Facebook Google+ Twitter

Paradoksy antyislamizmu

Od artykułu odczarowującego antyimigranckie nonsensy stojące w sprzeczności z rzeczywistością szaleństwo poszło tak daleko, że dziś ograniczę się do odczarowywania tych zawartych wewnątrz samych tylko zarzutów wobec owej rzeczywistości.

Poprzedni artykuł (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/kryzys_imigracyjny_zdroworozsadkowa_demitologizacja_337463.html ) przygotowałem z nastawieniem obalenia kilku rzeczowych mitów na tematy imigracji. Pisałem m.in. o tym, że grupa o strukturze demograficznej przyjeżdżających do nas osób nie ma szans posiadać ujemnego bilansu dla budżetu państwa. W repartycyjnym systemie emerytalnym, w którym składek ubezpieczeniowych się nie odkłada tylko z bieżących wpłat młodszych opłaca emerytury starszych, grupa 20-30 latków, przyjeżdżająca bez swoich seniorów, płacąc składki na obecnych (jak powiedziałby antyimigracjonista – "obcych im etnicznie i kulturowo") emerytów, jest dojona w najrozleglejszym obszarze budżetowym. Zważywszy na fakt, że 90% środków służby zdrowia zużywa obywatel w 5 ostatnich latach swojego życia, ludzie ci będą dojeni również w drugim najznaczniejszym obszarze budżetowym. Grupa ta, mając wiek edukacyjny już dawno za sobą, dojona będzie także w trzecim najrozleglejszym obszarze budżetowym. Składając się z mężczyzn, których „participation rate” (procent ludności 15+, która -jako pracujący lub bezrobotni- jest na rynku pracy, do ogółu ludności 15+) jest wyższy niż dla kobiet (nawet w krajach osiedlenia, nie mówiąc już o krajach wyjazdu), a wśród których bezrobocie oraz praca w niepełnym wymiarze są niższe niż dla nich, jest małe prawdopodobieństwo, aby taka grupa częściej niż autochtoni pozostawała na zasiłkach. [Z jakiego zresztą tytułu? Żeby dostać zasiłek, musisz być jakąś samotną matką (ojcem?), jakimś inwalidą. Gdybym chciał teraz pójść na zasiłek, to jak czytelnik radziłby mi to zrobić? A może po prostu zażądają i dostaną? Każdy kto pracował w Niemczech, powinien wiedzieć, w jaki sposób traktują oni "obcą siłę najemną", nawet bliską im kulturowo, i że ich nacjonalizm to nie pieśń przeszłości.]

Internetowe szaleństwo przerosło jednak moje najśmielsze oczekiwania. Dlatego dzisiaj chciałbym się skupić na odczarowywaniu nie tych nonsensów stojących w jawnej sprzeczności z rzeczywistością lecz tych zawartych już w samych zarzutach wobec owej -prawdziwej czy fikcyjnej- rzeczywistości.

Holokaust – tylko czyj...
Internet aż huczy od nawoływań do zbrodni. Można je spotkać w komentarzach pod artykułami, obrazkami, filmami, na portalach społecznościowych, na demotywatorach i w komentarzach pod nimi. Padają one w najróżniejszych okolicznościach:
-Węgry budują na granicy ogrodzenie. Masa ludzi rzuca się do postulatów podłączenia go pod prąd, polewania wodą, spychania na nie imigrantów, puszczania przez nie serii z karabinów.
-71 osób w tym 4 dzieci dusi się w ciężarówce w Austrii, facebookowe znajome dodają sobie otuchy tą „redukcją” imigracji; znajomi jednak trzeźwiej zauważają, że to kropla w morzu potrzeb.
-Toną łodzie z imigrantami, jednak rozmowa natychmiast schodzi na temat, czemu toną a nie są zawracane – przez straż przybrzeżną „na którą w końcu płacimy podatki!”. Ostatecznie i ten temat blaknie przy temacie, czemu nie są przez ową straż zatapiane...
-Na meczet w kraju, do którego antyislamiści właśnie najchętniej ślą imigrantów, spada dźwig, zabijając ponad 100 osób. Internety ogarnia karnawał radości. Podobnego można się spodziewać po wczorajszym wypadku w tym samym miejscu – zwłaszcza, że teraz jest 7 razy więcej powodów do perwersyjnej radości.
-Imigranci przybywają do Austrii, do Niemiec – ludzie nawołują do rzezi. Nie uduszą się już, nie utoną, nie umrą na płocie, trzeba więc załatwić sprawę w sercu problemu. Padają nawoływania do ludobójstwa, nikt nie wstydzi się nawet słowa holokaust, padają też konkrety dotyczące gazowania.

