Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

167510 miejsce

Ostatnia deska ratunku

Opowieść o ślubnych perypetiach ludzi, którzy postanowili być ze sobą do końca życia. Fikcja z zaskakującym finałem.

Anons w lokalnej gazecie:
„Orkiestra z dużym weselnym doświadczeniem za niewielką odpłatność umili biesiadę nowożeńcom i ich gościom”



- Powinnaś powiedzieć, że kochasz innego!
- Naprawdę myślisz, że o takich sprawach łatwo się mówi?
- Dorota! Ślub! Uważam, że jednak powinnaś …

Tomek był wściekły, ale jego charakter nie pozwolił mu na bezapelacyjne i natychmiastowe wykreślenie Doroty ze swojego życia. Zawsze, niezależnie od sytuacji starał się znaleźć usprawiedliwienie dla człowieka, który go zawiódł. Tym razem było mu niezwykle ciężko. Przygotowania do ślubu trwały kilka miesięcy. Wspólnie wybrali kościół, lokal, orkiestrę, jednym słowem wszystko, co jest niezbędne dla celebracji tej chwili. Uważał, że Dorota może go zaskoczyć, co najwyżej fasonem sukni ślubnej.

„To dla szczęścia” - mówiła, gdy pytał czy może zerknąć i dodawała: „Pokazywanie sukni ślubnej przynosi pecha. Chyba nie chcesz, abyśmy mieli pech”.

Oczywiście, że nie chciał. Pragnął szczęścia i ledwie był w stanie zrozumieć, że to pragnienie w jednej chwili zamieniło przyjemną czerwcową rześkość kościelnego powietrza w lodowaty chłód cmentarnej krypty. Jakiś facet, którego nikt nie znał wszedł bezceremonialnie do kościoła i powiedział tylko dwa słowa:

„Dość tego”.

Kościół zamilkł. Zadziwiająca kościelna akustyka sprawiła, że jego głos stał się słyszalny w najdalszym zakątku świątyni.

„Dość Dorota! Nie będziesz ze mnie robiła durnia. Obiecałaś, że za mnie wyjdziesz, a co widzę? Kościół i jakiegoś matołka obok ciebie, a pan…- mężczyzna zwrócił się do księdza - „powinien wiedzieć, że taki ślub i tak nie będzie ważny. Do biskupa napiszę i się zobaczy”.

Na świecie istnieją różnego rodzaju cisze, ale ta, która nastąpiła po tych słowach wydawała się jak zanik słuchu po wybuchu bomby. Nic, dosłownie nic nie było w stanie jej zmącić. Dopiero po chwili z ławki stojącej najbliżej ołtarza, wydobył się głos ojca Tomka „Czy pan…, czy…, Dorota”. Mężczyzna nie zdążył odpowiedzieć. Nagle ze wszystkich ławek odezwały się inne głosy, co sprawiło, że niezwykła akustyka kościoła, która wcześniej wzmocniła głos mężczyzny, obecnie pomieszała słowa w jeden kakafoniczny bełkot.

- I gdzie on jest?
- Kto?
- No on, ten twój mężczyzna!
- Nie wiem.
- Dorotka, wytłumacz mi to, gdyż nie jestem w stanie tego zrozumieć. Powiedz proszę o co w tym wszystkim chodzi.
- Chodzi o to, że…, że ja nie byłam pewna, czy powinnam za ciebie wychodzić.
- No to mogliśmy przełożyć datę ślubu.
- Tomek to nie jest takie proste. To jest bardziej skomplikowane niż myślisz.


Ogłoszenie w lokalnej gazecie
„Tanio i gościnnie, sala weselna w okolicy Wrocławia. Zapraszamy weselników”



Jesień na dobre rozsiadła się na rosnących wzdłuż alei drzewach. „Gdyby to wszystko miało jakikolwiek sens” - myślała Jola - „Gdyby, choć w części miało sens”. Siedziała na ławce i bezwiednie gapiła się na przejeżdżające samochody.

- Coś taka smutna? Nie ten to inny!
- Łukasz…, proszę.
- Co Łukasz? Co proszę? Bałwan zrobił dziecko przed ślubem! Dobrze, że za niego nie wyszłaś!

- Wiesz jak on mnie kochał? Poprosił o moją rękę na Legnickiej. Jechałam do pracy i nagle pod wiaduktem zatrzymuje mnie radiowóz. Podchodzi do mnie policjant i mówi, że przekroczyłam prędkość. „Jaką prędkość” - pytam - a on, że „Prędkość światła” i wtedy zza maski wyskakuje Piotrek z ogromnym bukietem słoneczników, klęka i prosi mnie o rękę. Dasz wiarę? Klęczy na asfalcie i prosi mnie o rękę. Do tej pory nie wiem jak on to załatwił tego policjanta.

- Jolka, mylą się tobie pojęcia. To, że on ma fantazję zobaczyli wszyscy w urzędzie Stanu Cywilnego, gdy nagle pojawiła się jego baba z wielkim brzuchem, ale tego, że ciebie kocha jakoś tam nie dostrzegłem.

