcaście (jeszcze bardziej specjalistycznym). Czy realizowanie misji pokazywania komiksu jako medium wartościowego jest "wasalne"? Dla mnie nie. Dlatego najeżam się, gdy ktoś mi sugeruje taką ocenę.
Co do samego "megalo-narcyzmu" to mam odmienne zdanie. Abstrahując od mocno przesadzonej reakcji środowiska fakt, że ktoś nie uznaje swojej twórczości za kicz i nie godzi się na takie o niej mówienie nie oznacza ani megalomanii, ani narcyzmu. Być może po prostu poczucie własnej wartości? Ja sam na koncie mam kilka komiksów, niektóre pozwoliłbym nazwać kiczem, inne kampem, inne tandetą, ale gdyby ktoś chciał tak określić całą moją komiksową robotę, to bym zbeształ za zbyt daleko posunięte uogólnienia.
Mam nadzieję, że odniosłem się do wszystkich podniesionych zarzutów w stopniu przynajmniej zadowalającym. Jeśli nie, to chętnie będę dalej tym rozmawiać. To ma na celu moje pisanie - prowokowanie rozmowy. Tym razem się udało, jak sądzę.
Stanisław Dymek 17.09.2010 21:38
Chcę powiedzieć, że gdybym ja sam planował przeprowadzić badania na temat stanu wyobrażeń twórcy komiksów na temat siebie (jako twórcy komiksów), swojej roli, czy miejscu w świecie albo wyobrażeń na temat znaczenia swojej twórczości - to właśnie postąpiłbym tak samo, jak autor tej (rzekomej) "prowokacji". Ponieważ przy typowym badaniu socjologicznym, np. wywiadzie kwestionariuszowym z twórcą komiksów, zawsze trzeba brać pod uwagę "margines błędu", tj. w tym przypadku nieszczere odpowiedzi twórcy komiksów. Bo w czasie takiego badania respondent może koloryzować wypowiedź, gdyż po prostu kontroluje, to co mówi. Natomiast w sytuacji pobudzenia emocjonalnego (np. zbulwersowania jakimś bodźcem czy informacją) już kontroluje się mniej, albo wcale. Dlatego sprowokowanie danej sytuacji, danej reakcji badanej osoby (lub populacji osób) w celu wydobycia od nich określonych informacji ma sens (i jest przez badaczy stosowane).
Dodatkowym argumentem za takim właśnie sposobem zdobywania materiału do badań jest to, że sami "badani" go dostarczają - w postaci wpisów na swoich blogach, wypowiedzi na forach czy chociażby tekstów ("artykułów") puszczanych w sieć. Wystarczy tylko zebrać to "żniwo" i materiał do analiz gotowy.
Nie chcę tu popadać w jakieś "teorie spiskowe" i "na siłę" doszukiwać się czegoś, co być może nie zachodzi. Niemniej, po prostu wyrażam opinię, że gdybym to ja zajmował się problematyką "komiksologiczną" w tym zakresie i np. chciał opisać "kondycję psycho-społeczną" współczesnego twórcy komiksów młodego pokolenia, to właśnie uciekłbym się do takiej "prowokacji" (i zapewne niejednokrotnej - by uzyskany materiał empiryczny był jak najpełniejszy, a otrzymane dane zweryfikowane kolejnymi "zbiorami plonów").
Stanisław Dymek 17.09.2010 21:16
Pozwolę sobie jeszcze trochę "poględzić", bo zdaje się, że nasunęło mi się Rozwiązanie Tej Zagadki. Ale po kolei.
