Facebook Google+ Twitter

Pekin. Przed finałem turnieju koszykarskiego

Nie było większych niespodzianek w olimpijskim turnieju koszykówki mężczyzn. W czołowej czwórce znalazły się wszystkie liczące się na świecie ekipy. W niedzielnej batalii o złoto amerykański "redeem team" zagra z reprezentacją Hiszpanii.

Mike Kryżewski chce w końcu wrócić do domu ze złotym medalem międzynarodowej imprezy. http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:Mike_Krzyzewski_-_basketball_coach.jpg / Fot. Chad J. McNeeleyJuż przed turniejem nietrudno było wskazać faworyta. Amerykanie, którzy po 6 latach chudych chcieli w końcu coś wygrać, specjalnie zmienili wyraźnie ciążącą na zawodnikach nazwę nadawaną kolejnym reprezentacjom olimpijskim z "dream team" na "redeem team". Drużyna Odkupienia miała spokojnie bez stresu przejść wszystkie fazy turnieju i wrócić na koszykarski tron. Pomóc w tej misji miał potomek polskich emigrantów, Mike Krzyżewski, trener z wielką estymą i przez zawodników poważany. Do tego wciąż głodny sukcesów, bo trzykrotne mistrzostwo ligi uniwersyteckiej to nie to samo co kierowanie najlepszymi koszykarzami świata na międzynarodowych imprezach. Sam Krzyżewski już zresztą zaznał goryczy porażki dwa lata temu, w MŚ w Japonii. Nie chciałby z pewnością tego powtórzyć w Pekinie.

Faza grupowa


W pierwszej fazie olimpijskiego turnieju Amerykanie nie mieli żadnych problemów z grą. Z łatwością odprawiali kolejnych rywali, upokarzając przy okazji reprezentację gospodarzy przy chińskiej publiczności. Fantastycznie grali Jason Kidd i Dwight Howard, którzy porzucili chęć zdobywania punktów na rzecz pracy zespołowej. Ten pierwszy tak zajął się rozgrywaniem, że pierwsze punkty w turnieju zaliczył dopiero w czwartym meczu! Howard zaś umiejętnie uprzykrzał życie rywalom solidnymi występami w obronie. Za każdym razem, koszykarze USA rzucali rywalowi ponad 90 punktów, a kolejnymi "ofiarami" amerykańskiego czołgu okazały się reprezentacje: Chin (101:70), Angoli (97:76), Grecji (92:69), Hiszpanii (112:82). W ostatniej kolejce spotkań podopieczni Krzyżewskiego dosłownie zmiażdżyli Niemców wygrywając przewagą 49 punktów.

Nasi zachodni sąsiedzi zresztą zawiedli na całej linii. Najpierw z trudem dostali się na igrzyska, zajmując trzecie miejsce w ostatnim turnieju kwalifikacyjnym w Atenach. W Pekinie wygrali tylko jedno spotkanie, ze skazywaną na pożarcie Angolą. Nie tego się na pewno spodziewano po piątej drużynie ostatnich Mistrzostw Europy. Sprawdziły się tym samym przedolimpijskie przewidywania, które Niemcom grającym taktyką "wszyscy podają do Nowitzkiego, a Kaman ewentualnie zbiera" nie wróżyły nic dobrego.

W grupie A znacznie poniżej oczekiwań zaprezentowali się Mistrzowie Europy, Rosjanie, którzy zdołali wygrać jedynie ze słabiutkim Iranem. Na całej linii zawiedli drugoplanowi zawodnicy Sbornej, którzy właśnie na ostatnim Euro okazali się największym skarbem ekipy Davida Blatta. Bezkonkurencyjne wśród tej "szóstki" drużyn okazały się reprezentacje Litwy i Argentyny, które wygrały 4 z 5 spotkań.

Na drugim miejscu w "amerykańskiej" grupie B wyszli Hiszpanie, którzy bez względu na rangę rywala grali tak samo zabójczo skutecznie. Może to marne dla nich pocieszenie, ale byli też jedyną drużyną, która w grupie rzuciła Amerykanom ponad 80 punktów. Mistrzowie świata postawili na mieszankę doświadczenia z młodzieżą, co zaowocowało skuteczną grą pod koszem i zespołowym podejściem do koszykówki, którego graczom z Półwyspu Iberyjskiego mogliby pozazdrościć trenerzy zawsze silnych w tym elemencie rozgrywki: Grecji i Chorwacji.

Ćwierćfinały


Chorwaci zresztą o sile hiszpańskiego teamu przekonali się w fazie pucharowej, gdzie nie potrafili zatrzymać lidera Los Angeles Lakers, Pau Gasola (20 pkt., 10 zbiórek), a do tego podobnego strzelca nie mieli po swojej stronie. Tym razem strategia, że każdy musi zdobyć punkty i przysłużyć się reprezentacji nie zdała egzaminu. Koszykarze z Bałkanów nie mogli nawet zastosować umiejętnej gry na czas, podpatrzonej u rodzimych szczypiornistów, bo musieli cały czas gonić wynik. Nie zdążyli - Hiszpanie pewnie weszli do półfinału wygrywając 72:59.

