Andrzej A. tak się przed kilkunastoma laty zakochał w Bożenie, swojej przyszłej małżonce, że "wyrwał" ją z technikum. Nie chciał czekać aż panienka zrobi maturę. Skończysz szkołę później, pracując. Zapewnię ci takie życie, że będziesz miała czas na wszystko, ale warunek, przy mnie.
Bożenka trochę mu pomagała przy small biznesie, na targowym stoisku, które prowadził pod szyldem "Świeże jaja spod grzędy", jednak sporo czasu poświęcała na zdobywanie wiedzy w jednej ze szkół średnich - co później bardzo wyszło na dobre jej, już jako samotnej matce. Tak było do czasu, gdy poczuła bóle porodowe, a następnie powiła Maksa. Młodzi mieszkali wówczas z jej rodzicami, w ich domku, we wschodniej dzielnicy Lublina. Grosz do grosza odkładali na własne, blokowe. Kupili, gdy Maksio miał cztery lata. I to było tyle sielanki w małżeństwie A.
Plotki o babie męża to nie fikcja
Pewnego dnia Andrzej przewinął małego, ziewnął i nie wrócił do domu na noc. Nazajutrz spóźnił się na targ i właśnie to - a nie przysłowiowa słona zupa - było przyczyną szturchańców wymierzonych Bożenie. Z dnia na dzień, z nocy na noc, małżeńskie uczucie stygło, dom stawał się coraz chłodniejszy i głośniejszy. Wreszcie Bożena spakowała małego i poszła przemyśleć sprawę do rodziców. Nazajutrz wieczorem zobaczywszy zapalone światła w swoim mieszkaniu chciała wejść i porozmawiać z Andrzejem. Nic z tego. Nie wpuścił jej do domu. Zaczęła wierzyć przebąkiwaniom przyjaciół, że Andrzej ma babę. Na drugi dzień przyszła rano, pod jego nieobecność. Niestety, też nie weszła, mąż wymienił zamki.
Upłynął miesiąc od rozstania z Andrzejem, kiedy Bożena dowiedziała się, że mąż miał wypadek motocyklowy. Odnalazła go w jednym z lubelskich szpitali, dopiero po wykonaniu kilku telefonów. Przyszła do ordynatora. Kim pani jest dla chorego? Żoną. Żona pana A. siedzi przy jego łóżku.
Bożena nabrała pewności, że plotki o babie męża to nie żadna fikcja. Nie wiedząc co ma robić, wróciła do rodziców i syna. Tu rada w radę zapadła decyzja, musi pójść do męża i się z nim rozmówić. Poszła. Andrzej leżał unieruchomiony z nogą na wyciągu, błogo się uśmiechając do telefonu komórkowego trzymanego w ręce. Na widok żony mina mu zrzedła, odłożył komórkę i warknął: ta pani co tu wczoraj była to moja opiekunka. Nieważne jak się nazywa, wykonuje przy mnie czynności należące do żony.
Czytaj więcej:
http://www.kurierlubelski.pl/