Zaproszenia na poszczególne edycje Sympozjum są bardzo rozbudowane treściowo (przynajmniej te ostatnie, od kilku lat, bo do wcześniejszych nie udało mi się dotrzeć). Również w tym roku:
http://www.komiks.gildia.pl/news/2010/08/zaproszenie-do-udzialu-w-10-sympozjum-komiksologicznym
http://komiks.nast.pl/nowosci/13464/10-Sympozjum-Komiksologiczne/
http://komiksomania.pl/newsy/zaproszenie-do-10-sympozjum-komiksologicznego.html
http://komiks.polter.pl/Komiks-a-komiksologia--szczegoly-20-Sympozjum-Komiksologicznego-w42371
Tymczasem Ty zwróciłeś uwagę jedynie na jakieś szczegóły z "proponowanego rozwinięcia tematu przewodniego". Te "szczegóły" nie są wyznacznikiem naczelnej treści tematu, a jedynie - jednym z wielu - pomysłem na jego rozwinięcie. nie trzeba mieć doświadczenia w udziale w konferencjach naukowych, by to dostrzec. A tu tymczasem "zagrały emocje" i - UWAGA - przesadne uczulenie (przewrażliwienie) na mogącą z tego wynikać krytykę młodych komiksiarzy. Nie rozumiesz sformułowania hiper-erestezja, a i tak reagujesz na nie w sposób przesadnie wrażliwy. Tak samo zareagowali inni z tego kręgu, np. Śledziu". A przecież to sformułowanie oznacza właśnie przewrażliwienie, przesadną wrażliwość, nadwrażliwość. Czyżby ktoś Wam zrobił tutaj "głupi kawał"? A może po prostu zostaliście "podpuszczeni", by zareagować tak, jak zareagowaliście?
Wydaje mi się, że dokładnie tak samo było rok temu. Reagując w sposób przesadnie emocjonalny i wykazując się zupełnym niezrozumieniem istoty sprawy, udowodniliście praktycznie wszystkie tezy zawarte w owym "bulwersującym" temacie przewodnim. Bo to wszystko, co było wówczas wypisywane na forach i blogach dobitnie udowadnia, że ci wszyscy "zbulwersowani" to wybitni przedstawiciele "miernoty" (bo nie potrafiący wyjść poza skostniałe schematy powierzchownych interpretacji i zrozumieć, o co tu tak naprawdę chodzi), że ci oburzeni twórcy komiksów to właśnie "megalo-narcyzowie" (przekonani o swojej wspaniałości twórczej i nie dopuszczający myśli, że mogłoby być inaczej, że ktoś mógłby o nich pomyśleć inaczej, niż w kategoriach wspaniałych twórców) i "bidulki" (użalający się nad sobą, że ktoś w ogóle śmiał pomyśleć o nich inaczej, niżby oni sami sobie tego życzyli, że jacyś komiksologowie im dokuczają, na głos wypowiadając wątpliwości co do ich artystycznej wspaniałości), itd.
A Ty, Bartku, z kolei zbulwersowałeś się (i dałeś się sprowokować, pisząc swój tekst) "prowokacyjną sugestią" o dominacji w polskim "komiksopisarstwie" nieobiektywności oraz po prostu braku umiejętności fachowego, rzeczowego, sensownego pisania na tematy komiksowe. A czymże jest Twój artykuł, jeśli nie egzemplifikacją tej właśnie tezy?
Z kolei swoje prawdziwe intencje obnażyłeś w zdaniu: "Ja mam prawo pisać, że uważam takie działania za szkodliwe (...). Co zresztą czynię. Ku uciesze wielu ludzi." Bo chyba właśnie o to chodziło Ci najbardziej - ucieszyć wielu ludzi. Czyli tych niepocieszonych faktem istnienia Sympozjum, które jakoś nie służy hołubieniu dokonań młodych komiksiarzy. Bo to o ich pocieszanie chodziło Ci zapewne przede wszystkim. Czyż więc Twój tekst nie jest idealnym przykładem na owo "wasalne dziennikarstwo"? (Moim zdaniem jest. I to nawet bardziej - jako "czysty" serwilizm).
