Facebook Google+ Twitter

Pejzaż ekstraklasy

Jakość rywalizacji o tytuł była wyższa niż ostatnimi laty, a pasjonująca walka o utrzymanie rozstrzygała się do ostatniego gwizdka. Na naczelną wartość ligi wyrasta trzymanie widowni w napięciu.

 / Fot. Rick Dikeman, CC 3.0Posługując się ulubionym zwrotem prezesa Bogusława Leśnodorskiego, to był dla Legii "mega" udany sezon. Biały dym unoszący się wczoraj nad stadionem uświęcił z jednej strony akt zbezczeszczenia odstępującego tronu Śląska, z drugiej przemawiającą do wyobraźni manifestację własnej siły.

Jakim mistrzem jest Legia? Na pewno bardziej wyrazistym niż dwójka poprzedników, którym do tytułu wystarczyło najmniej punktów w najnowszej historii rozgrywek. Na pewno skutecznym pod bramką rywali, bo 59 razy (jak powiedział na jednym z treningów Jan Urban: "na bramkę to się strzela, a nie uderza") nie trafił nikt od czasów Wisły z sezonu 2007/2008. Na pewno skutecznym we własnym polu karnym, bo mimo że czasem poświęcała defensywę kosztem ofensywy i straciła więcej bramek niż w poprzedniej, nieudanej kampanii, to 14 meczów zakończyła na zero z tyłu, do spółki z Lechem najmniej w lidze.

Można wymienić drużyny, które na pojedynczych etapach sezonu może i szybciej operowały piłką, grały z większym rozmachem, nie musiały notorycznie odrabiać strat, ale nie było zespołu bardziej regularnego i skuteczniejszego, starającego się dochować wierności własnej koncepcji niezależnie od tego, jaki wynik i którą minutę pokazuje boiskowy zegar. Niespodziewane 0:2 z Piastem już po 30 minutach - dalej gramy swoje, akcja po akcji. Pozorna kontrola nad wydarzeniami na boisku w derbach na Konwiktorskiej i niespodziewana strata bramki w końcówce - nie szkodzi, błyskawicznie odpowiemy, jesteśmy lepsi. Emocjonalny chłód i zdrowy dystans do rzeczywistości - to różni Legię Urbana od Legii Skorży, Legię pewną swoich celów, oswojoną z rola dominatora od Legii przestraszonej zrobienia kolejnego kroku, zgubnie egalitarnej.

Dziewiąty tytuł w historii, po który legioniści zmierzali interwałem, mieszając chód, trucht i sprint, jest dziełem zbiorowym. Na początku i końcu sezonu punkty zapewniały bramki Marka Saganowskiego, w środkowej fazie rundy jesiennej o wynikach decydowali Danijel Ljuboja i Jakub Kosecki. Wiosną najważniejsze bramki strzelał odrodzony Ivica Vrdoljak: w ostatniej minucie derbów z Polonią, na 1:1 w trudnym meczu z Pogonią, która po szybkim objęciu prowadzenia zabarykadowała się pięcioma obrońcami oraz tą z Lechem, o największym ciężarze gatunkowym od siedmiu lat.

Pól minowych, na których mógł się polec cichy bohater sezonu Jan Urban, było kilka: Enklawagate, zmiany w zarządzie klubu i nowe, wręcz prekursorskie wizje prezesa, wkomponowanie do składu nowych nabytków bez naruszenia dopiero wykształcającej się tożsamości i umiejętność wprowadzenia młodych, zdolnych, ale już piłkarsko dojrzałych Łukasika, Furmana i Koseckiego. Do tego dochodzi gra na dwóch frontach, co nie jest oczywistością dla każdej polskiej drużyny.

* * *

Świeżo upieczony pucharowicz z Gliwic swoje miejsce zawdzięcza regularności (24 punkty jesienią, 22 wiosną), kadrowej równowadze i opanowaniu Marcina Brosza. Nie każdy trener miał przyjemność usłyszeć, że pracuje w klubie za krótko, a wygląda na to, że 40-letni szkoleniowiec raczej nie będzie zmuszony do korzystania z usług dewelopera w najbliższych latach. Piast nie popadł w euforię po swoim najlepszym sezonie i realnie ocenia sytuację. Z ust piłkarzy i sztabu szkoleniowego w kontekście występów w Europie najczęściej pada słowo "godność". Większość naszych eksportowych przedstawicieli po swoich zawstydzająco krótkich występach nie była upoważniona do jego używania.

