Czy po ataku w Łodzi coś się zmieni w polskiej polityce?- Ta tragedia wymaga przede wszystkim głębokiego współczucia wobec rodzin, bliskich i współpracowników ofiar ataku. Gdy jednak spojrzymy na nią z szerszej perspektywy, widać, że może być ona swoistym detonatorem procesów, które dzisiaj nawet trudno sobie wyobrazić.
Co Pan dokładnie ma na myśli? Uważa Pan, że Ryszard C. może znaleźć naśladowców?- Mogą rozpocząć się różne procesy. Jeśli spojrzymy na to nie z perspektywy politycznej, ale od strony badań społecznych, socjologicznych, to musimy zauważyć, że w wielu krajach odnotowywano po podobnych, głośnych, a jednocześnie tragicznych zdarzeniach pojawienie się fali naśladowców. Dotyczyło to zarówno samobójstw, jak i zabójstw. Natomiast w wymiarze politycznym jest to wielkie wyzwanie - egzamin dojrzałości dla wszystkich, którzy uczestniczą w polityce.
Chyba raczej średnio jest tym razem ze zdawalnością tego egzaminu?- Też jestem rozczarowany. Zwłaszcza debatą parlamentarną na temat ataku w Łodzi. Zabrakło w niej poszukiwania sposobu na złagodzenie wywołanych tą tragedią emocji. Ta debata była więc zupełnym niepowodzeniem. Niefortunny był też dobór osób do jej prowadzenia.
Mówi Pan o prezydium Sejmu czy raczej o przedstawicielach klubów parlamentarnych?- W takich okolicznościach pojawia się pytanie, czy staramy się łagodzić, czy eskalować napięcie. Niestety - w tej materii można było zaobserwować bardzo różne postawy. My w PSL zawsze zwracaliśmy uwagę na to, jak ważne są dialog i porozumienie. Bez zagłaskiwania różnic, ale też bez agresji. Zawsze było to oceniane jako mało widowiskowa metoda prowadzenia polityki - ale dla nas było to bardzo poważne. Bo tak traktujemy politykę. Natomiast podczas tej debaty można było odnieść wrażenie, że pomimo łódzkiej tragedii, pomimo dramatu, po prostu "show must go on". Że ani na chwilę nie zostanie przerwana polityka pustej konfrontacji.
Próbował ją chyba przerwać premier podczas pierwszej konferencji po łódzkim ataku.- Premier podjął taką inicjatywę. Ale na szefach partii spoczywa też obowiązek ustawienia swoich ludzi. W PSL mamy dość demokratyczną strukturę - a jakoś wszyscy nasi posłowie powstrzymują emocje na wodzy, powściągają język. Natomiast w partiach mających do tej pory charakter wodzowski obserwowaliśmy wyjątkowo szeroki wachlarz zachowań i wypowiedzi - od tych powielających zachowanie przewodniczącego czy prezesa aż po skrajnie eskalujące napięcie, rozbuchujących emocje. To się dzieje przecież z cichym przyzwoleniem szefów partii.
Ten opis pasuje bardziej do PO. To tam Stefan Niesiołowski czy wcześniej Janusz Palikot są większymi radykałami niż premier. W PiS jest raczej na odwrót - prezes narzuca ton, a nikt nie próbuje go przebić.- Powiedzmy, że Platforma stosuje tu bardziej naukowy podział pracy. Są różne style przywództwa. Kaczyński woli osobiście poprowadzić bitewną szarżę. A Donald Tusk zarządza ruchami partyjnych wojsk, raczej stojąc na górce. Ale mówiąc całkiem poważnie - w tych okolicznościach warto też więc zastanowić się nad funkcjonowaniem partii, tak by wewnętrzne mechanizmy rozwijały demokratyczne postawy także wewnątrz partii. Bo może to by nas uchroniło od różnego rodzaju skrajnych postaw.
Może tym razem więcej winy jest jednak po jednej ze stron?- Nie moją rolą jest dokonywanie ocen. Natomiast prawdziwa polityka powinna się opierać na dociekaniu prawdy i poszukiwaniu dobra. Jeżeli sprowadza się wyłącznie do wyrazistego nazywania rzeczy, przestaje mieć sens. Warto tu przywołać słowa pewnego doktora socjologii, który kilka lat temu sformułował doktrynę "gdzie dwóch się bije, tam każdy korzysta". Socjolog wprawdzie popadł w niełaskę, ale doktryna pozostała aktualna. I widać, dokąd prowadzi. Od 2005 roku polską polityką rządzi strategia nieustającej bijatyki dwóch partii. Wielkiej kłótni, na której koncentrowały one i zagospodarowały uwagę całej opinii publicznej. Przy tym jednak takie zjawiska uwalniają emocje, które w pewnym momencie stają się naprawdę trudne do opanowania. Dziś chyba mamy do czynienia z taką sytuacją. I dla polityków powinien to być moment poważnej refleksji.
A może dzwonek alarmowy?- Istnieją pewne punkty przełomowe, od których procesy dotąd przebiegające niemal niewidocznie nabierają charakteru lawinowego. Efekty mogą być bardzo trudne do naprawienia czy wręcz nieodwracalne. W takich momentach, kiedy dochodzi do zbrodni, katastrofy, tworzą się ogromne emocje. A pamiętajmy, że mamy do czynienia jednak ze szczególnym ciągiem wypadków - od katastrofy smoleńskiej, przez tragedię w Drzewicy, aż po ostatnie wydarzenia. To naprawdę sprzyja tworzeniu się postaw skrajnych. I dlatego w takich okolicznościach trzeba bardzo dużej odpowiedzialności ze strony polityków, ale także obywateli.
Czytaj więcej:
Polska Times