Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

171498 miejsce

Ostatnie wagary małego Hansa

Te wagary na rynku w Sensburgu, powojennym Mrągowie, Hans Ritzkowsky zapamiętał szczególnie. Zachował zabrany stąd pod powiekami obraz miasta, które kiedyś było jego Heimatem. I w którym nie ma już żadnego śladu po małym Hansie.

W tej kamienicy mieszkał Hans Riztkowsky. / Fot. K. EnerlichNie tylko dlatego, że przez chwilę chciał wyrzec się swojego talentu, dostrzeżonego dość wcześnie przez matkę, ale również dlatego, że była to jedna z ostatnich beztroskich chwil, jakie spędził na mazurskiej ziemi, w małym miasteczku Sensburg w Prusach Wschodnich. Jego dzieciństwo kończyło się i miało być odnalezione na wąskich uliczkach dopiero po 53 latach.

Szkoła przy dzisiejszej ulicy Bohaterów Warszawy, lekcje muzyki przy ul. Ratuszowej, zakupy u rzeźnika koło ratusza – to miejsca, jeszcze nie zatarte w pamięci, w których kilkuletni Hans spotykał swoich sąsiadów. Trzymając matkę za rękę, przemierzał małymi stopami miasteczko. Gdy czasu było więcej, spacerowali dalej, czasem aż do Polskiej Wsi. A zimą zjeżdżali na sankach – małych saneczkarzy wspaniale niosło po białym puchu wyniosłe, królujące nad miastem Wzgórze Bismarcka, od samej wieży aż po Jezioro Magistrackie. Ileż było przy tym krzyków, radości, upadków i zbitych nosów!

Rynek, mleko i bolące ucho




Mieszkał w kamienicy na Lang Gasse, dzisiejszej ulicy 8 Maja. Na ostatnim piętrze, tuż pod dachem, było rodzinne królestwo państwa Ritzkowskich. Lubiani przez sąsiadów, „uważani”, bo ojciec był duchownym i wygłaszał piękne kazania. Mama zajmowała się domem – małym Hansem, który był najstarszy, oraz młodszą siostrą. Szybko zauważyła, że muzyka wyjątkowo łatwo wpada chłopcu w ucho, zdecydowała więc, że odda go na lekcje muzyki. I tak ośmioletni chłopiec stał się podopiecznym starszej pani, która mieszkała na Grosser Markt, obecnym Placu Kajki, obok piekarni.

Mały Hans był zdolnym uczniem. Był również dzieckiem beztroskim, dla którego siedzenie przed biało czarną klawiaturą pianina było mało zajmującym zajęciem. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia postanowił wagarować. Wyszedł z domu, przeszedł przez uliczkę i dotarł do kamienicy, w której mieszkała nauczycielka. Świat nagle okazał się pełen pokus, więc mały Hans usiadł na schodach i patrzył na rynek z ratuszem, na krzątających się handlarzy, na przyjeżdżających do apteki Pod Orłem interesantów, którzy zostawiali swoje wozy tuż przed schodami. Podjechał kolejny wóz – tym razem z mlekiem. Mały Hans obserwował, jak wybiegają ze swoich kamienic ludzie z bańkami w rękach, by kupić biały płyn, rozlewany dużą łyżką. Chłopiec nie zauważył, że po mleko wybiegła również jego nauczycielka. Zastała go zamyślonego na schodach swojej kamienicy.
– Za ucho mnie zaprowadziła na lekcje. I tak skończyły się moje wagary – wspominał potem po latach Hans.

Wojna – bolało serce




Dzieciństwo małego Hansa zostało brutalnie przerwane przez niewielkiego wzrostu czarnowłosego człowieczka, który swoim głośnym krzykiem rekompensował swoje braki. Dla Ritzkowskich był to szalony polityk, którego zadziwiającego wpływu na ludzi nie potrafili zrozumieć. Kiedy przez Polskę przetaczała się wojna, w Sensburgu wiele się o niej mówiło. Jej cień dotarł w 1945 roku do Mrągowa. Hans pamięta to jak dziś – dokładnie 26 stycznia do ich mieszkania zapukali rosyjscy żołnierze. Matka już od pewnego czasu spodziewała się, że zakończenie wojny może mieć dla nich swoje konsekwencje - niezasłużone. Ojca nie było w domu – był w wojsku, we Włoszech. Hans miał wtedy dziesięć lat, jego siostrzyczka zaledwie trzy.

Żołnierze oznajmili pani Ritzkowskiej, że to mieszkanie nie jest już jej domem, że musi wynosić się tam, gdzie jej miejsce – do Niemiec. Dla kobiety było to niezrozumiałe. Nie była przecież Niemką, nie jej naród przegrał tę wojnę! Była stąd, z Prus Wschodnich!

Wypędzeni z rodzinnego domu, spakowani w tobołki i walizki, w których musieli zmieścić całe swoje dotychczasowe życie, rozpoczęli swoją tułaczkę na zachód. Najpierw poszli w stronę Reszla, wiedzieli, że muszą jak najszybciej dotrzeć do Fromborka. To był jedyny sposób na wydostanie się stąd; ze świata, który z dnia na dzień przestał być przyjazną im ojczyzną. Śpieszyli się – musieli zdążyć na wielki statek Gustloff, który
wypływał z Zalewu Wiślanego 30 stycznia. Mama tłumaczyła małemu Hansowi, że to ich jedyna szansa, że tylko tym statkiem dostaną się do Niemiec, w których miał być teraz ich dom. Dla małego chłopca to wszystko było zbyt trudne do zrozumienia – musiał pożegnać swoich szkolnych kolegów, nauczycielkę muzyki, kamienicę z bocianim gniazdem tuż przy ratuszu i teraz iść w nieznane, w zimnie i głodzie.

