
Zasadniczo nie zalecam nikomu wybierania się na koncert zespołu, z dorobku którego identyfikuje się 3 utwory. W moim przypadku było to poważne igranie z własną wytrzymałością i tolerancją na rodzaj muzyki, który nie jest mojemu sercu bliski.
Ale podjęłam wysiłek ponad pięciogodzinnej jazdy w korkach z Warszawy do Chorzowa, żywienia się gyrosami kiepskiej jakości w przydrożnych przybytkach, poddawania się sile wiatru na koronie stadionu, zamykania zmysłów na fetor wszechobecnego piwa (w plastikowych kubkach) i moczu. A także odnajdowania sensu w następującym image`u - długie tłuste włosy związane w kucyk plus metry kwadratowe tatuaży na ciele. Zrobiłam to z dwóch powodów:
Pierwszy, bo poszłam za ciosemZaliczyłam kilka udanych koncertowych wydarzeń ostatnio i skłonna byłam twierdzić, że tak będzie zawsze. Nawet koncert RHCP w Chorzowie w ubiegłym roku, mimo że niedoskonały, był wydarzeniem emocjonującym, bo postanowiliśmy z grupą wyjazdową dopchać się jak najbliżej sceny i odgadnąć powód zamknięcia się w sobie kultowego wokalisty, na którego Polska tyle lat czekała.
Drugim powodem było inne przekonanie, że cokolwiek by się nie zdarzyło, trzeba mieć porównanie do koncertu z zeszłego roku. Takie podejście ukrócało wszelkie marudzenia na wstępie. A marudzić było na co. O czym za chwile bardziej szczegółowo.
Ikona dwóch ubiegłych dekad w ChorzowieTu muszę cofnąć się do wątku swoich muzycznych fascynacji i stwierdzić, że fanką trash metalu czy jakiejkolwiek innej odmiany metalu nie byłam i nie jestem. Lubię muzykę w ogóle, z pewnymi wyjątkami oczywiście, żeby nie było tak słodko. Niemniej Metallica to dla mnie nie tylko zespół konkretnego muzycznego nurtu. To gwiazda i ikona. Tyle, że ikona ubiegłych dwóch dekad. Ponoć we wrześniu 2008 roku mają wydać nową płytę, ale raczej nie będę odliczać czasu do dnia wydania.
Ojcowie założyciele amerykańskiego zespołu - James Hetfield i Lars Urlich mają już po 45 lat (co jest w sumie niczym w porównaniu z wiekiem Keitha Richardsa i Micka Jaggera), ale są dla mnie jakimś rodzajem legendy, która wpisuje się w cały klimat, otoczkę lat 90. "The Unforgiven" czy "Enter Sandman" to dźwięki niosące ze sobą klimat tamtych lat, funkcjonujące w świadomości ludzi z metalem nie mających nic wspólnego.

Na chorzowskim koncercie podobało mi się na wejściu. Zdążyłam dojechać na 5 minut przed rozpoczęciem i patrząc z góry, z trybun, uległam fascynacji widokiem dywanu z ludzkich głów na dole. Cały ten tłum (60 tysięcy ludzi) przybył karnie po to, żeby popatrzyć, najczęściej z dala, na dwóch panów w rurkach. Nie wiem co prawda, co miał na sobie trzeci muzyk - Urlich, perkusista. Bo czwarty pan z gitarą przybrany był w stylu Anthonego Kiedisa tj. w przykrótkie portki.
Niestety gorzej się zadziało w chwili, kiedy Lars usiadł za bębnami i pobębnił. Bo okazało się, że na trybunach słychać nie było prawie nic. Miałam na nadzieję, że wyluzowanie tego dnia polegać będzie na tym, że nie będę słyszeć swoich myśli, co bywa przecież czasem przydatne. Niestety, mogłam swobodnie konwersować z sąsiadem bez podnoszenia głosu oraz wspominać czasy posiadania starych Grundigów albo Kasprzaków, które wcinały taśmy Stilon Gorzów do środka i wówczas wydobywał się ten dźwięk, taki dźwięk, jaki docierał ze sceny do nas.
Efektem tego zjawiska było wynudzenie się i oczekiwanie końca. Tymczasem panowie z zespołu byli z siebie bardzo zadowoleni, co widoczne było na telebimach. Pot perlił im czoło, gitarzysta Kirk Hammett prezentował swój pieprzyk i kręcone loki, a wokalista James dziobatą cerę i ostre niewybielone przez jakiegoś hollywoodzkiego speca siekacze, kiedy zdarzyło mu się zaśpiewać drapieżny utwór.

Następnie stwierdziłam, że śpiewający Hetfield w wąskich spodniach prezentuje się nad wyraz dobrze oraz bardzo znakomicie odśpiewał mega hit, który znają nawet dzieci: "Nothing Else Matters". Zrobiło się klimatycznie, zapaliły się setki zapalniczek i okienek telefonów komórkowych i założę się, że każdy w tym czasie wspominał jakieś swoje miłosne uniesienia z lat szkolnych czy studenckich.
Były bisy nawet, koncert przeciągnął się do ponad dwóch godzin, ale ja wyszłam. Poziom skostnienia na skutek silnego wiatru sprawił, że straciłam zdolność percepcji czegokolwiek, pobiegłam do auta i czym prędzej opuściłam gościnny Śląsk, omijając korki.
Podsumowując, nie żałuję, ale mogło być lepiej. Bo co to za metalowy koncert, który odbywa się jakby w tle, a głównym bohaterem jest gumowy hot dog i 3 telebimy.
P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, sami rozumiecie.