I dobrze. I może i słusznie. Tylko czemu w takim razie Ci sami ludzie, którzy produkują przedstawione wyżej treści:

potępiają migrację jako sprowadzanie terrorystów, przestępców zasiedlających zachodnie więzienia i potencjalnych gwałcicieli ich córek;
od lat porównują islam do faszyzmu;
w półmilionowym tłumie imigrantów znaleźli wygłupy dziecka parodiującego ścinanie głów;
porównują ISIS do Trzeciej Rzeszy;
ba, mają w tym swoich mistrzów, przecież intelektualiści, dziennikarze i członkowie think tanków od dekady (od najazdu na Irak) piszą o islamofaszyźmie...?!

Wreszcie, czemu wobec jawnych nawoływań do holokaustu antyislamiści nawet teraz nie rezygnują z przytaczanych wyżej oskarżeń, a pod materiałami (np. demotywatorami) nawołującymi do agresji i ludobójstwa muzułmanów, padają zaraz usprawiedliwienia tego ludobójstwa porównaniami ISIS do nazistów a muzułmanów do terrorystów...?!

Wojujący pacyfista
Innym ciekawym zjawiskiem jest pogardzanie muzułmanami za ucieczkę z rejonu wieloletniego konfliktu przez ludzi (których czysto teoretyczną próbę zdolności bojowych pomijam), którzy o walce świeckich autokratów, ze świeckimi demokratami, walczącymi z religijnymi autokratami, walczącymi z Kurdami, walczącymi z religijnymi demokratami, walczącymi z (wymienionymi na początku) świeckimi autokratami, zazwyczaj mówią ze wstrętem „sami się wybijają” - choć rzecz jasna żadna z tych grup nie chce zniszczyć samej siebie. Teraz ludzie ci potępiają muzułmańską niechęć uczestniczenia w takiej krwawej jatce, jako tchórzostwo.

Interesującym wariantem tego zachowania jest wyszydzanie strachu młodych mężczyzn przed wojną przez te akurat kobiety, które standardowo swoje poczucie wartości budują na potępianiu mężczyzn (między innymi) za rzekome wywoływanie wojen. Teraz potępiają one niechęć mężczyzn do wojen.

I tak to ludzie, którzy wojny (może czasem poza stadionową) w życiu na oczy nie widzieli, bądź w ogóle mają płeć odpowiednią do tego, żeby od służby wojskowej się migać, potępiają jednocześnie wojny i brak udziału w nich...

90% ofiar wojen (podobnie jak ludobójstw, zwykłych morderstw a nawet samobójstw) stanowią mężczyźni, zazwyczaj młodzi. Porwania do wojska, nawet dzieci, są już legendarne. Co jest dziwnego w tym, że ktoś może chcieć takiego losu uniknąć...?

Odwet poprzedzający krzywdę
Retoryczną niespójnością o długiej historii i politycznej popularności jest traktowanie zbrodni na muzułmanach jako przykrej reakcji bądź koniecznej odpowiedzi na zbrodnie niektórych z nich na naszych. Taką demagogią często uzasadnia się wyrządzane muzułmanom krzywdy polityczne dużo wcześniejsze niż krzywdy mające stanowić dla nich uzasadnienie. Np. dla Stefana Niesiołowskiego porwanie i ścięcie kilku dziennikarzy przez ISIS stanowi świetny argument dla mającego miejsce od dekady porywania i przetrzymywania przez ponad przez CIA w tajnych więzieniach podejrzanych politycznie muzułmanów, a także utrzymywania eksterytorialnego więzienia w Guantanamo na Kubie, okupacyjnych więzień typu Abu Ghraib w Iraku i Bóg wie czego jeszcze. Podobnie przecięty Polak deklaruje nienawiść do muzułmanów w odpowiedzi na to, jak rzekomo zareagowali oni na jego dobroć, humanitaryzm i tolerancję.

