Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

167758 miejsce

Pejzaż post(nie)aborcyjny z Rumunem w tle

Uprawianie seksu bez zabezpieczenia jest jak pozowanie do wylotu lufy na poligonie wojskowym. I choć ze świecą szukać takiego, który chciałby na ochotnika zostać kaczką do odstrzału, wielu kocha się, ryzykując trafienie.

Nawet pozornie oczywista korelacja wieku i rozumu w sferze miłosnych uniesień często nie występuje. Różnica między tokiem myślenia 17-latków i 25-latków jest nieraz żadna, a czasem nawet młodszy osobnik wykazuje się większą odpowiedzialnością. Bo mimo że w kwestii niechcianych ciąż cała nagonka skierowana jest tradycyjnie na bardzo młode niewiasty, problem ten jest także aktualny w środowisku 20- i 30-latek.

 / Fot. AKPAMoja jak najbardziej nie planowana ciąża przytrafiła mi się w wieku lat 24. Z samego faktu, że byłam wtedy studentką zagranicznej uczelni, można byłoby wywnioskować, że posiadam co najmniej średni poziom inteligencji, a w związku i z czym - roztropności. Teoretycznie. Dałam się porwać w miłosny tan w charakterze tej nieszczęsnej kaczki. No i cóż, oberwałam.

Co ciekawe, absolutnie nie podejrzewałam, że jestem w stanie błogosławionym. Dopiero dwie wyraźnie zarysowane kreski testu, który zrobiłam raczej w celu uspokojenia mojego ówczesnego chłopaka niż po to, by uspokoić samą siebie, dały mi do myślenia. A było to myślenie chaotyczne i pełne paniki. Byłam niedoszłą panią inżynier produkcji, mieszkającą w duńskim akademiku, utrzymującą się z dorywczej pracy i zakochaną w rumuńskim studencie. Niedługo miałam wkroczyć w już drugie ćwierćwiecze swojego życia, ale tak naprawdę nie miałam nic stabilnego.

„Rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu”

Umówiłam się na wizytę do lekarza rodzinnego, modląc się w duchu, że moja ciąża to pomyłka. Przed wizytą obsesyjnie szusowałam po internecie sprawdzając, jakie są szanse, że test mógł się mylić. Pokrzepiałam się w myślach opowieściami moich koleżanek, które słyszały od kogoś, że ktoś słyszał od kogoś, że jednej dziewczynie test wykazał stan błogosławiony, a okazało się, że miała po prostu rozregulowaną gospodarkę hormonalną organizmu. Tak więc „Rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu” stała się moim nowym orężem w walce przeciwko popadnięciu w szaleństwo.

Przydzielonego mi duńskiego lekarza (każdy student zagraniczny dostaje w Danii prawo do lekarza i do darmowej opieki medycznej), sympatycznego pana po 50., nie widziałam nigdy wcześniej na oczy. Tym bardziej krępowała mnie cała wizyta. Posłusznie przyniosłam do analizy produkt mojej porannej łazienkowej aktywności, a pan doktor wykorzystał go w sobie znany sposób i po minucie ogłosił werdykt. Pozytywny. - Ale może rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu - próbowałam wymamrotać, lecz lekarz był bezlitosny. Ciąża.

Zaczęłam się zbierać do wyjścia próbując uspokoić moje walące histerycznie jak gołąb w klatce serce i równocześnie zastanawiając się, w jaki sposób oznajmić nie radosną nowinę mojemu chłopakowi, czekającemu na korytarzu, kiedy lekarz zatrzymał mnie zdziwiony. Wizyta wcale nie dobiegła końca, bo przecież miałam oznajmić, co zamierzam zrobić. - A cóż mogę zrobić? - spytałam niemal filozoficznie. Byłam przecież Polką, a w Polsce można tylko urodzić. Jak się jednak okazuje, Dania, to nie Polska. Pan doktor, głosem czysto urzędowym oznajmił mi, że jeżeli chcę dokonać aborcji to prawdopodobnie może się to odbyć już w następnym tygodniu. Zostanie mi zaaplikowana tabletka. Widząc moja zdezorientowana minę, dodał, że jeżeli potrzebuję więcej czasu na decyzję, to ostatecznym terminem jest styczeń, gdyż w Danii zabieg aborcyjny można przeprowadzać do momentu, gdy płód nie ukończył 12 tygodni. I mam do niego zadzwonić, to mi zarezerwuje miejsce w szpitalu. Wiem, że wiele dziewcząt w takiej sytuacji marzyłoby o zamianie ze mną na miejsca. Ale ja… no właśnie, tu tkwiła cała ironia zaistniałego zdarzenia. Ja całe życie byłam zdecydowaną przeciwniczką aborcji…

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia...

