Facebook Google+ Twitter

Pacjent w szpitalu, czyli "niech pan przyjdzie, jak ktoś będzie"

W każdej, nawet negatywnej historii, można doszukać się pozytywów. Co jednak może być pozytywnego w tym, że po kilkudziesięciu minutach pobytu w szpitalu nie udało się załatwić kompletnie nic?

Czy obsługa w szpitalach wynika z rzekomo niskich płac pielęgniarek? / Fot. PAP/Tomasz WojtasikGdańsk, 27 kwietnia, godziny bardziej popołudniowe. Pogoda dopisuje, a twarz się raduje dzięki padającym na nią mocnym promieniom słonecznym. Ludzie już bez kurtek, niektórzy nawet w samym spodenkach i koszulkach. Świat zaczynał w końcu żyć. I nic, absolutnie nic nie mogło zmienić takiego stanu.

Prawie nic. Bowiem właśnie w tym czasie postanowiłem z narzeczoną wybrać się do szpitala, by zapisać się na zabieg. Chciałem po prostu ustalić jakikolwiek termin. Zaczęło się dobrze. Szpital znaleźliśmy w miarę szybko, dotarliśmy na jego teren. I zaczęły się schody...

Nie będę tu podawał nazwy szpitala, wystarczy tylko zaznaczyć, że jest to placówka publiczna. Gdy już znaleźliśmy się na miejscu i doszliśmy do drzwi, zobaczyliśmy kartkę z informacją, że punkt przyjęć jest kilkadziesiąt metrów dalej. Podeszliśmy kawałek, a nawet więcej, bo nie sądziliśmy, że to właśnie to miejsce. Wróciliśmy i weszliśmy tam, gdzie podobno miała być rejestracja. Rzeczywiście, recepcja była. Sęk w tym, że brakowało osoby, która by w tej recepcji przyjmowała.

Kilka metrów za recepcją była winda, a przy niej informacja, że oddział otolaryngologii (bo właśnie tam zostałem skierowany) znajduje się w piwnicy(!). Zjechaliśmy. To miejsce wyglądało dosłownie jak piwnica. Długi korytarz, co kilka metrów żelazne drzwi po obu stronach. Pani, która tam sprzątała pokierowała nas na oddział. Na samym końcu korytarza trzeba było skręcić w prawo i wejść na górę. Zatem oddział w piwnicy zmienił się na oddział na parterze, tyle że w innym budynku, do którego przeszliśmy pod ziemią.

Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie znajdował się szukany przez nas punkt. Na kilkudziesięciometrowej salce, po prawej stronie znajdowały się drzwi do... kaplicy, a piętro wyżej oddział psychiatryczny. Ostatecznie na docelowy oddział nie weszliśmy. Stwierdziliśmy, że u pielęgniarek nic raczej nie załatwimy. Wróciliśmy zatem do początku, czyli do pierwszych drzwi. Weszliśmy, by zapytać (jak nigdzie nie można się nic dowiedzieć, to może tam!). Od pani siedzącej za ladą otrzymaliśmy informację, że zapisy są kilkadziesiąt metrów dalej (czyli dowiedzieliśmy się tyle samo, co mówiła nam kartka na drzwiach).

Po drodze do nieszczęsnej samoobsługowej recepcji spotkaliśmy człowieka, który wyglądał jak pacjent. Grzecznie spytał, czy mógłby w czymś pomóc. Opisaliśmy problem, a ten tylko powiedział, że można iść na oddział, ale i tak pewnie nic nie załatwimy, bo wszyscy są na urlopie majowym. Nie zostało nam więc nic innego, jak przejść się na ten oddział i spróbować coś wywalczyć. W drodze (znów przez korytarz a la piwnica) rozmyślaliśmy ze śmiechem, kim ów postać była - wygląd pacjenta, a wiedza, jak u pracownika.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.