Pozycja materiału w rankingach:
Wypuszcza pistolet z ręki, wraca do domu, idzie z żoną na zakupy, kąpie synka. Zwyczajny mąż, zwyczajny ojciec. Najpiękniejszy Polak, najpopularniejszy aktor 2006. Paweł Małaszyński.
Jest Pan skromnym człowiekiem, to często dziennikarze po rozmowie z Panem podkreślają...
Fala popularności szybko Pana dopadła. Pan sobie z nią radzi?
– Przyzwyczaiłem się do tego. Spotkania z ludźmi nie są uciążliwe. Tylko spotkania z prasą.
Uciążliwe? Bo ciągle są zadawane te same pytania?
– Tak.
A jakie pytanie chciałby Pan usłyszeć, żeby ten stereotyp zmienić?
–
Właśnie takie pytanie zadaje mi każdy dziennikarz. I ja nie odpowiadam,
bo nie wiem. Teraz muszę udzielać wielu wywiadów. A to w związku z
Telekamerami, a to ze „Świadkiem koronnym”. Powtarza się to samo i
dlatego jest nudne.
Dlaczego dopiero za trzecim razem dostał się Pan na studia?
– Nie ma recepty na to, żeby się dostać do szkoły. Chyba że masz plecy (śmieje się
).
Aktor jest z natury odrobinę próżny. Porażka musi boleć.
– Ja
się dobrze bawiłem na egzaminach. Jak się nie udawało, mówiłem –
trudno. Miałem dzień, dwa goryczy. A potem brałem się za siebie. I
przygotowywałem do następnego egzaminu. Ze swoich porażek wyciągam
wnioski. I staram się ich nie powtarzać. Czasem coś nie wyjdzie. Ale
nie wolno się załamywać. Trzeba wstać i biec. Z drugiej strony, zdaję
sobie sprawę, że dzisiaj przeprowadzamy wywiad, a za rok już nikt nie
będzie o mnie pamiętać. Tak jest w tym zawodzie.
Tak może być.
– Pewnie, że tak. Ja jestem młody, dopiero cztery
lata po szkole aktorskiej. Ale za chwilę wszystko mogę stracić. Nigdy
jednak nie zabiegałem o sukces czy sławę. Ja się chciałem w tym
zawodzie znaleźć i robić takie rzeczy, które mnie w nim interesują.
Popularność to przyjemny dodatek.
Najpiękniejszy Polak 2005 roku. Ten tytuł to chyba ciężki balast?
– Nie. Dlaczego?
Tak sobie Pan to przyjmuje?
– To jak z Telekamerą. Kolejna nagroda. Przyznają widzowie, czytelnicy i ja się z tego cieszę. Dzień, dwa...
I spływa jak po kaczce?
– Fajnie jest dostać taką nagrodę.
Chociaż niektórzy mówią, że to wiocha, kicha. Ja tak nie uważam. Dla
mnie to przyjemna nagroda, ale zaraz wraca codzienność. I trzeba
przestać się sobą zachwycać. A dalej ciężko pracować.
Pan często powtarza, że sukces, popularność to nie jest ważne. Najważniejsze, że ma Pan dla kogo żyć.
–
To też jest ważne. Tylko chodzi o to, żeby nie przekroczyć cienkiej,
czerwonej linii. Żeby nie oszaleć z tego powodu. Ale rzeczywiście moim
wentylem bezpieczeństwa jest rodzina. Jak mnie o to pytają, to mówię –
jestem normalnym facetem, który po pracy idzie do domu, kładzie syna
spać. Najpierw go wykąpie. A jeżeli mam wolne, to idziemy na sanki albo
na zakupy z żoną. Najnormalniejsze życie, jakie sobie można wyobrazić.
Żadnego wielkiego halo.
Ale żyjemy w takich czasach, że słowo gwiazda nabrało wręcz histerycznego rozmiaru.
–
Ja nie jestem gwiazdą. Popularny – tak. Ale naklejka gwiazda do mnie
kompletnie nie pasuje. Zresztą umówmy się, że gwiazda nie pasuje do
rynku polskiego.
Dlaczego?
– Bo to za mały rynek.
I ubogi? Gwiazda musi dużo zarabiać?
– To nie jest sprawa zarabiania wielkich pieniędzy, tylko wzbudzania pewnego rodzaju emocji.
A Pan nie wzbudza emocji?
– Kiedy ja słyszę słowo gwiazda, to robię się taki mały.
Ciekawa jestem, czego Panu brakuje. Tylko proszę nie mówić, że wolnego czasu. Bo tak wszyscy odpowiadają.