Stara prawda dźwięczy mi teraz w uszach, tak jak dźwięczała w tamte długie październikowe dni – nie bądź stuprocentowo pewien siebie i swojego zachowania, dopóki sam nie znajdziesz się w sytuacji, której ta pewność dotyczy. Zawsze byłam pewna, że w sytuacji kolokwialnie mówiąc „wpadki”, nawet przez myśl mi nie przejdzie możliwość wykonania zabiegu. Jak się jednak okazało, będąc w obcym kraju, gdzie aborcja jest nie tylko legalna, ale i moralnie akceptowana, zostałam wystawiona na pokuszenie. Nie chciałam dziecka. Mój ówczesny chłopak pozostawił mi podjęcie decyzji, ale nie ukrywał, że jest za zabiegiem. Dla niego płód nie był człowiekiem, więc nie posiadł dylematów natury etycznej. Przez trzy dni biłam się z myślami, przeżywając największe psychiczne tortury w swoim życiu, gdzie do walki przystąpiły moja moralność i mój ludzki egoizm. Czytałam dużo w Internecie, ostrożnie omijając strony antyaborcyjne i dokształcając się w czysto technicznych kwestiach zabiegu. Wiedziałam, że jeżeli się zdecyduję na aborcję, to tylko do czasu, kiedy możliwe jest jej przeprowadzenie za pomocą tabletki. Na jakiekolwiek inne metody nie wystarczyłoby mi nerwów.

„Naturalna aborcja”

Czym jest ta osławiona tabletka? Symbolem tzw.”naturalnej” aborcji, gdyż powoduje sztuczne poronienie. Nie jest metodą inwazyjną, tylko farmakologiczną. Kobieta po wszystkich koniecznych badaniach, które wykażą, że nie ma medycznych przeciwwskazań, przyjmuje na początek u lekarza jedną tabletkę, a po trzech dniach (już w domu) drugą. W około 88 proc. - 96 proc. przypadków (zależnie od typu pigułki) dochodzi do poronienia, jeśli tak się nie dzieje, zabieg trzeba dokończyć metodą próżniową. Ryzyko długotrwałych powikłań jest niewielkie. Metoda może być stosowana do 9 tygodnia ciąży. W Danii jest to metoda bardzo popularna i oczywiście finansowana przez tutejszy urząd zdrowia.

A w Rumunii...

Opcja „Naturalnej aborcji” na wyciągniecie ręki trzymała mnie w impasie. Mimo swoich poglądów nie byłam w stanie kategorycznie odrzucić tego wariantu. Oliwy do ognia dolewał mój partner, który nie widział w zabiegu problemu, bardzo możliwe, że przez aborcyjną historię jego własnego kraju. Za czasów komunizmu, kiedy Rumunią władał Nicolae Ceauşescu, aborcja była nielegalna. Ba, nawet antykoncepcja była nielegalna! Kobietom pozostawało pilne wyliczanie dni niepłodnych, mierzenie temperatury, albo obserwacja śluzu. Jako że skuteczność wymienionych wyżej metod jest relatywnie niska, epidemia ciąż szalała na dużą skale.