Jolka zamilkła. Niby wiedziała, że Łukasz ma rację, ale serce mówiło, co innego. Krzyczało do niej, że to wszystko jest jakąś złudą. Szalonym snem, który za chwilę minie i obudziwszy się poczuje na swoim ciele ramiona Piotrka.

- Łukasz, ja wiem, że masz rację, ale czuję się jak człowiek, który nagle został przywalony ogromnym kamieniem. Łomot i ciemność. Pustka! Ja nadal jestem w tamtym świecie, w którym Piotrek zapewniał mnie, że nigdy i nic nas nie pokona! Rozumiesz!?
- Rozumiem. Rozumiem, że dzisiaj powinnaś iść spać.
- A co z gośćmi?
- Goście tak jak chciałaś. Bawią się. Wesele „trwa i nic go nie zniszczy”.
- To dobrze Łukaszu. Wiesz, co?
- No.
- Cieszę się, że los dał mi takiego brata jak ty.
- I mnie jest miło, ale pamiętaj!
- Żółwik?
- Żółwik jest wieczny i ma najlepszą skorupkę świata. Nie – zni – szcza - lną!
- Wiem. Nie – zni – szcza - lną!
Jola uśmiechnęła się lekko.

Ogłoszenie w lokalnej gazecie
„Katering na wesela! Smaczne jedzenie, chłodne napoje i uprzejmi kelnerzy! Naszą dewizą jest zadowolenie klientów”



Blado-kremowym budynkiem Urzędu Stanu Cywilnego we Wrocławiu od wielu lat targały namiętności ślubów, zgonów i narodzin. Miliony bezdusznych dokumentów „zawarcia związku małżeńskiego”, „śmierci” i „urodzenia” urzędowo potwierdzały łańcuch ludzkich losów.

Była słoneczna czerwcowa niedziela. Tuż przed urzędem, na maleńkim skrawku zielonego trawnika stała kobieta. Szczupła o czarnych włosach, podobnie do Kasandry, córki Priama przepowiadała nieszczęście. Nieszczęście w które nikt nie wierzył.

- Co pani? My na ślub idziemy, a pani o rozstaniu…, odczep się kobieto!

Niezrażona atakami weselników mówiła nadal, a gdy kończyła zaczynała od początku.

- Pan młody? Czy pan dzisiaj będzie przysięgał miłość do końca życia? Pan uważa na mężczyznę! On przyjdzie! On wszystko zniszczy!
- Niech pani już idzie.

Mężczyzna, do którego zwracała się kobieta był wyraźnie zdenerwowany.

- Pani idzie! Tomek! - mężczyzna zwrócił się do stojącego kilka kroków obok nich brata panny młodej - Wariatka jakaś się przyczepiła! Pomóż!
- No i czego się pani wygłupia! Pani idzie do domu! Człowiek się żeni, a pani głowę zawraca.
- Tego ślubu i tak nie będzie – odpowiedziała cicho.
- Co? Czego nie będzie?
- Ślubu nie odbędzie!
- Nie wątpię, że ślubu z pani udziałem nie będzie, ale ten odbędzie się na pewno!

Tomek rozważał wezwanie policji, ale zdawał sobie sprawę, że policja, awantura i rozgłos nadany sprawie nie wpłynie dobrze na uroczystość. Podszedł do kobiety i cicho powiedział

- Pani pójdzie ze mną na boczek!

Kobieta mamrocząc pod nosem swoje proroctwo przeszła z nim na mostek łączący brzegi fosy miejskiej.

- Niech pani posłucha – mówił, gdy stwierdził, że nikt ich nie będzie słyszał – Pani ma szczególny dar. To niezwykłe wyczuwać takie rzeczy! Niestety przyszła pani za późno i niczego nie można zrobić. To, co przeznaczone musi się wydarzyć i nikt, ani nic nie jest w stanie tego powstrzymać. Rozumie pani?

Kobieta popatrzyła uważnie na Tomka, który modlił się w duchu, aby to co powiedział było przekonujące i baba się wreszcie odczepiła.

- Pan wie – zapytała.
- Tak! Wiem wszystko!
- Skoro tak, to idę. Pan się wszystkim zajmie.

Odwróciła się i odeszła w kierunku ulicy świętego Antoniego.

- Wariatka – podsumował incydent Tomek, gdy wrócił do pana młodego – ale nie mów o tym Ance. Po co ma się dziewczyna denerwować.
- Nie martw się. Nie powiem.

Dwadzieścia minut później siedzący w pięknej sali ślubów Urzędu Stanu Cywilnego we Wrocławiu, stali się świadkami nietypowej sytuacji. Gdy urzędnik rozpoczął ceremonię do sali wszedł wysoki mężczyzna i niebudzącym wątpliwości głosem powiedział

- Drodzy państwo. Niestety z przyczyn formalnych ślub odbyć się nie może. Pani Anna jest moją żoną.

Ogłoszenie w lokalnej gazecie
„Kwiaty na wesela. Zapewniamy najpiękniejsze, świeże kwiaty! Tanio!”



- Musisz coś zrobić z tą babą.