Aż dziw bierze, że ludzie tak świetnie rozumiejący jak dobrym wytłumaczeniem dla czyjejś niechęci i agresji jest niechęć i agresja, której ten ktoś wcześniej sam doświadczył i na którą tylko odpowiada, nie skojarzyli faktów i nie wysnuli choćby hipotezy, że muzułmanie mogliby nas nienawidzić nie bez przyczyny... z jakiegoś jednak powodu... np. pod wpływem tego, jak my ich traktowaliśmy i traktujemy.

Zastanówmy się... Zaraz po wymordowaniu jedynej europejskiej mniejszości religijnej w obozach pracy Republika Federalna Niemiec sprowadza do pracy miliony imigrantów należących do innej mniejszości religijnej... z szacunkiem witając ich kwiatami i śpiewem. Jeszcze w trakcie bestialstwa podejmowanego w straczeńczej obronie swoich kolonii (np. w Algierii) inne państwa Europy (Francja, UK, Holandia) witają kwiatami i śpiewem imigrantów z dopiero co „cywilizowanych” przez siebie regionów... przyjmując ich oczywiście z szacunkiem i uznaniem. Dwa pokolenia później potomkowie tych migrantów nadal znajdują się w tych państwach na dnie drabiny społecznej. Wkrótce potem mimo uczęszczania do świeckiej szkoły, mimo rozrywkowej telewizji, mimo zanurzenia w świeckie europejskie społeczeństwo w pracy, na ulicy i w urzędach, mimo konsumpcjonizmu reklam i sklepów, anglosaskiego lub kontynentalnego systemu prawnego, otoczenia alkoholem i seksem, mimo tego wszystkiego ludzie ci stają po stronie starożytnego zabobonu w stopniu przekraczającym zaangażowanie ich rodziców i dziadków i wyjeżdżają, często nawet nie znając języka, w obcy sobie rejon świata na prawdopodobną śmierć. Z pewnością czynią tak nie pod wpływem czegokolwiek innego jak tylko religijna ortodoksja, która jakimś cudem trafiła do ich głów, i z masy alternatyw jakimś cudem zmusiła ich nie do czego innego jak do odpowiedzi złem na dobroć...

Z kolei ludzie, którzy jeszcze dwa pokolenia temu do władzy w całym regionie (m.in. właśnie Syria, Irak i Libia) wybrali Partię Socjalistycznego Odrodzenia Arabskiego (Baas), którzy w europejski sukces gospodarczy byli wpatrzeni jak w obrazek od Maroka po Afganistan, do tego stopnia, że poza gospodarką i techniką zachodnią przyjmowali też euro-amerykański styl życia, kulturę i ubiór, ci ludzie stali się bardziej religijni, zaczęli powszechnie nosić hidżaby a nawet nikaby i burki, rzucili alkohol i opowiedzieli się politycznie po stronie religii... zupełnie bez powodu.

Ani całkowita kompromitacja a la sowieckiej westernizacji w postaci krwawych socjalistycznych reżimów Husajna, Asada, Kadafiego, Amina czy Karmala; ani zupełna kompromitacja a la amerykańskiej westernizacji w postaci (sprzyjającego juntom i dyktaturom np. Mysharrafa, Mubaraka, Ben Aliego) korumpującego sponsoringu armii i rządów sojuszniczych krajów; żadna z tych westernizujących kompromitacji nie mogła mieć najmniejszego wpływu na zwrócenie mieszkańców Bliskiego Wschodu w ich poszukiwaniach podmiotowości do własnej tradycji.