Efekt ten cieszył niezwykle “Wodza” (tak kazał się mianować Ceauşescu), gdyż ograniczenie kontroli programu urodzeń miało przyczynić się do zwiększenia liczebności populacji kraju (był to jeden z punktów planu, który miał uczynić z Rumunii samowystarczalne mocarstwo). Warunki do rodzenia i wychowywania dzieci – to już była inna historia. Dlatego kobieta w ciąży miała trzy opcje – urodzić i wychować, urodzić i oddać do domu dziecka, albo usunąć. A jako że trzecie wyjście było nielegalne, było też wysoce niebezpieczne. W głowie utkwiła mi szczególnie jedna historia, opowiedziana przez mojego partnera. Mianowicie, jego ojciec uczył się w szkole podstawowej z chłopcem, którego mama zaszła w ciążę. Czwartą ciążę. Jako, że ich sytuacja materialna była już tragiczna (o ile się nie mylę, pokój z kuchnią), nie mieli absolutnie żadnych warunków na przyjęcie jeszcze jednego członka rodziny. Kobieta poszła do szpitala poprosić o wykonanie zabiegu, gdyż w tamtych czasach można było przeprowadzać aborcje, gdy dziecko miało być już piątym z potomstwa. Nie pomogły jednak próby przekonywania i płacze. Do zabiegu “brakowało” jej jednego dziecka.

 / Fot. Paweł Nowak/Dziennik Łódzki/PolskaZdecydowała się więc na zabieg w nielegalnym, aborcyjnym podziemiu, i jak to często się zdarzało, coś poszło nie tak. I tu rozegrał się prawdziwy dramat, gdyż prawo nie tylko zabraniało aborcji, ale także i opieki medycznej dla tych, które przeprowadziły nielegalny zabieg. Dlatego też, przywiezionej do szpitala, wykrwawiającej się na śmierć kobiecie nikt nie mógł pomóc. Należy tu dodać, że każdy szpital miał przydzielonego tzw. policjanta politycznego, który odgórnie kontrolował takie przypadki (przykładowo, narzędzia do wykonywania aborcji były zapieczętowane w specjalnych torbach, które można było otworzyć tylko w jego obecności. W wypadku otwarcia torby bez jego wiedzy, lekarzowi groziło więzienie). Tak więc kobieta umarła w szpitalu, pozostawiona sama sobie i w ten sposób zostawiła męża, i osierociła trójkę dzieci.

Ten przypadek to tylko kropla w morzu dramatów, które rozegrały się w Rumunii w związku z propagowaną karykaturą prorodzinnej polityki. Dzieci, które z kolei przychodziły na świat niechciane, zapełniały domy dziecka, które standardem dorównywały tym, które dziś możemy oglądać w Bagdadzie (od ilości dzieci i warunków w sierocińcach wzięło się przecież pojęcie “rumuńskie sieroty”). Dlatego też po upadku komunizmu, kraj przyjął z ulgą nie tylko legalizację antykoncepcji, ale także i aborcji. W opinii wielu Rumunek (i Rumunów) w wypadku niechcianej ciąży aborcja jest najlepszym wyjściem. Biorąc pod uwagę to, czego doświadczył w tej kwestii ich naród - trudno im się dziwić.

Decyzja

Po trzech dniach decyzja została w końcu podjęta. Na rozwiązanie dylematu wpłynęła zmiana stanowiska mojego ówczesnego chłopaka, który po wielu przemyśleniach stwierdził, że skoro mam się tak męczyć to on już woli żebym urodziła to dziecko. Mentalne kajdany, które sama na siebie nałożyłam, pękły. Wtedy to zdałam sobie sprawę z tego, że dużo wątpliwości miało swoje źródło w obiekcjach mojego partnera. I wbrew pozorom nie chodziło o to, że decydując się na donoszenie ciąży, mój chłopak może mnie opuścić, ale o to, że moją decyzją mogę zmienić diametralnie czyjeś życie. Życie przyszłego ojca.

Zdecydowanie za mało uwagi poświęca się w dyskusji o aborcji ojcom poczętych dzieci, wychodząc z założenia, że są to chodzące kontenery na spermę, które zajmują się na co dzień zapładnianiem i zwijaniem manatek gdy do owego zapłodnienia w końcu dojdzie. Mój partner nie chciał być ojcem. To, że w razie mojej decyzji o urodzeniu dziecka, mógłby odejść, wcale nie należało do meritum sprawy. Zachowanie dziecka, oznaczało bowiem uczynienie go ojcem bez jego własnej woli, niezależnie od tego gdzie w przyszłości rzuciłby go los. Ta moc, niechciana władza nad kształtem życia mężczyzny, którego dodatkowo przecież kochałam, ubezwłasnowolniła mnie w kwestii podjęcia decyzji. Kiedy jednak w końcu otrzymałam "błogosławieństwo" mogłam już z czystym sumieniem podjąć decyzję o utrzymaniu ciąży.

