Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

174841 miejsce

Patologiczna reklama i problem przestrzeni

W centrum Warszawy na biurowcu przy ulicy Zielnej 37 (przy stacji Metra Świętokrzyska) wisi obrzydliwa reklama. Pod względem estetycznym wszystko wydaje się być w porządku, ale w podtekście tkwi nieznośny przekaz współczesnej propagandy.

Reklama na biurowcu Instytutu Austriackiego przy ulicy Zielnej 37 w centrum Warszawy. Plan pełny. / Fot. Jan Piotr ZiółkowskiMyślę, że przeszedłbym do porządku dziennego nad reklamą wywieszoną przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej (wielkoformatowe plakaty w centrum stolicy stały się niestety normą), gdybym nie zastanowił się nad jej przesłaniem.

Nasza chora logika bezwstydnie obnażona


"Zmień adres: ze Wspólnej [ulicy - przyp. JZ] na Własną" - głosi napis na budynku. Autor reklamy, za co należy mu się chyba szacunek, bardzo inteligentnie zauważył pewien instynkt, coraz to mocniej upowszechniający się wśród mieszkańców miast. Ten instynkt martwi mnie najbardziej. Chodzi o tendencje panujące na rynku mieszkaniowym i doktrynę "prywatności". Wiemy jak wyglądają nowe osiedla w naszych miastach. Są to piękne, ogrodzone "enklawy", można by wręcz powiedzieć "getta" dla tych szczęśliwców, których stać na nowe, własne M. Trudno jednoznacznie określić: kto jest winny? Po części deweloperzy, którzy płoty i inne symbole prywatności uznali za standard, po części klienci, którym zależy na rzekomym bezpieczeństwie i porządku na własnym podwórku. Elementy napędzające błędne koło zamkniętych osiedli.

Jedno z warszawskich osiedli. Bezpieczeństwo, które mają rzekomo zapewnić płoty, okazuje się często fikcją. Z łatwością można przeskoczyć "zabezpieczenie" dzięki donicom stojącym tuż przy płocie. / Fot. Jan Piotr Ziółkowski

Sami pozbawiamy siebie cennej przestrzeni publicznej


Wydaje się, że popadamy ze skrajności w skrajność. W PRL-u w założeniu wszystko miało być wspólne. I chociaż to założenie (wraz z warunkiem "wszystko") niosło ze sobą oczywiste zagrożenia, których Polacy - niestety - musieli doświadczyć, to sama idea nie jest całkiem jałowa. Nie zamierzam w ten sposób rehabilitować ani rozliczać błędów minionej epoki, tym bardziej że z racji wieku nie mam ku temu podstaw. Stary system nauczył nas jednak swoimi wypaczeniami (pokolenie lat 90. przejęło to od swoich rodziców) pogardy dla wartości, do których dziś powinniśmy dążyć.

Jedną z takich wartości jest
wspólnota, ale – jakby negując ją – obłędnie powtarza się: "własne". Nie ma wspólnych parkingów, wspólnych podwórek, wspólnych placów zabaw dla dzieci, wspólnych boisk, nie ma wspólnej dzielnicy. W niektórych fragmentach miasta dojdzie być może niebawem do takiego absurdu jak brak wspólnych parków, wszak już dziś w grodzonych osiedlach projektuje się i buduje piękne skwery. Wszystko jest własne, a gdzie miejsce na wzajemne stosunki sąsiedzkie? Nie myślę o znanym rozróżnieniu na plusy i minusy życia w mieście lub na wsi. Mówiąc krótko: chodzi o przypomnienie sobie o tym, że człowiek potrzebuje dzielić z innymi swoją przestrzeń, gdyż jest istotą społeczną.

Grodzone osiedla na warszawskim Muranowie. Jeszcze kilka lat temu można było przez nie swobodnie przejść. Teraz trzeba czekać na wychodzącego przez bramkę mieszkańca tej "twierdzy". / Fot. Jan Piotr Ziółkowski

Co na to polityka społeczna?