Rosjanie strzelali do ludzi, na szczęście matka Hansa wiedziała, które drogi są bezpieczne i którędy może przeprowadzić swój rodzinę. Dzięki jej sprytowi ocaleli. Dotarli do Fromborka. Widzieli płonącą katedrę, potem udało im się przedostać do Elbląga.

Nie zdążyli na statek




Gustloff odpłynął bez nich. Matka z małym Hansem i siostrzyczką patrzyła tylko na odpływający do nowej Ojczyzny wielki statek. Łzy płynęły jej z oczu, a Hans podziwiał tylko tę wielką masę żelaza, wyniosłą konstrukcję, jakiej nie widział nigdy wcześniej, powoli przecinającą zimne fale Zalewu.

Mama był załamana. Hans pamięta ten dramat, nie wiedział jednak, jak może pomóc kobiecie, której do tej pory nigdy nie widział smutnej. Trzeba wybrać inny sposób podróżowania - zdecydowała. Ktoś powiedział, że niedaleko przejeżdża pociąg, wożący do Niemiec rannych żołnierzy. Rodzinie udało się do niego dotrzeć. I tam dopadła ich wstrząsająca wiadomość – oto Gustloff zatonął, zatopiony przez radzieckie torpedy!

Znów mama Hansa płakała – tym razem ze szczęścia. Oto los dał im jeszcze jedną szansę – a przecież mieli wsiąść na pokład statku, który leży teraz na dnie, wraz z dziesięcioma tysiącami wygnanych, i tylko kwadrans dzielił ich od tej katastrofy. Ludzie, którzy nie mieli tego szczęścia, ratowali się w beznadziei, przez długie 62 minuty w lodowatej wodzie. Podobno udało się wyłowić z katastrofy kilka osób, podobno uratowała się też Polka, Łucja Bagińska, mieszkanka Gdyni, która wyszła za mąż za żołnierza, walczącego u boku Hitlera.

Dwa tygodnie trwała dalsza podróż do Niemiec. Pociąg jechał raz w przód, raz w tył, w kraju wciąż toczyły się walki, drogi były zablokowane i wciąż ostrzeliwane. Rodzina wierzyła jednak, że nie po to otrzymali drugie życie, by teraz je stracić od zbłąkanej kuli. Matka Hansa utrzymywała kontakt z mężem, dzięki poczcie polowej. Pisała mu wciąż, gdzie się znajdują, dokąd zamierzają się udać. Po dwóch tygodniach podróży wysiedli na niemieckiej ziemi, w Thüringen.

- Kiedy pierwszego czerwca 1945 roku Amerykanie przesunęli granicę i stała się taka, jak dzisiejsza, miasto nie było już niemieckie. Mama postanowiła, ze dłużej tam nie zostaną – wspomnienia Hansa zacierają się wprawdzie, wciąż jednak pamięta najważniejsze momenty ze swojego zakończonego przedwcześnie dzieciństwa. Pamięta też, że szybko spakowali swój dobytek i wyruszyli w niedzielę rano. Żegnały ich dzwony, wzywające na poranne nabożeństwo…

Serce z Heimatem




Na tych schodach Hans Riztkowsky spędził swoje pierwsze wagary. / Fot. K. EnerlichHans swoją nową ojczyznę znalazł w Hessen, gdzie każda rodzina pochodząca z Prus Wschodnich otrzymywała dom do zamieszkania. Ojciec wrócił z wojska, nadal był kaznodzieją i głosił krzepiące kazania dla tych, którzy, podobnie jak on, zostawili po wojnie swoją ojczyznę na wschodzie. Dorosły już Hans zamieszkał w Gros – Geraü. Swoje uzdolnienia muzyczne, tak bardzo wspierane przez nauczycielkę z Sensburga, postanowił wykorzystać w pracy zawodowej – został organistą. Grywał czasem najpierw swojej żonie, potem dzieciom zapamiętane z dawnych lat utwory.

W 1998 roku, po raz pierwszy od tamtych bolesnych dla niego chwil przyjechał do Mrągowa. Spacerował z żoną jego uliczkami, opowiadając wszystko, co zapamiętał. Posiedział na stopniach kamienicy, na których spędził pierwsze w życiu wagary. Zobaczył, że niektórych budynków już nie ma, że Wzgórze Jaenike nie jest już takie wysokie, jak kiedyś, gdy był dzieckiem. Wywiózł pod powiekami obraz miasta, które kiedyś było jego Heimatem. I w którym nie ma już żadnego śladu po małym Hansie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Bardzo dobry tekst. No i dotyczy miejsca, skąd i moje korzenie...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy artykuł. Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dołączam do grona ,,plusujących" twój materiał. Ciekawy materiał, czyta się jak opowieść, która chwilami swoim klimatem przypominała mi ,,Hanemana" Stefana Chwina

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po drugie : brawo za ciekawy temat, za rekonstrukcję i inscenizację fotograficzną małego kawałeczka historii swojej miejscowości. Chętnie dowiedział bym się wiecej o wspólczesnych losach Hansa o tym jak widzi teraz swój dawny Heimat. W miasteczkach dawnych Prus Wschodnich pozostało wiele takich punktów w których swój slad odcisnęli tacy ludzie jak Hans i ci, którym po zawieruchach wojennych i politycznych przyszło życ w starych - nowych miejscach . Z wiekiem każdy chętnie wraca do miejsc swojego dzieciństwa, bo każdy ma do tego prawo i nikomu nie wolno tego zabronić bo nie zawsze oznacza to rewizjonizm.

Komentarz został ukrytyrozwiń

i po drugie też +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po pierwsze +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.