Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

22070 miejsce

"Pamięć tamtego grudnia". Jan Franczyk, internowany, o stanie wojennym

Jan Franczyk - polski psycholog, dziennikarz, działacz opozycyjny i samorządowiec związany z Krakowem, redaktor naczelny "Głosu - Tygodnika Nowohuckiego". To wybitna postać działacza solidarności i czasu wojennego. Podczas stanu wojennego pan Franczyk był internowany.

17 grudnia 1981 r. Koncentracja sił ZOMO przed bramą główną ówczesnej Huty im. Lenina. / Fot. Fot. Krzysztof Bobela / z albumu autora/ z archiwum Głosu Nowej HutyO tym, że na terytorium całego kraju wprowadzony został stan wojenny, mieszkańcy Polski dowiedzieli się z radia i telewizji, słuchając w niedzielę rano 13 grudnia przemówienia generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ale tysiące Polaków dowiedziało się o tym fakcie kilka godzin wcześniej – gdy do ich mieszkań, krótko po północy, zawitali esbecy i milicjanci z nakazami internowania. Jedną z takich osób był Jan Franczyk.

Z czym się kojarzy Panu stan wojenny?
- Stan wojenny zawsze będzie mi się kojarzyć z więzieniem. Nie z domem wczasowym, jak kłamliwie w pierwszych tygodniach stanu wojennego opowiadał o miejscach odosobnienia dla internowanych rzecznik generała Jaruzelskiego Jerzy Urban. Co prawda, było takie jedno miejsce na Pomorzu, gdzie zgromadzono ówczesną Polską solidarnościową elitę - znanych pisarzy, aktorów, malarzy...
Reszta, czyli tysiące, siedziała w zwykłych więzieniach. Tak, jak ja. Najpierw w Zakładzie Karnym w Wiśniczu Nowym, a później w jednym z budynków Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Załężu koło Rzeszowa. Najgorsze były pierwsze dni. Brak wiadomości o tym, co dzieje się na zewnątrz i warunki, w jakich nas przetrzymywano. Ponad dwadzieścia osób w ogromnej celi, piętrowe łóżka, brak ubikacji (za tę służył nam duży aluminiowy garnek z pokrywą, opróżniany raz na dobę), kubek wody na cały dzień, brak spacerów.

Ale nie żałuję tamtych dni. Po pierwsze miałem głębokie przekonanie, że znalazłem się tam, służąc dobrej sprawie. W więzieniu poznałem wspaniałych ludzi - wcześniej też ich znałem, ale tak naprawdę poznałem ich dopiero tam. Doświadczyłem wiele bezinteresownej pomocy i dobra, często od nieznanych mi ludzi. Zacząłem inaczej patrzeć na życie.

Nauczyłem się odróżniać to, co ważne od tego, co mniej ważne albo co w ogóle nieważne. I, paradoksalnie, w więzieniu pokochałem Polskę - chociaż miałem chwilę pokusy, by z niej wyemigrować na Zachód.

Zwierzyłem się z tej myśli cystersowi z Mogiły, o. Pawłowi Mynarzowi, który kilka razy odwiedzał internowanych w Załężu. To dzięki niemu pokusa ta pozostała szczęśliwie pokusą niezrealizowaną.

Czytaj dalej ---->

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Co napisał o tym p. Ryszard
  • Co napisał o tym p. Ryszard
  • 14.12.2011 11:10