Prywatyzację przestrzeni publicznej można z pewnością uznać za jeden z problemów społecznych, ponieważ bez wątpienia proces ten powoduje sporo zaburzeń w życiu publicznym. Jest to też sprawa dotykająca coraz większą liczbę ludności. Aby rozjaśnić tę kwestię i poddać ją obiektywnej ocenie poprosiłem o opinię mgr Małgorzatę Ołdak z Instytutu Polityki Społecznej UW:

Jakie problemy stwarza zamykanie przestrzeni miejskiej w strzeżonych, prywatnych terenach - przede wszystkim grodzonych osiedlach, a co za tym idzie ograniczanie przestrzeni publicznej?
- Po pierwsze dochodzi do ograniczenia przestrzeni publicznej. Dzielenie wspólnej przestrzeni powoduje, że miasto przestaje stanowić integralną całość, co może powodować różnego rodzaju problemy, w tym m.in. problemy społeczne. Możemy mówić nie tylko o izolacji przestrzennej, ale również o izolacji społecznej osób żyjących poza tzw. gated communities. Z jednej strony możliwość naocznego obserwowania efektów różnić dochodowych, rozwarstwienia społecznego, może u nich powodować wzrost agresji, frustracji, z drugiej oddzielenie mniej zaradnych, uboższych mieszkańców od przedstawicieli innej klasy społecznej, od których mogli by przejąć pozytywne wzorce kulturowe oraz słabe możliwości wspólnego działania w ramach danej społeczności może ograniczać ich szanse na poprawienie swoich warunków ekonomicznych i spowodować utrwalanie się tzw. kultury ubóstwa.
Zamykanie przestrzeni miejskiej powoduje również szereg problemów czysto praktycznych, na przykład utrudnia poruszanie się w obrębie danego terytorium, co jest szczególnie uciążliwe dla osób starszych czy mniej sprawnych, utrudnia dojazd służb ratunkowych.

Pierwsza strona Gazety Wyborczej z 13 września 2006 r. opisująca akcję młodych alterglobalistów skuwających bramki wejściowe grodzonych osiedli łańcuchami. Miało to uświadomić ich mieszkańcom absurdalność płotów. / Fot. Jan Piotr ZiółkowskiCzy w prywatyzacji przestrzeni miejskiej można widzieć zagrożenie dla ludności żyjącej w miastach? Budowanie "miejskich sypialni" dla tzw. klasy metropolitalnej i w konsekwencji jeszcze większe zubożenie lokalnych społeczności, a także zamykanie osiedli i budowę prywatnych kompleksów handlowych.
- Na pewno utrwalają podziały, w pewnym sensie można też mówić o zagrożeniu dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, poprzez izolację różnych grup społecznych zamieszkujących dane terytorium. Z kolei brak społecznie odpowiedzialnego terytorium (a co za tym idzie brak wspólnej chęci działania członków lokalnej społeczności) może utrudniać rozwiązywanie problemów społecznych w sposób oddolny (community based solution). Z jednej strony w tym kontekście możemy mówić o ograniczaniu wolności, praw obywatelskich osób żyjących poza strzeżonymi osiedlami, może nawet o dyskryminacji ekonomicznej, z drugiej jednak zakazanie tego typu zabudowy oznaczałoby ingerowanie w wolność osób, które na to stać i mają na to ochotę.

Jak scharakteryzować te osoby? Czy należy je utożsamiać z klasą metropolitalną?
- Wg prof. Bohdana Jałowieckiego przedstawicielami klasy metropolitalnej są ludzie młodzi, przeważnie nie posiadający jeszcze dzieci, dobrze wykształceni i dobrze zarabiający, a więc ludzie, dla których mieszkanie jest przede wszystkim sypialnią, gdyż swój czas dzielą między pracę i rozrywkę, w obu przypadkach zazwyczaj w centrum miasta, a więc poza obrębem osiedla. Nie zależy im na nawiązywaniu bliższych relacji z sąsiadami, nie czują potrzeby bycia członkiem lokalnej społeczności. Badania na temat poziomu identyfikacji z miejscem zamieszkania mieszkańców Warszawy (przeprowadzone przez ISS UW i WP UW - 2001 r.) pokazały, że najniższy poziom identyfikacji z miejscem mają właśnie mieszkańcy strzeżonych osiedli, najwyższy zaś osoby mieszkające w zabudowie jednorodzinnej.

A oto tworzą się kolejne, prawdopodobnie również grodzone, osiedla. / Fot. Jan Piotr Ziółkowski

Czy istnieje racjonalne rozwiązanie?