Oczywiście kwestia ojcostwa to dylemat działający w obie strony. Co z mężczyznami, którzy chcą zachować dziecko, a ich partnerki mimo wszystko poddają się zabiegowi aborcji? W Polsce dużo mówi się o tym, że o kobietach i ich "macicach" decyduje grupa tzw. "urzędasów" w garniturach i to do tego płci męskiej. I jest to rzeczywiście smutna prawda. Z drugiej jednak strony, w krajach takich jak Dania, o losie ciąży ma prawo decydować tylko kobieta, gdyż to ona wybiera zabieg lub poród. W przypadku aborcji, zgoda ojca nie jest wymagana. Dochodzi więc do pewnego paradoksu - z jednej strony domagamy się, by mężczyźni brali większą odpowiedzialność za swoje "niecne" czyny, a z drugiej - pozbawiani są głosu w kwestii swojego przyszłego ojcostwa. I nie odnoszę się tutaj do głosu polityków, lekarzy czy księży, ale indywidualnego głosu w indywidualnej sprawie.

Aftermach

Dziś moja córka ma już prawie dwa lata. Mój chłopak został moim mężem i jest obecnie najszczęśliwszym ojcem na świecie. Tak, ta historia skończyła się szczęśliwie. Ale wcale nie musiała.

Obserwuję debaty na temat aborcji w naszym kraju, oraz rozwiązania zastosowane w innych państwach i do dziś nie jestem w stanie osądzić, kto ma w rękach monopol na sukces. Mimo że dalej w sercu uważam, iż poczęte dziecko to człowiek mający prawo do życia, rozwiązania rumuńskich władz wydają mi się jak najbardziej słuszne. Rumunia zdaje sobie sprawę z tego ile krzywd i cierpienia sprawił całemu narodowi Ceauşescu swoją "prorodzinną polityką" - a jeśli zawodzi ich pamięć, mogą tylko zajrzeć w raporty dotyczące sierocińców z początku lat 90. Dziś także nie są w stanie zapewnić świetnych warunków przyszłym matkom, więc jedyne co mogą zrobić to dać im wolny wybór. Na drugim biegunie stoi Polska, ze swoim prawem antyaborcyjnym i intensywną prorodzinną kampanią społeczną, która - niestety - wygląda ładnie tylko na papierze. Warunki socjalne mamy porównywalne z Rumunią, ale decydujemy się na przymuszanie kobiet w niekiedy tragicznych sytuacjach materialnych do rodzenia dzieci, które skazane są od pierwszych chwil na nędzę.

A pośrodku stoi Dania - kraj, który byłby z pewnością przez wielu księży i przeciwników aborcji potępiony za legalizację tegoż zabiegu. Ale też i kraj, który otacza przyszłą matkę troską i opieką, zapewniając pomoc materialną, finansową i psychologiczną. Kraj w którym studenci, samotne matki i ludzie biedni nie boją się mieć dzieci, gdyż wiedzą, że ich własne państwo zrobi wszystko, by im pomóc to dziecko nie tylko dobrze wychować, ale i godnie wychowywać. Kraj w którym miałam szczęście przebywać, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (36):

Sortuj komentarze:

Witam :)

Karolino, odpowiem Ci tak. Gdybym w momencie stwierdzenia ciąży znajdowała się w Polsce, taka myśl prawdopodobnie nie przeszłaby mi przez głowę. W Danii lekarz zaproponował mi zabieg "od reki" - połknięcie pigułki. Łatwe, szybkie, anonimowe... jestem czlowiekiem, prawdopodobnie jednak małym, gdyż mimo swoich poglądów wyznawanych od "malego" zaczęlam rozważać ta opcję. I nawet nie brak środków finansowych, wykształcenia czy pomocy rodziny mnie ku temu sklonił - chodzilo o opinię mojego ówczesnego chlopaka. Jak już wspominalam, poglady mial diametralnie inne, dodatkowo fakt uczynienia kogoś ojcem wbrew jego woli.