–
Ale to prawda, że wolnego czasu. Chciałbym móc być przez dwa, trzy
tygodnie tylko z rodziną. I mieć święty spokój. Wyrzucić telefon
komórkowy. Naprawdę. Bardzo mi tego trzeba.
Jak Pan reaguje na stworzoną w mediach rywalizację między Panem a Maciejem Zakościelnym?
– Co? Myślałem, że może chodzić o Borysa Szyca. Ale o Zakościelnego? Nie rozumiem.
Albo porównują Pana do Keanu Reevesa. I gra w filmie, i śpiewa jak Pan.
– Nie, no pierwszy raz słyszę takie rzeczy. To cała prasa. Doklejają jakieś legendy. Tworzą mity.
To chwilowa moda.
– Dla mnie to czysta głupota. Wymyślanie
jakichś niestworzonych rzeczy na temat pewnej osoby. Ja tego kompletnie
nie rozumiem. Ale jak chcą się w tym babrać, niech się babrzą. Po mnie
to kompletnie spływa, jak woda.
Za co Pan lubi aktorstwo?
– Za możliwość poznawania nowych
ludzi i samego siebie. Tak naprawdę w aktorstwie trzeba lubić grzebanie
w sobie. A ja to lubię. Poza tym za możliwość kreowania różnych
postaci, którymi nigdy nie będziesz. I za możliwość poznawania różnych
miejsc, w których nigdy nie byłem i nie byłbym, gdyby nie aktorstwo.
Jest Pan odporny na krytykę? Jeśli się taka zdarzy. Bo do tej pory był Pan raczej głaskany.
–
Nieprawda. Wiele osób mnie krytykowało. Każdy ma swoich fanów i
krytyków, którym nie będę się podobać jako aktor i człowiek. Ja się do
tego przyzwyczaiłem. Nie mogę więc wpadać w histerię po każdej
krytycznej wypowiedzi. Ja też oceniam innych aktorów, widząc ich grę w
filmie, serialu czy teatrze. Nie oceniam tylko ich życia prywatnego. Z
butami w cudze życie nie wchodzę. I uważam, że nikt nie ma prawa
wchodzić w moje.
Dziennikarze oszczędnie w Pana życie wchodzą. Bo nic się nie dzieje.
–
Dlatego, że są źle poinformowani, wypisują same pierdoły, w stylu, że
kupiłem mieszkanie na jakimś osiedlu. Przeczytałem nawet, że mam córkę,
a nie syna. Ja mam z tego tylko czysty ubaw. I propozycję dla nich –
niech się zajmą swoim życiem.
Ale to nie jest jeszcze bolesne wchodzenie z butami. Bulwarówki mogłyby napisać, że Pan wyszedł z klubu i się przewrócił.
–
No i co z tego? Ja bym nie miał z tym żadnego problemu. Wyszedłem,
byłem nawalony, to się przewróciłem. Przecież jestem tylko człowiekiem.
Pozazdrościć takiej konstrukcji psychicznej.
– Ja się tego nauczyłem. Gdybym miał się wszystkim przejmować, co napiszą, to bym zmarł na zawał serca.
Nie stracił Pan przyjaciół z powodu popularności?
– Dla mnie to
rzeczy niepojęte. Może są tacy, którym woda sodowa uderza do głowy i
zapominają o rzeczach najważniejszych. Ale w moim przypadku tak się nie
dzieje. Ja jestem krawężnikiem z Białegostoku. Tam są moje korzenie,
tam się wychowałem. Tam mam przyjaciół i znajomych, do których wracam.
Zdecydowałby się Pan na reklamę?
– Nie mam nic przeciwko. Pojawiają się propozycje. Ale one mnie nie satysfakcjonują ze względu na produkt.
Cóż to, pasta do zębów?
– Nie będę mówił, o jaki produkt
chodzi. Ale zawsze to, co robię, musi być wobec mnie fair. Jeżeli coś
mi mówi, że to nie dla mnie, to tego nie robię. Nie mogę czegoś wziąć
tylko dla pieniędzy. Bo one są ważne, ale nie najważniejsze. Lubię rano
wstać i spojrzeć w lustro.
I powiedzieć sobie – jest dobrze?
– Tak, że jestem wobec siebie
fair. Zagrałem w tym i w tym i jest dobrze. A reszta już nie należy do
mnie. I jeżeli się zdarzy fajna reklama za fajne pieniądze, to dlaczego
nie?
Zobacz także:
"Gorący" Zlot Morsów w Mielnie [Zdjęcia]
(odsłon: +849)