* * *

Co by nie mówić, Polonia doskonale sprawdzała się w roli dostarczyciela rozrywki, pełniąc rolę nadwornego klauna ligi. Jak nie właściciel-narwaniec, to właściciel-bankrut. Jak nie klub Kokosa, to ostentacyjne wyjazdy ze zgrupowań i sprawy sądowe o rozwiązanie kontraktu. Były pieniądze, nie było wyników, nie było pieniędzy, wyników tez specjalnie nie było. Szósta lokata niby nie zła, ale gdzie tu szukać powodów do zadowolenia. Na Konwiktorskiej rusza wyprzedaż i jak ktoś już zauważył, Ireneusz Król może okazać się jedynym właścicielem, który zarobi na inwestycji w klub. Litości... Sympatykom Polonii za komuny było źle, za demokracji niewiele lepiej, a i monarchia się nie sprawdziła.

* * *

Ile znaczy wizerunek. Śmiało można założyć, że przeciętnemu konsumentowi ekstraklasy Korona kojarzy się pozytywnie. Jest charakterystyczna, zostawia na boisku (i w szpitalu) dużo zdrowia, przywróciła właściwe znaczenie terminowi "męska gra", chce jej się chcieć często bardziej od reszty stawki i generalnie "nie pęka". Tego rodzaju wysiłek wystarczył na zajęcie 11 miejsca. Natomiast taka Lechia, słusznie utożsamiana z przeciętniactwem, rzadko wykazująca ochotę do choćby minimalnego uporządkowania swojej gry i nie dająca się przewidzieć (vide: 3:0 na wyjeździe z Zagłębiem, po czym 0:2 u siebie z Górnikiem), kończy sezon w pierwszej połowie tabeli.

* * *

Na nominację najmniej wyrazistej i jednocześnie najbardziej nieprzekonywującej drużyny bezapelacyjnie zasłużył Ruch, dysponujący wysokim natężeniem drwali na metr kwadratowy. Chorzowianie postanowili udowodnić za wszelką cenę, że poprzednie dwa udane sezony były dziełem do spółki przypadku i Waldemara Fornalika. Jacek Zieliński pewnie właśnie układa akapity listu dziękczynnego do właściciela Czarnych Koszul, bo tylko dzięki jego szachrajstwu zawdzięcza ligowy byt. Żal było patrzeć. 15 porażek i 48 straconych bramek (najwięcej) mówi samo za siebie.

* * *

Spoglądając na tabelę okiem technokraty, dochodzi się do wniosku, że Bełchatów nie miał prawa nie spaść. W normalnych okolicznościach, drużynę, która wygrywa ledwie siedem meczów strzelając 24 bramki, żegna się z ulgą, życząc jak najdłuższego okresu separacji od ekstraklasy. Z GKS-em jest inaczej. Po beznadziejnej jesieni i wstrząsach wtórnych wywołanych fatalnym zdiagnozowaniem sytuacji przez zarząd (zwolnienie Kamila Kieresia, rozkręcenie karuzeli z trenerami i w końcu powrót do punktu wyjścia), bełchatowianie nadzwyczajnie odbudowali swoją grę. Wiosną, z ekipami z miejsc 1-6 zdobyli 11 punktów nie przegrywając ani razu. Tylko Legia i Lech traciły mniej bramek. Trudno wyobrazić sobie bardziej romantyczną katastrofę.

* * *

Pokolenie lat 70., dodające rozgrywkom kolorytu i elegancji, definitywnie schodzi ze sceny. Reiss, Djurdević, Vuković, bracia Żewłakow, Ljuboja, Kiełbowicz, Kosowski, Frankowski - bez względu na ich zróżnicowany wpływ na grę, liga będzie uboższa o wymiar osobowościowy, można wręcz powiedzieć, że suma inteligencji na boisku gwałtowanie spadnie. Kamil Kosowski zapytany o swoich następców w Lidze Plus Extra nie był w stanie nawet dyplomatycznie milczeć. "Nie widzę takich" - odpowiedział.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Dokładnie cóż miało się zmienić .?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Poziom polskiej piłki brutalnie weryfikują występy w europejskich puchar oraz reprezentacji...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.