Tyle wiesz o sobie, ile Cię sprawdzono. ..była to lekcja z gorzkim posmakiem. Od tamtej pory jestem ostrozniejsza w osądach, jestem tez bardziej sceptyczna jezeli chodzi o szacowanie prawdopodobnych zachowań ludzi, ktorzy mając ekstremalne poglady, nigdy nie musieli ich weryfikować w obliczu tego co przyniosło im zycie.

Every single one of us has devil inside...:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

dopiero teraz "wygrzebalam" ten tekst i mialam przyjemnosc go przeczytac. literacko - swietny, masz ręke do pisania. Problem - zawikłany. podziwiam za odwagę podzielenia się tak osobistą historią, która Cię dotknęla. Nie chce tutaj oceniać Ciebie, Twojego podejscia do życia, ale przyznam, że zaskoczył mnie tok Twojego rozumowania. Dziwi mnie dlaczego dziewczyna w wieku 24 lat ze stalym partnerem tak poważnie rozważała kwestię aborcji. Owszem, każdy ma inną wizje swojego życia, ale trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny ( nawet te ze skutkiem rewolucjnym). Znam ludzi, którzy z gorszej sytuacji wyszli "po męsku". Osobiście, dwa dni temu poproszono mnie, abym została matką chrzestną takiego krasnala "z przypadku", ze sie tak wyraze. Matka dziecka ani przez chwile nie myslala o aborcji. owszem, przeplakala niejedną noc na wieść o plodzie, ktory zacząl się w niej rozwijac, w koncu jest w polowie studiów, na prace perspektyw niewiele, mąż jedynie utrzymuje rodzinie jako kucharz w jednostce wojskowej. Ale mimo calego rozchwiania emcjonalnego - mysl o aborcji byla daleko. Podziwiam ją i jestem z niej dumna i z wielkim zaszczytem przyjęłąm propozycje zostania matką chrzestną malca.
Cieszę się jedynie, że podjęłaś słuszną decyzję. Zyczę powodzenia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

1. Przeczytam.
2. Pani Aniu, w 100% nie będziemy wiedzieć, kiedy umrzemy. Jeżeli nawet Pani ktoś powie, że umrze rodząc pociechę, może się mylić: przezyje i Pani i dziecko, i może być tak, że nie przezyje ani Pani, ani dziecko. Może przeżyć tylko dziecko czy tylko Pani.

3. Dokąd sama nie miałam dziecka, nie miałam tej świadomości. Dzisiaj wiem: jeśli zaistniałaby taka potrzeba, w każdym momencie oddam swoje życie za życie swojego syna: bez żalu, z radością, że mogę mu pomóc. A ponieważ i ja, i Pani o tym już wiemy, nie mamy prawa wmawiać matkom "in spe", że one to lepiej, aby z powodu... nie rodziły.

4. W naszej religii najświętsza tajemnica mówi o wielkości przyjęcia dziecka: Jezusa. Maryja jest dla katolików wzorem kobiecej doskonałości, która polegała przede wszystkim na decyzji - wbrew możliwości ukamienowowania - na słynnym "fiat" - tak w momencie Zwiastowania. W TYM NAJSŁAWNIEJSZYM "TAK" UKRYTA JEST TAJEMNICA NASZEGO ZBAWIENIA. Dzięki temu "tak" mamy zostać zbawieni. Kobieta nie zrealizuje się w swej kobiecości, a mężczyzna w męskości, jeśli zamiast tej akceptacji padnie "nie". Moim zdaniem: nawet jeśli są niewierzący, bo prawda o nas jako kobietach i mężczyznach jest wpisana w nasze człowieczeństwo. A swoją drogą, czy nie okaże się, że i Pani uważa się za katoliczkę - mimo że tej elementarnej prawdy naszej wiary w pełni nie dostrzega?

5. Dlaczego to Pani ma decydować, kiedy zaistniał w Pani łonie człowiek? Przyjęcie z pokorą faktu , że od początku - już w zapłodnionej komórce jest informacja o całym człowieku (kolorze oczu, skłonnościach, płci itd.) wprowadza ład i wyznacza naturalne - także i dla ekologów - granice Pani praw i praw Pani dziecka.

