Już niewiele godzin pozostało do zakończenia „prezydenckiej” kampanii wyborczej, kampanii przez wielu i od wielu lat wyczekiwanej, kampanii, która miała jednych zmieść ze sceny politycznej, innych zaś, posadowić na dziesięciolecia na władczych stołkach.
Wszystko stanęło „na głowie"
Wszystko po katastrofie Smoleńskiej stanęło „na głowie”; wszystkie plany, zamierzenia
i wszystkie opracowane strategie.
Wyborczy wynik kilka dni wcześniej jeszcze oczywisty, już tak oczywistym nie jest, a przecież rozstrzygnięcie prezydentury, wcale tej batalii nie kończy, a będzie raczej swoistym preludium nadchodzących zmian w naszym kraju.
Warto się zastanowić o co pośrednio, czy może nawet bezpośrednio, trwa walka. Czy jest to, li tylko, wyścig o fotel prezydenta, czy też jego wybór jest wstępem do walki o władzę:
samorządową i parlamentarną.
Wyraźnie widać, że jest to „starcie totalne”, prowadzone wprawdzie w białych rękawiczkach, chociaż widać również wyraźnie, że ręce ugrupowań, biorących w niej udział, już tak białe nie są.
Jaki może być bilans zysków i strat po 20 czerwca, a raczej po 4 lipca 2010? Zakładając, że w drugiej turze zwycięży Komorowski i jego zwycięstwo nad Kaczyńskim wyniesie od 2 do 4 procent, to oznaczać będzie de facto, dużą porażkę Platformy Obywatelskiej i samego Donalda Tuska.
Start J. Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, miał przecież dwa główne cele. Po pierwsze Kaczyński, jako lider partii, swoim startem chciał odbudować siłę Prawa i Sprawiedliwości, gdyż jego wynik wyborczy jako lidera partii, przekłada się całkowicie na notowania tego ugrupowania. Prezydentura to plan dodatkowy - plan bis, który jeśli się spełni, przysporzyć może PiS-owi jedynie sporo kłopotów.