Jeżeli tak by było w istocie, jeżeli rzeczywiście te "podpuszczenia" zostały podane celowo i z premedytacją, to nasuwa się pytanie, czy chodziło tu tylko o "głupi kawał"? Czy takie "skompromitowanie" osób, które dały "się podpuścić" służyło jedynie rozbawieniu autora tych sformułowań (pomysłodawcy całej "akcji)?
A gdyby tu wcale nie chodziło o "kawał"? Tylko, np. o sprowokowanie szczerych (bo podszytych silnymi emocjami, poza kontrolą rozumu) wypowiedzi wybranej (za pomocą doboru racjonalnego celowego - tak to się fachowo nazywa) grupy osób - dokładnie tak samo, jak to się odbywa przy badaniu socjologicznym.
Stanisław Dymek 17.09.2010 19:10
Wybacz, Bartku, ale ja też nie wiem kim jesteś. Natomiast to nie uniemożliwia mi odniesienia się do tego, co napisałeś i opublikowałeś.
Jeżeli jednak ma to dla ciebie znaczenie, to mam 35 lat i nie jestem znawcą komiksu, ani nawet jakimś wielkim miłośnikiem tego gatunku. Natomiast interesuję się antropologią kulturową (a poniekąd również socjologią) ze szczególnym uwzględnieniem tzw. kultury popularnej. Interesują mnie rozmaite sub-kultury i rozgrywające się w ich ramach "życia branżowe" - szczególnie obserwuję to, co dzieje się w tym obszarze w Necie. Dlatego zainteresowałem się również sytuacją w polskim środowisku komiksowym. A dokładniej - zainteresowanie to zostało wzbudzone rok temu, za sprawą podesłanych mi linków dotyczących "dyskusji", jaką wywołał temat ubiegłorocznego sympozjum (czy raczej: Sympozjum, bo to przecież nazwa własna).
Zauważyłem, że najwięcej do powiedzenia - i to pawie wyłącznie negatywnych sformułowań - mają Ci, którzy nigdy nie uczestniczyli w tym Sympozjum. I w zasadzie nie mają większej orientacji w zakresie celów, sensu, istoty tego przedsięwzięcia (np. nie mając doświadczeń z uczestnictwa w sesjach czy konferencjach naukowych, nie zdają sobie sprawy, że ich tytuły czy tematy przewodnie celowo mają charakter prowokacyjny - by pobudzić do alternatywnych czy kontrowersyjnych pomysłów i po prostu wywołać dyskusję). Dlatego reagują emocjami, a nie umysłem. Twój tekst wręcz idealnie wpisuje się w tę przedziwną (a przy tym komiczną) sytuację.
Sam przecież przyznałeś, że nigdy nie byłeś na żadnym Sympozjum. Dlaczego więc Elementarna Dziennikarska Przyzwoitość nie powstrzymała Cię przed ferowaniem tak radykalnych ocen na temat sprawy, o której de facto nic nie wiesz? Obnażyłeś też swój kompletny brak podstaw wiedzy z zakresu językoznawstwa. Rozumiem, że dziennikarz nie musi być polonistą, nie mniej jeżeli wypowiada się na jakiś temat - i to tak krańcowo agresywnie - to wypadałoby jednak, aby wiedział o czym pisze, a przynajmniej nie wprowadzał czytelnika w błąd - twierdzeniami, które nie znajdują pokrycia w rzeczywistości (bo akurat autorowi nie chciało się dokonać bardziej pogłębionej kwerendy i poprzestał jedynie na "podpowiedziach" z Wyroczni Internetowej. A propos - czy dziennikarz [?], który poprzestaje jedynie na źródłach internetowych sam tym faktem się nie kompromituje...?).
Nie wiesz, co znaczy słowo erestezja? To skąd wiesz, że to określenie nacechowane negatywnie? Że to inwektywa rzucona w twarz Twoim idolom? Nie wydaje Ci się, że w taki właśnie sposób wytworzyłeś i w pisałeś się w sytuację, której nie da się określić inaczej, niż "kompletny idiotyzm"?