6. Sądzę, że tak dużo szkody robią piszący, bo niewiele liznęli filozofii. (Proszę nie gniewać się za to stwierdzenie). W sferze zagadnień etycznych poruszają się jak dzieci we mgle, a jednocześnie mają olbrzymi wpływ na innych, a przecież wybór między aborcja a urodzeniem wpisuje się w szerokie spectrum zagadnień dotyczących naszych ludzkich postaw wobec wartości. Inny człowiek jest dla nas wyzwaniem. Powinniśmy go miłować dla niego samego, pragnąć jego najwyższego dobra. I dopiero w takim kontekście zastanawiać się, jak owo dobro zapewnić. Elementarnym darem dla innego, naszą najbardziej prymitywną powinnością wobec człowieka jest uszanowanie jego prawa do życia.

7. W każdej kulturze urodzona byłabym poddana systemowi norm etycznych: takich lub innych. Aby czuć się człowiekiem, musiałabym je szanować: mówię o normach niosących dobro. Lekceważąc te normy, niszczymy własne człowieczeństwo. Dlatego sądzę, że - nakłaniajac innych do niegodnych człowieka wyborów, wskazując niegodne możliwości czy choćby nie wspierając w najtrudniejszych chwilach - nie miłujemy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Witam Panią ponownie,

Rozumiem Pani punkt widzenia i wydaje mi się że ma Pani bardzo wyidealizowany obraz świata i człowieka. Stąd - wnioskuję - Pani zdanie jest tak skrajne.

Po pierwsze: Pomijając poglądy Pani czy moje, musimy przecież zaakceptować fakt, że dla wielu ludzi (kobiet), dziecko w łonie do pewnego stadium rozwoju jest tzw. płodem - czymś, co nie jest jeszcze człowiekiem. To właśnie stąd, moim zdaniem, wynikają wszelkie różnice pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami aborcji - gdyby wszyscy wierzyli w to, że już nawet zarodek jest osobą, nie byłoby nawet podstaw do zalegalizowania aborcji.

Co do Pani przykładu o kobiecie, która usunęła piątą ciążę - tak, zgadzam się, że są kobiety które przeżywają aborcję w taki sposób. Ale są też przecież takie na których nie robi to wrażenia, lub te (i to jest zdecydowana większość), które czują wysoki dyskomfort psychiczny, lecz wierzą, że wybrały "mniejsze zło".

Gdybym była piątym dzieckiem w tej rumuńskiej rodzinie... oj nie wiem jakby to było z tą godnością i wielkością. Z jakiegoś generalnego punktu widzenia, jako istota ludzka miałabym zapewne teoretycznie do tego prawo, ale biorąc pod uwagę moje własne samopoczucie, to któż to może wiedzieć? Uważam, że to jak siebie widzimy i z czym się identyfikujemy zależy w dużym stopniu od tego skąd pochodzimy. Przykładowo - gdyby Pani urodziła się w Arabii Saudyjskiej, nigdy nie poznałaby Pani nauk Jana pawła II. Gdyby przyszła Pani na świat w brazyliskich slumsach lub w obozie dla uchodźców z Darfuru, nie miałaby Pani prawdopodobnie tych samych przekonań, jakie ma Pani obecnie.

"Nic nie pozwala odebrać prawa do istnienia - nawet nieprzeżycie Pani matki" - przepraszam, ale gdyby urodzenie mnie miało grozić życiu moje mamy, to wolałabym się nie urodzić. Zresztą życia poszczególnych ludzi nie można wartościować, nie rozumiem tego "prawa do istnienia" w imię życia kogoś innego. Gdyby Pani była tym piatym dzieckiem i wiedziała że matka prawdopodobnie umrze podczas porodu, wolałaby Pani urodzić się mimo wszystko czy może nie urodzić się wcale, po to by nie odebrać matki czwórce swojego potencjalnego rodzeństwa? Jeśli zakładamy, że odpowiedź tego piątego dziecka, mimo okoliczności, nadal wyrażałaby wolę istnienia, to śmiem twierdzić że jakaś przerażająca, demoniczna i okrutnie samolubna osoba by z tego płodu wyrosła.