Nie mogły mieć na to wpływu również wojny w Afganistanie, Iraku, Strefie Gazy, Somali, Strefie Gazy, Mali, Strefie Gazy, Republice Środkowoafrykańskiej czy Libii. Nie mogła okupacja Afganistanu i Iraku. Wypędzanie Arabów i kolonizacja Palestyny. Wieloletnie grożenie Iranowi. Nie mogło tchórzliwe zdalne bombardowanie ich krajów dronami (a my delegalizujemy pilotowanie bez licencji ze strachu przed jednym dronikiem nad lotniskiem). Dokonywane za zgodą ich rządów (a my się oburzamy, że Niemcy narzucają nam kwoty imigrantów). W poszukiwaniu potencjalnych (!) terrorystów, z których co poniektóry mógłby w przyszłości zabić jakiegoś Amerykanina, a których poszukiwania każdego dnia zabijają jakiegoś Pakinstańczyka, Afgańczyka, Irakijczyka, Somalijczyka czy Jemeńczyka.

Dosłownie nic z tych okropieństw nie mogło zaszczepić w żadnym europejskim czy bliskowschodnim muzułmaninie do terrorystycznych myśli. Natomiast do wszystkiego tego, tak!, do uczynienia wszystkiego wszyściutkiego wymienionego powyżej przez nas po prostu zmotywował nas: zamach na WTC, zamach w Madrycie, zamach w Londynie... na Bali, maratonie w Chicago, oraz na Charlie Hebdo – nawet jeżeli miało to miejsce wiele lat przed tymi wydarzeniami...

Wywrócić niestabilność
Z ust tych, którzy stracili już nadzieję na powstrzymanie fali imigrantów, i którym w związku z tym pozostało narzekanie na to, co poszło nie tak, często słyszy się, jak to niepotrzebnie obalaliśmy reżimy tego czy innego Husajna bądź Kadafiego. Co prawda krwawe, jak bagatelizująco powtarzają nasi telewizyjni humaniści, ale przynajmniej zachowywały stabilność, dzięki czemu za cenę kilkuset tysięcy ludzkich żyć pozbywaliśmy się kilkuset tysięcy frustrujących imigrantów.

Ci sami ludzie są jednak gotowi z całą zaciekłością zwalczać falę ideową, która stanowi jedyną nadzieję na powrót do stabilności w regionie. Islamizm.

Fala ta miała jeszcze 5 lat temu charakter czysto demokratyczny. Po sukcesie 10 lat islamistycznych demokratycznych rządów w Turcji, Arabska Wiosna demokratycznie wyniosła do władzy w Egipcie Islamistów z Bractwa Muzułmańskiego (jako opozycję stawiając jeszcze bardziej islamistycznych Salafitów), a w Tunezji islamistów z Nahda. W Libii również, chociaż państwo się rozpadło, w jednej z dwóch jej części, Cyrenajce, władza przypadła islamistom.

Wtedy jednak nam się nie spodobało, że doktryny nie mają władzy nad mechanizmami swego ustanowienia. Że w związku z tym zachodniość nie ma monopolu na zwycięstwo w demokratycznych wyborach i to wybory demokratyczne decydują, która idea jest w danym momencie dla danej społeczności najlepsza, a nie idea dyktuje wyborom to, że ma w nich zwyciężyć.

Podobnie jak nam się nie spodobało, że nie jesteśmy w stanie muzułmanom wmówić, że nienawidzą kobiet, i rozkazywać, jak dzielić się rolami płciowymi. W końcu połączyliśmy obie sprawy i obraziliśmy się, że w ich wyborach wygrało za mało kobiet... Poparliśmy więc reżim egipskich generałów, którzy w trakcie demonstracji przeciw obaleniu islamistycznego prezydenta zamordowali ponad 1000 osób, następnie jeszcze 1500 skazując na karę śmierci. Poparliśmy Trypolitanię przeciw Cyrenajce. Zaszczuliśmy Nahdę i przywódcę wybranego przywódcę Tunezji...

No to mamy Państwo Islamskie w Syrii i Iraku, Islamskie milicje w Libii, państwo i rebelię Tuaregów w Mali, państwo muzułmańskie na północy Jemenu, Boko Haram na północy Nigerii, Al-Shabab w Somalii, Kalifat Kaukazu, Talibów zgłaszających akces do Państwa Islamskiego. Więc albo się opamiętamy i pozwolimy ludziom być na tyle islamistami, na ile chcą, i uczyć się na własnych ewentualnych błędach (najtrudniej być islamistą, gdy trzeba realnie sprawować władzę), albo będą chcieli być tymi islamistami coraz bardziej.

