Facebook Google+ Twitter

Pęczak wyjdzie z aresztu za 400 tys. zł kaucji?

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-12-17 12:04

Wszystko wskazuje na to, że Andrzej Pęczak, były poseł i łódzki "baron" SLD, po dwóch latach zamknięcia w łódzkim Areszcie Śledczym wyjdzie na wolność po wpłaceniu przez rodzinę 400 tys. zł poręczenia majątkowego.

fot. Dziennik ŁódzkiDecyzja Sądu Apelacyjnego zapadnie 20 grudnia (kaucja dotyczy sprawy związanej z prywatyzacją sektora energetycznego). Tego samego dnia zacznie się jednak trzeci "wielki" proces Pęczaka, w którym jest oskarżony o przyjęcie łapówek od biznesmenów Andrzeja i Zbigniewa Gałkiewiczów. Drugi proces - o narażenie na straty WFOŚ w Łodzi - już się toczy.

Po wyjściu z łódzkiego aresztu Pęczak najpewniej zaszyje się w swojej willi w Żabiczkach. Wprawdzie została ona zajęta przez prokuraturę na poczet przyszłych kar, ale - jak zaznaczają obrońcy byłego barona - oznacza to tylko (i aż) tyle, że ich klient może mieszkać w swoim domu, ale nie może go sprzedać.

Tak samo nie będzie mógł spieniężyć 6-letniego samochodu subaru, ani skorzystać ze swoich kont bankowych. Osoby znające Pęczaka twierdzą jednak, że mimo zajęcia majątku przez prokuraturę, nie narzeka on na brak gotówki, skoro stać go na troje adwokatów. Zapewne mają rację. Tym bardziej, że prokuratura zarzuciła byłemu posłowi, iż ze swojego konta bankowego zdążył w ostatniej chwili pobrać milion złotych i nie wiadomo, gdzie je ulokował.

Gorzej ze zdrowiem

Tak więc po wyjściu z aresztu Pęczak raczej nie musi troszczyć się o gotówkę. Gorzej za to ze zdrowiem. - To, że nasz klient jest chory, widać gołym okiem - podkreślają obrońcy. - Cierpi na schorzenia neurologiczne. Ma też dolegliwości kręgosłupa, które są następstwem dwóch wypadków drogowych i upadku z drabiny. Ponadto ma kłopoty ze wzrokiem i w areszcie często chodzi w ciemnych okularach.

Podczas pobytu w areszcie przy ul. Smutnej były baron zmienił się nie do poznania. Schudł osiemnaście kilogramów, jest zaledwie cieniem dawnego wojewody łódzkiego i wiceministra skarbu, którego zaokrągloną sylwetkę pamiętamy z telewizji i zdjęć prasowych. Wprawdzie w areszcie przepisano mu dietę, ale...

- Jak ma zachować dietę, skoro dają mu białą bułkę z kaszanką i pasztetem? - pytają adwokaci aresztowanego. - Dlatego nasz klient prosił o sucharki, puszki z warzywami i maszynkę elektryczną, na której sam mógłby przygotowywać posiłki.

Kolizja na piętrowej pryczy

Kilka dni temu Pęczak boleśnie upadł. Zdaniem obrońców, upadł z piętrowej pryczy, na której sypiał, choć wcześniej wielokrotnie prosił o pryczę na dole. Wersja służby więziennej jest nieco inna. - Andrzej P. zgłosił podczas rannego apelu, że o godzinie 4.30, schodząc z łóżka na piętrze, nastąpił nogą na taboret, który się zachwiał i przez to uderzył się głową o metalowy brzeg łóżka - wyjaśnia podporucznik Krystian Sobczak, rzecznik Aresztu Śledczego przy ul. Smutnej. - Osadzony trafił do lekarza, który stwierdził powierzchowną ranę na prawym łuku brwiowym. Ze wstępnych ustaleń wynika, że było to zdarzenie przypadkowe, bez udziału innych więźniów (w celi przebywa pięć osób).

Krystian Sobczak poinformował nas także, że przed wypadkiem były poseł zajmował zarówno dolne, jak i górne prycze, w zależności od tego, które były wolne.

Ławy pełne oskarżonych

W ostatni czwartek Pęczak zjawił się na kolejnej rozprawie w łódzkim Sądzie Okręgowym, w którym razem z Waldemarem Matusewiczem, byłym prezydentem Piotrkowa Trybunalskiego, i 21 innymi oskarżonymi, odpowiada za narażenie Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Łodzi na straty w wysokości 42 mln zł. Według prokuratury, Pęczak był jednym z głównych pomysłodawców, aby WFOŚ kupił akcje Banku Częstochowa SA. Doszło do dziwnej transakcji: fundusz kupił akcje banku, przepłacił i stracił... 28 mln zł. Do dziś prokuratura głowi się, gdzie podziały się te pieniądze.

Przypomnijmy, że Pęczak był pierwszym posłem III RP, który został aresztowany. W listopadzie 2004 roku trafił za kratki za ujawnienie - według prokuratury - szczegółów prywatyzacji sektora energetycznego w Polsce w zamian za gigantyczne łapówki od lobbysty Marka Dochnala. Prokuratura twierdzi, że byłemu posłowi jest w stanie udowodnić przyjęcie co najmniej 820 tys. zł korzyści majątkowych. Wśród nich było prawo do użytkowania luksusowego mercedesa.