W głosie Julii, niewysokiej blondynki słyszalna była nuta determinacji. Marek popatrzył na nią z niesmakiem.

- Niby, co mam z nią zrobić? Lepiej ją zostawić! Wariatom i tak nikt nie wierzy.
- Nie masz racji. Jesteśmy profesjonalistami, a to pozostawia cień.
- Myślisz, że się domyślą?
- To może się zdarzyć nawet bez jej ględzenia.
- Więc sama widzisz.
- Marek, mnie nie chodzi o sam występ. Mnie zależy, aby wszystko odbyło się jak na scenie. Pełna reżyseria. Miejsce ślubu, młoda para, weselnicy i my. Ona wszystko niszczy! Pojawia się niezapowiedziana i wprowadza dysonans. To tak jak gdybyś jechał Ferrari z grzechoczącym silnikiem.
- To co? Mam ją postraszyć? Iść do niej i powiedzieć, że jak jeszcze raz przyjdzie, to jej nogi połamię?
- Niezły pomysł.
- Bzdury opowiadasz Julio. Szaleńcy nie obawiają się konsekwencji. Ona czuje, że ma misję i zrobi wszystko, aby ją wypełnić.
- No to wymyśl coś. Ja na takiej scenie występować nie będę.
- Scenie – żachnął się Marek – uważam, że za bardzo się przejmujesz. Jeżeli naprawdę uważasz to, co robimy za teatr powinnaś po prostu dopisać jej rolę w tym przedstawieniu. Scena zawsze lubiła naturszczyków, a przyznasz, że jej naturalności nie brakuje.

Ogłoszenie w lokalnej gazecie
„Wypożyczalnia sukni ślubnych. Tylko u nas wypożyczysz suknie od najlepszych kreatorów mody”



Do Kawiarni „Pod Mroczkiem” przy ulicy świętego Antoniego we Wrocławiu wszedł wysoki, młody mężczyzna. Podszedł do kelnerki i cicho o coś zapytał, a ta w odpowiedzi wskazała stolik w kącie sali, przy którym siedziała czytając książkę szczupła blondynka. Mężczyzna chwilę się wahał, ale ostatecznie podszedł do niej.

- Pani Julia?
- Tak!
- Miałem się z panią dzisiaj spotkać. Mam na imię Krystian.
- Niech pan siada. Napije się pan czegoś?
- Kawy.

Julia skinęła delikatnie głową i do stolika podeszła kelnerka. Krystian zamówił dla siebie kawę, a ona poprosiła o ciepły jabłecznik z cynamonem i brązowym trzcinowym cukrem.

- To taka mała ekstrawagancja – powiedziała, gdy kelnerka odeszła – Pozwalam sobie na nią jedynie podczas takich rozmów. Muszę dbać o linię. Sam pan rozumie? Ostatecznie pracuje swoim ciałem.
- Tak, oczywiście – Krystian się zmieszał.
- Pan wie jak to wygląda?
- Co? A…, tak mniej - więcej. Czytałem na forum.
- Pan został zaproszony, ale to nie znaczy, że będzie tak jak pan myśli. Muszę mieć pewność, że nie zawiadomi pan mediów.
- Jak pani to sobie wyobraża?

Julia dłuższy czas spoglądała Krystianowi w oczy.

- Tylko w jeden sposób i zaręczam, że nie będzie dla pana niemiły.
- A zatem?
- Pan spędzi ze mną jedną noc. To takie podpisanie umowy i sprawdzenie pańskich prawdziwych zamiarów.
- Pani żartuje?
- Nie drogi panie Krystianie. Nie tylko nie żartuję, ale wręcz od tego uzależniam naszą dalszą rozmowę.

Krystian pochylił się nad filiżanką kawy.

- Czyżbym się panu nie podobała – zapytała wesoło Julia.
- Nie o to chodzi. Ja po prostu nie jestem pewny czy tego chcę.
- I po to jest właśnie ten sprawdzian. Pan nie jest pewny, a ja muszę być pewna, że pan tego chce.
- Ma pani rację. Zatem kiedy?
- Dzisiaj, za chwilę. Natychmiast po wpłaceniu przez pana połowy ostatecznej kwoty.
- Ale pani nie powiedziała ile to będzie kosztować.
- Koszt jest porównywalny do kosztów sądowych związanych z rozwodem.

Po około dwóch godzinach, gdy Krystian podpisał cyrograf, Julia została sama. Siedziała przy biurku u siebie w mieszkaniu i pisała scenariusz kolejnej sztuki. Musiała zaplanować kilka drobiazgów przedstawienia, po którym Krystian stanie się wolnym człowiekiem. „Mój Boże” - myślała - „jak niesamowicie ludzie potrafią skomplikować sobie życie. Zaręczyny, zapowiedzi, przygotowania, a na dnie serca głęboko skrywana niechęć do partnera. Szczęście, że mają nas. Mają ostatnią deskę ratunku”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Wprawdzie w zajawce napisałem, że opisuje fikcję, ale nie do końca tek jest. To jest prawie fikcja. Dziękuję państwu :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.