Jeżeli ci, którzy tęsknią za stabilnością Husajna i Kadafiego, dadzą radę podszczuć nas dzisiaj przeciw islamistom z ISIS, jutro państwa islamskie będziemy mieć w Egipcie, Maroku czy Pakistanie. Czy to jest ta upragniona stabilność?

Zjednoczone Emiraty Europy?
W kontekście europejskich tęsknot za gnębieniem islamistów przez Kadafiego, Husajna czy Asada zwraca uwagę paradoks antyislamistycznego myślenia dotyczącego perspektyw islamizacji państw. Ci sami ludzie, którzy polegają na Asadach, Kadafich czy Husajnach w kwestii stłamszenia islamistów w krajach, w 95%-99% muzułmańskich, którzy nad takim czy innym posunięciem Bractwa Muzułmańskiego czy Nahdy; którzy ogólnie rzecz ujmując, przecierają oczy ze zdumienia, kiedy we w pełni muzułmańskich społeczeństwach państwo uwzględnia w przepisach elementy islamu albo po prostu nie prześladuje go całkowicie; ciż sami ludzie boją się, że nie zdołają 0,1% ich własnego społeczeństwa powstrzymać przed narzuceniem reszcie swoich norm.

W wyniku wojny w Syrii do 75 mln Turcji napłynęło 2 mln uchodźców (2,7%), do 6 mln Jordanii 600 tys. (10%), do 5 mln Libanu 1 mln (20%). Tymczasem wbrew panicznym alarmom „fala” uchodźców zalewająca Europę” sięga na razie 350 tys. osób, co na 508 mln wspólnotę daje 0,7‰. Islamofobi zdają się twierdzić, że z taką dawką muzułmanów w społeczeństwie kobieta już trzykrotnie przekroczyła normę pozwalającą jej prowadzić pojazdy. Że już wkrótce muzułmanie zakażą paniom wsiadać za kółko, panom się golić, a wszystkim spijać się jak Lindsay Lohan. Tymczasem tylko kilka muzułmańskich państw na świecie zabrania sprzedaży alkoholu (wie to każdy, kto wypoczywał w Egipcie, Turcji, Tunezji czy Maroku), a kobietom prowadzenia pojazdów tylko Arabia Saudyjska i zdrowy rozsądek. Skoro na około 50 państw o większości muzułmańskiej tylko nieliczne decydują się eksperymentować z normami religijnymi, to jakim cudem przynieść do Europy te idee miałby niecały promil społeczeństwa. Albo jaką różnicę ten promil społeczeństwa, prawdopodobnie nawet nie tak religijny, skoro wbrew wezwaniom ISIS ucieka na zgniły Zachód, miałby zrobić już obecnym w społeczeństwie europejskim 5% muzułmanów (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/o_tym_jak_muzulmanie_opanowuja_europe_218014.html )?

Kilka dni temu w TVN24 BiŚ słyszałem redaktora dużej konserwatywnej gazety, jak ostrzegał przed flagami proroka nad europejskimi urzędami. Jakoś przez dziesiątki lat takie flagi nigdzie nie zawisły... W Europie działa, wygrywa wybory i nawet rządzi mnóstwo partii antyislamskich, a nie ma ani jednej islamskiej. Co miałoby zmienić dodanie do 5% muzułmanów tego 1‰...? I czemu ten 1‰ nie uczynił różnicy w swoich krajach, gdzie islamizmu brak wśród niemal wyłącznie muzułmanów?

Rzeczony redaktor zdecydował się na bardzo częste ujęcie tematu imigrantów w kategoriach napływu do Europy islamu. I być może tu ukrywa się najważniejsza pomyłka. Do Europy nie przyjeżdża żaden islam, nawet nie wyznawcy islamu, tylko poszukiwacze pracy, dobrobytu i szczęścia, którym trafiło się wyznawcami islamu być. To w naszych głowach nadciąga do nas islam, bo to tylko z naszej -ideologicznej i niezainteresowanej osobiście losem imigrantów- perspektywy jest to kwestia najważniejsza.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.