Gdy Pęczak przebywał już w areszcie, prokuratura zajęła się jego trzecią - po WFOŚ i "energetyce" - dużą sprawą. Chodziło o jego kontakty z rodziną Gałkiewiczów, od której miał brać pieniądze, a w zamian obiecywać, że załatwi jej legalizację dwóch hal targowych pod Rzgowem. Pieniądze (40 tys. zł) miały trafić na kampanię wyborczą SLD, ale poszły najpewniej do kieszeni posła. Przed sądem Pęczak odpierać też będzie oskarżenia dotyczące tego, że swojej żonie Dagmarze i swojemu kierowcy Zdzisławowi P. załatwił fikcyjne, ale dobrze płatne zajęcia w Urzędzie Marszałkowskim w Łodzi, Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Łodzi, Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, a nawet w prywatnej firmie budowlanej Varitex.

W najbliższą środę na ławie oskarżonych Sądu Rejonowego w Łodzi zasiądzie oprócz Pęczaka dziesięć osób, wśród nich żona Dagmara, Waldemar Matusewicz, Andrzej P., udziałowiec łódzkiego Widzewa, i Mirosław Czesny, były prezes tego klubu piłkarskiego.

Zaczęło się od... Tatarstanu

Jak doszło do kontaktów byłego posła ze rzgowskimi biznesmenami, którzy są potentatami w hodowli roślin ozdobnych? Śledczy ustalili, że Andrzej i Zbigniew Gałkiewiczowie poznali Pęczaka w 1996 roku, kiedy jako wojewoda łódzki przyjechał do Rzgowa z wicewojewodą Mirosławem Marciszem i... delegacją z Tatarstanu. Potem nastąpiła przerwa w kontaktach, zaś od 2000 roku bracia Gałkiewiczowie zaczęli spotykać ówczesnego posła SLD na uroczystościach organizowanych przez ich wspólnego znajomego - Wojciecha S. z Konstantynowa. Inne spotkania miały miejsce w łódzkich restauracjach Orfeusz i Spatif, gdzie bawiono się na imieninach Andrzeja i Dagmary Pęczaków.

W końcu 2001 roku w domu Wojciecha S. w Konstantynowie doszło do spotkania, w czasie którego Pęczak miał otrzymać od Zbigniewa Gałkiewicza kopertę z 40 tys. zł. Poseł nie przeliczył pieniędzy i nie pokwitował. Schował je i zapewnił biznesmena, że zajmie się sprawą jego hal.

Potem jednak oznajmił braciom Gałkiewiczom, że w ich hali, gdzie trwały jeszcze prace budowlane, chciałby uruchomić restaurację. Mówił, że żona nie ma pracy, jest z tego powodu zdesperowana i prowadzenie lokalu dobrze by jej zrobiło. W odpowiedzi Zbigniew Gałkiewicz zaproponował Pęczakowi, aby został wspólnikiem obu braci i w jednej trzeciej wyłożył pieniądze na prowadzenie całej hali. Poseł oznajmił, że rozważy tę propozycję, ale do interesu z Gałkiewiczami nie przystąpił.

Łowca świerków

Za to nastąpił ciąg dalszy kontaktów. Prokuratura ustaliła, że 22 października 2002 r. baron SLD przyjechał do siedziby Centrum Polros SA w Rzgowie i od Grażyny i Zbigniewa Gałkiewiczów zażądał 20 tys. zł na ulotki na kampanię wyborczą swojego partyjnego kolegi Krzysztofa Jagiełły, który ubiegał się o fotel prezydenta Łodzi.

Gałkiewiczowie oznajmili mu, że pieniądze na ten cel przekazali już innym działaczom SLD: Tomaszowi Rosłońskiemu i Markowi Klimczakowi. Gdy Pęczak to usłyszał, bardzo się ponoć zdenerwował. Na dodatek bracia przypomnieli mu, żeby wreszcie zajął się sprawą ich hal.

Poseł to obiecał, zaś Grażyna Gałkiewicz pojechała do biura przy hali i przywiozła 10 tys. zł, które wręczyła Pęczakowi. Ten nie ukrywał irytacji, że kwota jest nie taka, jakiej oczekiwał. Niemniej rozejrzał się po sklepie i zażądał "rekompensaty" w postaci drzewek ozdobnych. Wybrał okazałą, dwumetrową sosnę bonsai i pięć srebrnych świerków. Dwaj pracownicy Gałkiewiczów zawieźli drzewka do Żabiczek i wkopali je w ogrodzie przy willi Pęczaka.

Pilne spotkanie

Według naszych informacji, wkrótce po tym wydarzeniu poseł zadzwonił do Gałkiewiczów i poprosił o pilne spotkanie. Przyjechał do ich domu i oznajmił, że już nie może im pomóc. Dał do zrozumienia, że coś się wydarzyło, ale nie powiedział, co. Poradził zaskoczonym Gałkiewiczom, aby nie przychodzili do jego biura poselskiego, bo to może im jedynie zaszkodzić.

Powiedział też, że w sprawie ich hal z pewnością pomogą im poseł Zbigniew Kaniewski z SLD oraz Andrzej Pawelec i Mirosław Czesny. Poradził, aby przychodzili na mecze Widzewa, gdzie w loży honorowej zasiadają przełożeni urzędników, od których decyzji wiele zależy. Gałkiewiczowie zastosowali się do porad, ale sprawa hal nadal stała w miejscu. W tej sytuacji 15 lipca 2004 roku wybrali się do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Łodzi i opowiedzieli, jak od lat byli "dojeni" przez notabli.
Wiesław Pierzchała

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.