30 lat temu – 13 grudnia 1981 roku – komuniści rozpoczęli wojnę, którą wypowiedzieli własnemu narodowi. Jaruzelski oraz jego poplecznicy stanęli po stronie sowieckiej władzy i gotowi byli prześladować rodaków, zamykać ich w więzieniach, a nawet zabijać – wszystko to dla zachowania swoich przywilejów i majątków.
Za Jaruzelskim opowiadali się funkcjonariusze sił bezpieczeństwa oraz aparatczycy komunistycznej partii. Łudzili się, że w razie czego – to znaczy w razie społecznego buntu – Sowieci nie zostawią ich bez pomocy i wyślą armię dla spacyfikowania niezadowolonych. Tak przecież działo się w Niemczech Wschodnich w 1953, na Węgrzech w 1956, w Czechosłowacji w 1968, w Afganistanie w 1980 roku. Ale w listopadzie 1982 roku umarł Breżniew, a jego następcy nie byli już w stanie zahamować pogłębiającego się kryzysu. Rozkład Związku Sowieckiego trwał jeszcze dziesięć lat, ale już wcześniej Moskwa musiała zrezygnować ze swoich imperialnych ambicji i zgodzić się na większą samodzielność swoich kolonii.
Jaruzelski dobrze wiedział, że nie utrzyma dyktatorskiej władzy PZPR bez sowieckiego wsparcia. Już w 1986 roku zorientował się, że Sowieci, zajęci własnymi problemami, zostawią go na łaskę losu. Postanowił tak zmodyfikować dyktaturę, aby podzielić się władzą z częścią solidarnościowej opozycji. Starał się jednak zyskać na czasie, aby materialnie zabezpieczyć swoich ludzi. Komuniści przejmowali na własność banki, fabryki, firmy handlowe, gazety i stacje telewizyjne, a także obsadzali zarządy państwowych firm. Kluczowe stało się utrzymanie kontroli nad służbami specjalnymi (mieli to zapewnić „fachowcy” z bezpieki), armią (dowódcami mieli pozostać generałowie szkoleni w Moskwie) oraz wymiarem sprawiedliwości (gwarantowali to sędziowie i prokuratorzy dotąd wysługujący się reżimowi). Tak doszło do porozumienia okrągłego stołu w 1989 roku.
Komuniści przeliczyli się w swoich planach. W krótkim czasie komunizm został obalony w całej sowieckiej strefie w Europie, a w 1992 roku rozpadła się także „ojczyzna komunizmu”. Utrzymanie władzy okazało się niemożliwe. Wtedy jednak z pomocą komunistom pospieszyła część działaczy opozycji – tych, których kupiono za możliwość szybkiego bogacenia się i dostępu do władzy. Już wspólnie przystąpiono do rozkradania narodowego majątku i tworzenia „nowego kapitalizmu”, powiązanego z dawnym reżimem. Sprzyjały temu kariery zdrajców „Solidarności”, którzy uniemożliwili osądzenie komunistycznych zbrodniarzy, ukaranie tych, którzy dopuścili się zdrady stanu i przez pół wieku służyli Sowietom, ujawnienie konfidentów bezpieki i tajnych służb wojskowych. III Rzeczpospolita powstała na fundamencie bezprawia, rabunku i zdrady.
Kilkakrotnie Polacy usiłowali uzdrowić polskie życie publiczne. Nie zdołał tego dokonać ani rząd Jana Olszewskiego w 1992 roku, ani rząd Jarosława Kaczyńskiego w latach 2006-2007. Patrioci wciąż okazywali się mniejszością we własnej ojczyźnie. Teraz znów stają wobec niebezpieczeństwa, że polskie państwo utraci suwerenność, a Polacy będą musieli pracować na potęgę i bogactwo obcych. Dlatego 13 grudnia, w rocznicę stanu wojennego, organizują w Warszawie wielki Marsz Niepodległości i Solidarności, który ma obudzić sumienie młodego pokolenia i przekonać je do sensu obrony wolności – przez stulecia najważniejszej wartości Polaków.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Nie mylmy socjalizmu ze zdobyczami socjalnymu." - Napisał mi w odpowiedzi na mój komentarz, jeden z uczestników dyskusji. Można by zapytać - jeśli socjalizm był ustrojem złym - skąd wzięły się jego zdobycze? Jestem przekonany o tym, że jeden człowiek ma zdolności do czynienia dobra, a drugi do czynienia zła. Każdy - nawet najlepszy - ustrój można doprowadzić do tyranii. Z tego co wiem, to istniejący ustrój przedwojenny - nie tylko w Polsce - był ustrojem niesprawiedliwym i dyskryminującym, niektóre grupy społeczne. Istniało w nim społeczeństwo klasowe o mocno zróżnicowanym poziomie życia. Ludzie z niższych klas - nie tylko - żyli w biedzie, ale do tego byli, krzywdzeni, poniżani i upokarzani - często jak zwierzęta. Niezależnie od aktualnych tendencji powtarzam i będę powtarzał: Krzywda ludzka jak echo - wcześniej czy później - powróci, dokona osądu, wyda wyrok i wykona, na tych którzy ciemiężyli, poniżali, wykorzystywali, pogardzali, znęcali się nad innym, słabszym człowiekiem. Tak było od zawsze - wystarczy prześledzić historię.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Historia nie kłamie...Brałam czynny udział w okresie stanu wojennego w Nowej Hucie.
Nigdy nie zapomnę tamtych lat. Dziś z mężem wspominamy....tylu kolegów, było bitych i katowanych, a ja byłam bezradna, gdy zabierali ich - "na dołek" i bili bez opamiętania...

To jedna Polska Tadziu. Poraniona kartami historii...Masz rację: "dużo by gadać" na ten temat. Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mimo niepopularności takiej oceny powiem, że stan wojenny był mniejszym złem. Wojna domowa pociągnęła by za sobą więcej strat. "Przyjazna armia" też by nie próżnowała. Ale każdy może mieć własne zdanie i własną ocenę tamtych dni. W ogóle, gdybym ja miał wpływ na przebieg zmian w Polsce, na pewno nie dopuściłbym do przemian takich, jakie zaszły. Tamta Polska miała potencjał wytwórczy. Należało go wykorzystać, a nie roztrwonić, dlatego tylko, że pochodził z czasów niezbyt chwalebnych. - Dużo by gadać na ten temat. A teraz podczas rekonstrukcji wydarzeń sprzed trzydziestu lat stoczniowcy krzyczeli: "Nie oddamy stoczni". Jak na ironię - stoczni - której dzisiaj nie ma. Istny chichot historii.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.