Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

33765 miejsce

Parę słów o Primavera Sound 2011. Część pierwsza

Zaledwie tydzień temu festiwal trwał w najlepsze - zaczął się limitowanym wydarzeniem muzycznym w Puble Espanyol, a później przeniósł do Parc del Forum. Czas na dawkę wspomnień i wrażeń.

Of Montreal / Fot. Primavera SoundPrzyglądając się tegorocznym line-upom rodzimych festiwali muzyki alternatywnej, tak właściwie nie musimy wpadać w większe kompleksy. Co najwyżej zamiast jednego urlopu w Barcelonie (nota bene dość drogiego jak na pojedynczy wypad, ale za to aż kipiący ważnymi nazwiskami) trzeba będzie zorganizować sobie kilka mniejszych i udać się do Katowic (właściwie dwa razy tego samego miesiąca, bo Tauron Nowa Muzyka i Off Festival ściągnęły sporą liczbę artystów wspólnych z Primaverą), do Gdyni na Off Festival, Wrocławia na Erę Nowe Horyzonty i wreszcie na Audioriver w Płocku.

Dla mnie istnieje kilka powodów wyjazdu do serca Katalonii w maju - po pierwsze atmosfera miasta, duch wolności i możliwość napawania się świetną architekturą i nastrojami. To bodajże najbardziej (obok Berlina) swobodne miasto w zachodniej Europie, tygiel kulturowy i - ostatnimi czasy - społeczny punkt zapalny. Fakt, że trafiłam na pierwszy tydzień protestów i miałam okazję obserwować rozwój sytuacji na placu Catalunya dzień po dniu był jeszcze jednym plusem. Choć jest to materiał na osobny artykuł. Wreszcie kusząca wydawała się zbieżność terminów festiwalu z finałem Ligii Mistrzów - miasto stawało się z dnia na dzień coraz bardziej czerwono-granatowe, i choć samego meczu nie zobaczyłam na rzecz koncertów, wynik rozprzestrzeniał się wśród tłumu błyskawicznie, a powrót przez La Rambla o dość porannej godzinie wiązał się z napotykaniem na ostatnie grupy kibiców oraz policjantów w kaskach i z tarczami, którzy - mam wątpliwości, czy do końca uzasadnienie - owych fanów piłki nożnej ganiali po zaułkach. Tak czy inaczej, atmosfery fiesty nie dało się nie wyczuć i było to bezcenne doświadczenie.

Wracając do muzyki. Rok temu bodźcem, który zdecydował o wyprawie, był pierwszy w Europie koncert zespołu Sunny Day Real Estate. Tym razem przeważył, może nie tak nieosiągalny, ale jednak - występ Explosions in the Sky, których mam wątpliwość kiedykolwiek zobaczyć nad Wisłą. By uniknąć ignorancji, wybrałam się na inne subiektywnie ważne koncerty. Konkluzje były zaskakujące.

Primavera to przede wszystkim świeżość, młodzi artyści, gwiazdy bieżących sezonów, rozbłyski w kategoriach muzyki alternatywnej. Był i James Blake, wystąpiły panny z Warpaint, nie zabrakło popowych dźwięków Forda i Lopatina, czyli panów znanych z Games, psychodelii Suuns czy nowojorskiego projektu Blank Dogs. W tym roku roiło się też od legend - Suicide, Swans, Einstürzende Neubauten, Echo and the Bunnymen, Pere Ubu... Gdyby młodzież z nimi zestawić, zostałaby dość brutalnie potraktowana. Starzy wyjadacze pokazali, czym na scenie jest doświadczenie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.