Jeśli założymy, że przywiązanie do miejsca, w którym się mieszka, jest miarą komfortu życia w mieście, można rzeczywiście zmartwić się tym, jak wyglądają obecne trendy na rynku mieszkaniowym, ale myśląc rzeczowo: czy da się coś z tym zrobić?
Jak mówi Małgorzata Ołdak, trudno jest mówić o problemie „ludności żyjącej w miastach”, skoro to na jej życzenie powstają strzeżone osiedla. - Jednak odpowiedź na pytania czy rzeczywiście „zamknięte getta” spełnią wszystkie ich (ludności miejskiej - przyp. JZ) oczekiwania i jakie będą społeczno-ekonomiczne konsekwencje dzielenia przestrzeni w dłuższej perspektywie czasowej, powinny stać się przedmiotem analizy naukowej. (…)Dopóki ludzie będą chcieli mieszkać w zamkniętych osiedlach, będą one powstawać; na to nie mamy zbyt dużego wpływu, na pewno warto by się było poważnie zastanowić nad ich usytuowaniem i właściwym wkomponowaniem w politykę miejską, by w jak najmniejszym stopniu ograniczały możliwość korzystania ze wspólnej przestrzeni – podsumowuje Małgorzata Ołdak.

Srożące się płoty otaczające warszawskie osiedle. / Fot. Jan Piotr Ziółkowski

Czy można walczyć z hierarchią wartości?


Oczywiście w naszym kraju mamy wolność przekonań. Nie znaczy to wszakże, że powinniśmy pozostawać obojętni na poglądy, które są według nas szkodliwe dla życia publicznego. Na koniec, wychodząc od tej oczywistej prawdy, skrytykować chciałbym pewien dyktat myślowy, który coraz częściej wkrada się w nasze schematy rozumowania. Mianowicie: tego, co mówi się na forum i co jest podzielane przez większość, nie powinno się krytykować. Współczesne forum nosi jednak tak wiele mitów jak wierzenia starożytnych Greków. Czyżbyśmy nie mieli prawa do prób zmieniania mentalności własnego otoczenia? Jest to, jak się zdaje, ostatnia metoda walki z opisaną przeze mnie patologią.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (24):

Sortuj komentarze:

Na zdjęciu wykonanym przez autora widnieje adres strony internetowej. Na stronie http://www.dombank.pl/dombank/index.jsp?place=Lead07&news_cat_id=115&news_id=48 &layout=4&page=text jest właśnie artykuł o kampanii, jej celu i tym dlaczego tak wygląda, a nie inaczej. Od wejścia na to www trzeba by było zacząć, pozdrawiam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

A jak" reklama pranie mózgu" jak to ktoś śpiewał ....

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak czy inaczej mam wrażenie, że zatytułowanie tekstu "patologiczna reklama" przy błędnej interpretacji samej reklamy jest nadużyciem.

Oczywiście tej reklamie dałoby się zarzucić utrwalanie patologicznego myślenia, ale z całkiem innej strony.
Teoretycznie można by jej było zarzucić, że utrwala w ludziach niechęć do miejsc, w których mieszkają, niezadowolenie z zastanej sytuacji i daje im do zrozumienia, że jedyną drogą wyjścia jest ucieczka, zmiana. Utrwala myślenie "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma" zamiast "ja też tworzę moją przestrzeń".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hmm, zaskoczyła mnie Twoja interpretacja.
Dla mnie ta reklama to zachęta do zmiany mieszkania w bloku (z sąsiadami ze wszystkich stron) na dom. Szczególnie że następnym słowem rzucającym się tam w oczy jest właśnie dom.
A przecież sam zwracasz uwagę na to, co wykazały badania - "że najniższy poziom identyfikacji z miejscem mają właśnie mieszkańcy strzeżonych osiedli, najwyższy zaś osoby mieszkające w zabudowie jednorodzinnej."
Inna sprawa, że reklama oczywiście i tak jest nieco pokrętna. W końcu zmieniając (własne) mieszkanie w bloku i przenosząc się do (kredytowanego, a więc tak naprawdę należącego w dużej mierze do banku) domu zamieniamy własne na wspólne, a nie odwrotnie ;))

Komentarz został ukrytyrozwiń

No cóz - Autor podsumował dyskusje, więc pozwólcie Państwo że wniosę do tego watek nieco lżejszy.

Sprawa osiedli zamkniętych to w jakims stopniu dalekie reminiscencje sporu "Kargulów i Pawlaków" o kawałek miedzy. Tyle mojego i ani na trzy palce nie ustapię.

Niemniej, mając mozliwość, zamieszkałabym na strzeżonym; mimo ogolnego spokoju zdarzylo mi sie wzywac policje, aby zabrała pijaka który w przekonaniu iz trafil pod własne - wzywał pięścia i kopem do otwarcia drzwi "tą za...k...".
Co do reklam - ogolnie szpecą coraz bardziej krajobraz. I w miastach i na poboczach. Jak zwykle przesada we wszystkim.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Totalny Plus! W końcu tekst godny prasy jak ja to nazywam.

