Facebook Google+ Twitter

Ot, taki babski los

Kiedy najbardziej uczonym człowiekiem w okolicy była akuszerka, lekarzem felczer, rodzenie "co rok - prorok " żywych czy martwych dzieci normalnością - przekwit jawił się jako dopust boży na który nie pomagał ani człowiek, ani modlitwa.

Jakąś cząstką zaalarmowanej podświadomości, jeszcze senna, ale przytomniejąca błyskawicznie wyczuwała, że się TO zaczyna. TO matka miewała często i póki starsi byli w domu, nie wolno jej było wchodzić do pokoju, gdzie się zbiegali, miotali, szeptali nosząc wodę, ręczniki i sprzeczając się ze sobą czy lepiej tak, czy siak, a przede wszystkim – wypychając „gówniarza” z pokoju.
- To nie dla ciebie!
- Nie plącz się pod nogami!
- Zajmij się czym - słyszała, ale przecież i tak wiedziała co się dzieje.
Nazywali to „atakiem wątroby”.
Że zaczęło się długo przed jej urodzeniem i nie było na to żadnej rady wiedziała od niańki, która co i raz do "swojej pani" w odwiedziny wpadała. Nie pomagała święcona woda, nie pomagało zamawianie.

Nareszcie felczer z pobliskiego miasteczka, człek doświadczony i zasłużonej sławy orzekł, że musi urodzić jeszcze jedno dziecko bo się krew w niej gotuje. Jak tak trzeba, tak uradzili i zrobili. Urodziła jeszcze jedno. Jedenaście lat po ostatnim synu - ją - wyskrobka, pociechę na stare lata, podporę starości i diabli wiedzą co jeszcze.

Choroba ustała na kilka miesięcy, ale potem wszystko wróciło i było jak dawniej. I teraz - kiedy już ani ojca, ani starszych w domu nie było i tylko we dwie zostały - przysiadała w tej nocnej potrzebie skulona na matczynym łóżku, okrywała plecy przed chłodem i patrzyła jak w napadzie nie wiadomo czego szponowate, wykręcone palce darły pierzynę, ciało matki prężyło, z gardła wydobywał się charkot a z ust - piana. Ocierała ją delikatnie, żeby tego obcego, dziwnego człowieka nie podrażnić twardszym dotykiem, bo mogło być jeszcze gorzej. Najlepiej było nie dotykać, nie trzymać rąk, nie przyciskać do siennika. Nic na siłę, tyle wiedziała.

No i to prześcieradło. Pod koniec ataku, kiedy sflaczałe ciało opadało wreszcie bezwładnie podkładała kawałek suchej szmaty żeby przecież na mokrym nie leżała. A potem - potem matka błądziła mętnymi oczami po suficie i zaczynała mówić. Bełkotała bez składu i ładu, gdzieś się wybierała, coś chciała robić, czegoś żądała. Siedziała więc przy niej i cierpliwie tłumaczyła że nie, że nie trzeba, że może jutro i odwracając roztrzepaną uwagę chorej na inne rzeczy, kładła kompres na głowę, na serce, otulała pierzyną okrywając na koniec samą siebie jej skrawkiem, zasypiała czujnie przytulona do matczynych pleców.
Na drugi dzień zostawała w domu.

Matka, jakaś nieobecna wodziła wzrokiem zbitego psa, niby ona ale jakby nie całkiem, daleka jakaś, zawstydzona, słaba, otumaniona i dopiero po południu wstawała wracając do przytomności i żądając czegoś do zjedzenia. Często nie było jej w szkole, ale uczyła się dobrze, o matczynych atakach wiedzieli i były dostatecznym usprawiedliwieniem nieobecności.

Zresztą, z biegiem czasu ataki zdarzały sie jakby coraz rzadziej, a ostatni zapamiętała już w maturalnej klasie. Inny był: w samo południe i matka kręcąc się rozpaczliwie ostatkiem przytomności dopadła kanapy. Już jej palce wyszponiło, a na spódnicy zakwitła mokra plama. Potem wszystko było jak zwykle, ale dziewczyna po raz pierwszy pomyślała, że przecież matka nigdy się nie przewróciła byle gdzie, byle jak, nigdy się nie potłukła ani nie przygryzła języka.

Widywała w szkole padaczkę - koleżankę rzucało gdzie bądź i trzeba było podkładać nawet własne ręce, żeby głowy czy nosa nie rozbiła. Ciężkie ataki histerii – orzekł wykładowca neurologii w pielęgniarskiej szkole. Uważaj, dodał. Obciążona dziedzicznie jesteś, dodał na pocieszenie. Ostry przekwit – brzmiała kolejna diagnoza po czasie.

A potem - weszła w dorosłość i kiedy mogła się wreszcie tym na poważnie zająć, było już po wszystkim. Mając rozeznanie i możliwość, nie miała już czego leczyć. Bo matka ani o "atakach wątroby" ani
o żadnych babskich sprawach mówić nie chciała. Wstyd przecież a i przeszło samo. To i z czym po próżnicy do doktorów latać?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (20):

Sortuj komentarze:

(+) Tak, TO bardzo smutne czasy, ale czy rzeczywiście "babski los" ?
Pięknie napisane Jadziu, jak zwykle.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Duża klasa, pani Jadwigo.

Komentarz został ukrytyrozwiń

bez cienia sentymentalizmu - pięknie opowiedziana historia +:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ossad - mam do Ciebie całkowite zaufanie. Dziekuję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Usunąłem kilka komentarzy. Psuły tekst. Jadwigo, przepraszam, usunąłem między innymi Twój. Bo był już bez kontekstu. Mam nadzieję, że nie będziesz miała tego za złe. Plus.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo interesujący tekst (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wspaniały tekst, chociaż smutny. Oczywiście plus (+)

Czy teraz pod każdym artykułem będziemy musieli czytać te irracjonalne dyskusje??

Komentarz został ukrytyrozwiń

ciekawie ciekawie

Komentarz został ukrytyrozwiń

Piękne, poruszające; zaczytałam się. +/

Komentarz został ukrytyrozwiń

W tym kontekście zatem dzieło p. Jadwigi jest genialne. Kareninie, czy sądzisz że warto poprosić p. Jadwigę o zgodę na wykonanie przeze mnie performance'u na kanwie Jej Opowiadania?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.