Zapraszam do przeczytania drugiej części mojego tekstu :
Aborcja. Duński happy end i rumuński dramat
link _dramat_69224.html
Jestem ciekawa czy nadal będzie Pani tak jednostronna w swoich opiniach?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Myślałam sobie o przytoczonym przez Panią przykładzie z Rumunii...
Każda opcja niesie za sobą niebezpieczeństwo. Decydujesz się na urodzenie, możesz umrzeć przy porodzie, decydujesz się na aborcję, także. Będziesz donosić w pracy na kolegów, mogą Cię wylać lub nie; nie będziesz donosić - to samo.
To tylko nam w swojej pysze lub tchórzostwu wydaje się, że jest inaczej.
Pani Aniu, Jan Paweł II mówił o wielkiej godności osoby ludzkiej. Człowiek nie może być środkiem wiodącym do... Pani Aniu, ani do dobrobytu, ani do szczęścia, ani do małżeństwa, ani do realizacji takich czy innych celów pollitycznych, czy kariery; nawet dziennikarskiej. :D
Pani Aniu, choćby Pani była piątym dzieckiem w tej rumuńskiej rodzinie, Pani godność i wielkość nie byłaby ani o jotę mniejsza niż jest. Nic nie pozwala odebrać prawa do istnienia - nawet nieprzeżycie Pani matki. A co dopiero mówić o warunkach ekonomicznych. Kiedyś nie miałam kąta, dziś życie pokierowało tak, że mam wiele mieszkań. Kiedyś mówiono mi, że komuna w Polsce i na świecie runie tylko wskutek wybuchu nuklearnego...
Znałam zdarzenie podobne do rumuńskiego z polskiej sceny. Matkę namówiono do przerwania piątej ciąży. Nigdy nie otrząsnęła się z tej traumy. Jest już wiele lat pod opieką psychiatry.
Od kiedy w Rumunii można legalnie dokonywać aborcji? Wierzę, że zło wraca do sprawców: "Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Aniu, podobał mi się Pani tekst jako wspomnienie, tekst literacki. Jednakże na kanwie wspomnień, które wprost prowadzą do oczywistego, jednoznacznego wniosku (jesteśmy szczęśliwi dzięki mądremu wyborowi), wyprowadza Pani refleksje z innych bajek. Dla mnie niewiarygodne, bo nie Pani własne.
"Urodziłaś, bo to w Polsce kształtowało się Twoje podejście do życia i dziecka w Twoim lonie" - chciałam metaforycznie wyrazić myśl o wpływie własnej postawy moralnej na decyzje: że owa postawa jest istotniejsza od warunków materialnych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ach... znów mnie Pani ubiegła.

Chyba jednak nie dojdziemy do konsensusu w tej dyskusji. Pani jest czarno -biała, ja jestem tylko człowiekiem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Elżbieto witam ponownie,

Nie zdążyłam się wcześniej ustosunkować do Pani drugiego komentarza, bo pojawił sie po tym jak wysłałam swoja odpowiedź.

Ciężko mi polemizować z "wnioskami od sasa do lasa". Wnioski maja to do siebie, że są domeną czytelnika. Nie jestem jednakże zdziwiona Pani stwierdzeniem, bo wydaje mi się, że ma ono obrazować rozdźwięk, który obserwuje Pani ze swojej własnej perspektywy, dotyczący czynu (zgodnego z Pani światopoglądem) i argumentacji (niezgodnej).

Ma Pani rację, nie urodziłam swojej córki "z powodu dobrych warunków, polityki państwa, wolności itp." Nigdzie też tak nie stwierdziłam. Napisałam tylko, że miałam szczęście być w Danii kiedy zaszłam w ciażę. Wzmianka o warunkach panujących w tym państwie, miała sprowokowac czytelnkiów do dalszych refleksji na temat ciąży, aborcji i jakości opieki nad matkami.

Jestem też zaskoczona fragmentem "Urodziłaś, bo to w Polsce kształtowało się Twoje podejście do życia i dziecka w Twoim lonie". Wedle Pani rozumowania, (o ile dobrze zrozumiałam) w Polsce nie powinno być nawet dyskusji na temat aborcji, gdyż wszystkie Polki (parafrazuąc Pani słowa) powinny rodzić gdyż tu kształtowało się ich podejście do ciązy. Czy dobrze Panią zrozumialam? Poza tym, proszę mi wierzyć, przecenia Pani wpływ ojczystego kraju na poglądy jednostki.