Janku wszedłeś na wspólne pole socjologii i geografii. Jedno z moich ulubionych. Właśnie pracuję nad artykułem naukowym o segregacji ekonomicznej strefach podmiejskich

Nie będę się wypowiadał, bo popełnię elaborat... A przysypiam

Tylko kilka uwag:
- Z tego co mi wiadomo to nie istnieje coś takiego jak klasa metropolitalna. Możemy mówić o klasie w przypadku etapu urbanizacyjnego miasta. Klasa obszaru deglomeracji, dezubranizacji lub właśnie urbanizacji (na dorobku).
Ewentualnie proszę o autora tego pojęcia, bo w geografii osadnictwa ani socjologii przestrzeni się nie spotkałem w takim określeniem. Przecież ciągle się uczymy.

Temat reklam vs wspólnot mieszkaniowych poruszony został troszkę w dzisiejszej "Uwadze"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Cóż. Jestem nieuleczalnym idealistą, a to co napisałem, napisałem całkiem serio. I wierzę, że Polska się zmienia na lepsze (jeśli chodzi o Szwajcarię), ale to już inny temat.

Nikogo nie podpuszczam, bo jeśli traktowałbym niepoważnie swoich czytelników, to co mógłbym o sobie powiedzieć jako o dziennikarzu? Już nie przeszkadzam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

no tak, jazda rowerem zakosami to poważny problem i może by tak napisać o tym kolejny tekst.

a poza tym te argumenty, które podaje autor są tak irracjonalne, że zaczynam podejrzewać, że autor czytelników podpuszcza. Trudno mi uwierzyć, że można wierzyć w coś takiego, co nam autor wyłuszcza.

druga Szwajcaria:)))
no piekne:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja powiem tyle - inaczej się myśli będąc facetem z rowerem, inaczej np matką malutkiego dziecka.
I może jak ktoś chce to zdewastuje nawet i teren chroniony jak pentagon - ale dla żuli czasem te osiedla wyglądają na za porządne, by w ogole fatygowali się tam wchodzić - nie wiem, moze zle sie tam czują? W kazdym badz razie zasyfione klatki sa dewawstowane z braku lepszego zajęcia gdy siedzą tam caly dzien - a co innego wypad by coś zniszczyć.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję za komentarze. Pozwolę sobie jako autor jednak zabrać głos w tej dyskusji, choć tekst powinien bronić się sam.

Wszystkie uwagi przyjmuję serio i być może słusznie zarzucana mi jest jednostronność. Cóż, taki był mój zamiar: sprowokować do dyskusji. To mi się chyba udało. Nie był to mój jedyny cel. Mianowicie: podtrzymuję swoją tezę.

Patologia to mocne słowo. Nie chciałbym przez nie zostać opacznie zrozumiany. Patologią nazywam sposób myślenia, a nie jego efekty.

1. Bezpieczeństwo nie jest według mnie argumentem za grodzonymi osiedlami. Po pierwsze "dla chcącego nic trudnego" tzn. ten, kto chciałby rzeczywiście zdewastować wnętrze grodzonego osiedla, ten by to zrobił. Zabezpieczenia są niedostateczne - to oczywiste. Jeśli do tego nie dochodzi, to tylko dlatego, że w takich okolicach mieszkają tylko "dobrzy" ludzie (bez ironii). Po drugie, co jest lepsze: odgradzanie się, czy "wychowywanie" społeczeństwa różnymi metodami? Można zarzucić mi spojrzenie idealistyczne, trudno.

2. Reklama była tylko impulsem. Moim celem nie było ani dociekanie "co autor miał na myśli", ani szkalowanie firmy. Każdy ma prawo do własnej interpretacji.

3. Mieszkam na Bielanach na niestrzeżonym osiedlu z lat 60. Nie boję się wracać wieczorem, nie boję się swojej okolicy i czuję się bezpiecznie. Zdarzają się (rzadko, ale jednak) takie rzeczy jak np. kradzież domofonu, albo porysowana winda, ale wolę czekać aż staniemy się jak Szwajcaria niż mieszkać za kratą.

Do mojej postawy przyczynia się też fakt, że idąc lub jadąc na rowerze przez moje miasto, muszę często koszmarnie wydłużać drogę, żeby dojść do celu omijając płoty. Kiedyś tak nie było.

Nie odpowiedziałem pewnie na wszystkie komentarze, ale za wszystkie dziękuję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.