Czymże więc jest Twój "artykuł" jeśli nie piramidalnym stekiem bzdur (niedorzeczności), podlanym sosem emocji, nad którymi nie udało Ci się zapanować?
Bartek Biedrzycki 17.09.2010 09:03
O, przepraszam, mój błąd, były cudzysłowy. Co nie zmienia faktu, że te słowa nie funkcjonują normalnie w języku a "erestezja" to już serio nie wiem, co to jest. Mam silne podejrzenia, że słowo nie istnieje (bo nie jestem w stanie potwierdzić jego istnienia), i nie jestem w stanie domyśleć się jego znaczenia. A w takim kontekście tworzenie neologizmów nie wydaje mi się uprawnione.
Bartek Biedrzycki 17.09.2010 09:01
Mariuszu: dla mnie temat sformułowany był bez rozróżnienia, niestety i nad tym się pastwię. Czy nie ma kiczu? Ależ jest! Jasne, sam przywołany przeze mnie Rene to kwintesencja pornograficznego kampu. Ale jak sam mówisz, w referatach - a tu niestety chodzi o sformułowanie całości i obraz, jaki ono tworzy.
Stanisławie - z zasady nie dyskutuję z anonimami, ale odniosę się. Nie brałem udziału w sympozjum jako autor, zapoznałem się jedynie z częścią referatów po sympozjach.
Skoro mamy na składzie polonistę, to chylę głowę, że nie znałem słowa "komiksologia", ale niech ktoś mi powie, co to jest hiper-erestezja i megalo-narcyzm? Tym bardziej, że te wspomniane cudzysłowy to ja dodałem, w oryginale sformułowania tematu ich nie było.
Odnośnie jeszcze podnoszonego pytania, czemu poruszam kwestię krytyki i dziennikarstwa - proszę spojrzeć na punkt 5 tematu.
Szczególnie o fragment: "wobec dominacji w polskim „komiksopisarstwie” schematyczności, sztampy, nieobiektywności oraz po prostu braku umiejętności fachowego, rzeczowego, sensownego pisania o komiksie".
I o ile zgadzamy się wszyscy, że profesjonalnej krytyki komiksowej u nas nie ma, to niestety takie sformułowanie narzuca z góry tezę o tym, że całość pisania o komiksie jest po prostu podłej konduity, z czym się zgodzić nie mogę. Nie wiem, czym kierują się wszyscy moi koledzy, ja natomiast staram się pisać o tym, co mi się podoba i może dlatego głównie piszę dobrze. A nie dlatego, że znam tych wszystkich autorów i wydawców, bo żeby ich nie znać, musiałbym się z domu nie ruszać. Środowisko jest za małe, aby większość jego aktywnych uczestników była sobie obca. To, oczywiście, budzi podejrzenia braku obiektywności, ale zakładanie jej z góry jest po prostu wyrazem złej woli.
Stanisław Dymek 17.09.2010 08:36
Czy autor artykułu mógłby odpowiedzieć na pytania postawione przez "Zainteresowanego"? I ustosunkować się do informacji podanych przez "polonistę"? (na samym początku tych komentarzy)
Mariusz Mirosławski 16.09.2010 16:18
Nie zrozumieliśmy się. Nie wydaje mi się, aby ktoś skrytykował mocno autorów, których Ty przytoczyłeś. Prosiak akurat jest autentycznym twórcą undergroundu, nie przedstawia gościa biegającego z karabinem i strzelającego do wszystkich i wszystkiego naokoło, mało, wplatającego jakieś pseudofilozoficzne fragmenty. I właśnie ta pseudofilozofia mnie najbardziej denerwuje. Prosiak stawia na humor i nigdy nie robi tego, co Dąbrowski w Trylogii (z Tiszertem). Te referaty były właśnie m. in. o tym- o undergroundowcach, których nikt nie tyka, "bo to andergrandowcy som". A czy uważasz, że w polskim komiksie nie ma kiczu? Trzeba znaleźć złoty środek. A zbyt jest także na Grocholę i Dana Browna, i nie uważam, by to można nazwać sztuką.