Co do reszty... jestem dosyć mocno zaskoczona Pani śmiałością w materii stwierdzania czemu "urodziłam". Jest to dosyć odważne posunięcie, szczególnie że wypowiada się Pani o kimś, kogo Pani w końcu przeciez nie zna.

Dosyć zuchwałe "Ani wówczas sobie, ani dzisiaj innym nie potrafisz wprost powiedzieć, że nie wolno zabijać dzieci", ma w sobie pewien stopień prawdy. Tak, osobiście jestem przeciwna aborcji, ale życie postawiło mnie w takich sytuacjach, że mogę, a nawet powinnam poddawać weryfikacji swoje poglądy. Po pierwsze, tak jak juz pisałam, nie należy być pewnym siebie dopóki nie przezyje się sytuacji na własnej skórze. Po drugie, mimo swoich przekonań, wiem że życie i sytuacje nie są czarno-białe i jestem absolutnie w stanie zrozumieć dlaczego niektórzy się decyduja na aborcję. A tak na marginesie, czy czytała pani fragment dotyczący Rumunii?

Na koniec dodam, że mimo wszystko gubię się w Pani toku rozumowania. Najpierw czytam, że urodzilam, bo "to w Polsce kształtowało się Twoje podejście do życia i dziecka w Twoim lonie", następnie, że to mój mąż podjął decyzję i ze to jemu moje dziecko zawdzięcza życie... pomijając sprzecznośc, nie wiem nawet w jakim celu pisze Pani takie opinie. Co właściwie mi Pani zarzuca?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Głeboka refleksja to tylko taka ani w prawo, ani w lewo? Nie sądzę, że ma Pani rację. Ależ nie można być w ciąży i jednocześnie nie być, urodzić i jednocześnie nie urodzić. Moim zdaniem to człowiek potrafiący podjąć decyzję, czyli głośno i zdecydowania powiedzieć, że coś jest dobre, ma pozytywny wpływ na losy świata, związku...
Być może coś nadinterpretowałam - tak jak w swoim tekście - ale świadomie. Kieruje mną m.in. świeży jeszcze gniew na kobitkę, która w telewizyjnej dyskusji mówiła, że jest katoliczką i uznaje prawo do aborcji Agaty, choć ona sama to nigdy... Trochę tak zabrzmiał mi Pani tekst. Nie widzę sensu w popieraniu prawa, które mogło spowodować, że Pani córeczka nie narodziłaby się. Sądzę, że bardzo szkodzą takie wypowiedzi; sama Pani mówi o swoim rozchwianiu emocjonalnym w ciązy. Czy czytelniczki w ciąży nie potrzebują więcej jednoznacznego wsparcia? Pani je szczęśliwie otrzymała od ojca dziecka. Może to wsparcie jest jednak najważniejsze? Z Pani tekstu też nie wynika, że decyzję o urodzeniu podjęła Pani, bo znajdowała się w kraju, "który otacza przyszłą matkę troską i opieką". W Pani wspomnieniach nic na ten temat nie było (informacja dodana). Mało tego: wątpliwości były, mimo że znajdowała się Pani w takim raju. Zwróciłam też uwagę, że nie pomógł Pani lekarz: jemu też obojętny był Pani los i los Pani nienarodzonego dziecka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Głeboka refleksja to tylko taka ani w prawo, ani w lewo? Nie sądzę, że ma Pani rację. Moim zdaniem to człowiek potrafiący podjąć decyzję, czyli głośno i zdecydowania powiedzieć, że coś jest dobre, ma pozytywny wpływ na losy świata.
Być może coś nadinterpretowałam - tak jak w swoim tekście - świadomie. Kieruje mną m.in. gniew na kobitkę, która w telewizyjnej dyskusji mówiła, że jest katoliczką i uznaje prawo do aborcji Agaty. Trochę tak zabrzmiał mi Pani tekst. Nie widzę sensu w popieraniu prawa, które mogło spowodować, że Pani córeczka nie narodziłaby się. Sądzę, że bardzo szkodzą takie wypowiedzi; sama Pani mówi o swoim rozchwianiu emocjonalnym w ciązy. Czy czytelniczki w ciąży nie potrzebują więcej jednoznacznego wsparcia? Pani je szczęśliwie otrzymała od ojca dziecka. Może to wsparcie jest jednak najważniejsze?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.