Bartek Biedrzycki 16.09.2010 09:21
No wiesz, "nic nie warte" z punktu widzenia jakiejś grupy odbiorców. Mam nadzieję, że czasy, kiedy wartość sztuki była ustalana odgórnie mamy za sobą.
Dąbrowski, mimo swojej "nicniewartości" od lat tworzy i, co na polskim rynku jest jednym z ważnych wyznaczników, sprzedaje się.
I, jak mówiłem, jest rozdźwięk między referatami, a dość konkretnym sformułowaniem tematu.
Zresztą Trust i Gawronkiewicz to nie jest. przynajmniej w środowisku twórców, "współczesny komiks polski". Trust to teraz robi reklamy i zapowiada nowe komiksy, ale nie jest już twórcą wyznaczającym kierunki w sztuce. Teraz raczej tworzeniem obrazu środowiska zajmują się tacy autorzy jak Chmielewski (rzeczony), Sztybor, Nowacki, Pałka, Cabała, Odya czy Wittersheim.
Co zaś do samego undergroundu - trudno oczywiście założyć, że Palinowski, Owedyk czy inni punkowscy kontestatorzy mieli rację, tak samo, jak wiemy, że racji nie mieli Vicious i Rottem, ale mylili się także Ginsberd, Kerouak czy Morrison, a nikt jakoś nie próbuje ich marginalizować i skreślać. Na tym polega kontestacja, że odrzuca zastane zasadny nawet, jeśli są one "dziejową koniecznością".
Jakoś nie widzę radykałów czytających filozofów i zgadzających się z nimi (mam na myśli tych "głównonurtowych", La Veya to sobie można czytać z uśmiechem na zdrowie), bo wtedy nie byliby kontestatorami.
Podsumowując - Rychu Dąbrowski robi swoją robotę i jest na to zbyt. Jest zbyt na porno-parodie Ojca Rene. Jest też w tym kraju zbyt na teorie spiskowe, że Tupolewa zestrzelili Rosjanie laserem, oraz na odmóżdżające i pozbawione jakiejkolwiek wartości pseudo-teleturnieje na MTV (nad której upadkiem jakościowym boleję, ale to nie miejsce), na mocz w słoiku i papieża przywalonego meteorytem.
I próba wykazywania, że to są rzeczy złe trochę wygląda jak próba wykazywania, że Harry Potter nakłania dzieci do satanizmu. Można, tylko ona nic nie przynosi. Ktoś, kto czyta likwidatora, kto czytał Braci Kowalskich, po przeczytaniu referatu nie puknie się nagle w czoło i nie powie "o mój boże, to kicz, jak mi się to mogło podobać".
A przy okazji wykazania tego, ja widzę niestety w temacie - w temacie i założeniach, nie w realizacji na szczęście - próbę dyskredytacji całości zjawiska - która to próba jest zła, bo nie można do jednego wora próbować wrzucić Dąbrowskiego z Kalinowskim i Szaulińską. A taką próbę widziałem w działaniach Krzysztofa Skrzypczyka, niestety. I to samo dotyczy doć jasno sformułowanego punktu o krytyce i dziennikarstwie - tam nie ma rozróżnienia na tych, co się bezkrytycznie kiczem zajmują i tych, co "robią swoje", tylko pomówienie całości o kolesiostwo.
Które, kuriozalnie, może wydawać się uzasadnione, bo wielu amatorskich krytyków i dziennikarzy komiksowych jest twórcami i prawie wszyscy autorzy i piszący o komiksie się znają. Trudno jednak mieć za złe istnienie tego zjawiska w grupie tak wąskiej i przy braku prawie całkowitym osób zajmujących się zjawiskiem profesjonalnie.