Zaskakująco dobrze zaprezentowali się w olimpijskim turnieju Australijczycy. Wygrali 3 mecze grupowe, a gdyby uniknęli w 1/4 finału Stanów Zjednoczonych mieliby nawet realne szanse na grę w strefie medalowej. Na uwagę zasługuje fakt, że drużyna z Antypodów nie eksploatowała zbytnio swojej gwiazdy, grającego w NBA Andrew Bogut, który na parkiecie spędzał niecałe 20 minut na mecz. W ćwierćfinale zagrał jedynie 11 minut i wydatnie nie pomógł kolegom w zmniejszeniu strat. Klęski jednak nie było, bo Amerykanie wygrali w stosunku 116:85.

Zdecydowanie najwięcej emocji kibicom przysporzył pojedynek Argentyny i Grecji. Przez cały mecz różnica punktowa oscylowała w okolicach dwóch, trzech punktów na korzyść jednej z drużyn. Ostatecznie szalę zwycięstwa na swoją stronę przechyliła kadra Albicelestes, w której barwach kolejny cudowny mecz na tych igrzyskach zanotował Manu Ginobili z San Antonio Spurs. Jego 24 punkty wydatnie przyczyniły się do zwycięstwa Argentyńczyków 80:78. Grekom trzeba przyznać, że wcale nie byli gorsi, a w tym konkretnym spotkaniu o awansie decydowała właściwie jedna nieudana akcja rzutowa.

Ostatni ćwierćfinał to kolejne cierpienie kibiców Chińskiej Republiki Ludowej, którzy i tak ochoczo oklaskiwali swoich koszykarzy, mimo druzgocącej porażki z Litwinami. Nasi dawni krajanie, dla których basket jest sportem narodowym, nie wybaczyliby sobie porażki z drużyną, której jedynymi atutami są "bardzo wysoki człowiek" i fanatycznie reagująca publiczność. Doświadczenie na szczęście wzięło górę, a rolę lidera wziął na siebie trzykrotny mistrz Euroligi, Sarunas Jasikievicius (23 punkty, 6 asyst), dzielnie wspierany przez Linasa Kleizę (15 pkt., 7 zb.) i Ramunasa Siskauskasa (15 pkt., 5 zb.). Tym samym Litwini obronili honor europejskiej koszykówki, bo do kolejnej fazy turnieju awansowały po dwie ekipy ze Starego Kontynentu i z kontynentu panamerykańskiego.

Strefa medalowa


W pierwszym półfinałowym spotkaniu Litwini zagrali z mistrzami świata, Hiszpanami. Już przed spotkaniem wiadomo było, że będzie ono wyrównane, jako że oba zespoły przez wiele lat gry na najwyższym światowym poziomie prześwietliły się nawzajem tysiące razy, więc nie mogły niczym siebie zaskoczyć. Podobnie jak w ćwierćfinale Argentyna-Grecja, od samego początku obie reprezentacje szły punkt za punkt. Mimo prowadzenia Hiszpanów przez dłuższą część pierwszej połowy, to Litwini schodzili na przerwę z dwupunktową przewagą (42:40).

Po wznowieniu gry koszykarze znad Bałtyku do końca próbowali kontrolować grę, ale nadeszła tragiczna dla nich czwarta kwarta. Hiszpanie zebrali w sobie wszystko co mieli najlepszego, zaczęli w końcu trafiać ważne rzuty, a Litwini popełniali coraz więcej błędów. W czwartej kwarcie nie było już zdolnych zatrzymać pod koszem Gasola i Reyesa, bo za pięć przewinień parkiet musieli opuścić podstawowi gracze podkoszowi Litwy: Ławrynowicz i Petravicius. Mistrzowie świata wygrali ostatnią kwartę 29:20, a całe spotkanie 91:86. Najskuteczniejsi w ekipie Hiszpanii byli Gasol (19 pkt.) i Rudy Fernandez (18 pkt.). Wśród pokonanych po 19 "oczek" rzucili świetnie grający w całym turnieju Sarunas Jasikievicius i skrzydłowy Simas Jasaitis.

Rywalami koszykarzy z Półwyspu Iberyjskiego w finale będą Amerykanie. Podopieczni Mike'a Krzyżewskiego mieli więcej problemów z Argentyną niż mógłby na to wskazywać końcowy rezultat. W drugiej kwarcie Argentyńczycy chcąc odrobić 19-punktową stratę z pierwszych dziesięciu minut, postawili niezwykle szczelną obronę i ustawiali się za każdym razem wokół pola 3 sekund. To zmusiło Amerykanów do rzucania z dystansu, ale w tym fragmencie gry zarówno po rzutach Kobego Bryanta, jak i Carmelo Anthony'ego piłka wykręcała się z obręczy. Do tego południowcy zdobywali w ataku łatwe punkty, bo koszykarze USA grali wysoką obroną już od połowy boiska. Dochodziło nawet do absurdalnych sytuacji, w których taka gwiazdor, jak LeBron James nie wiedział co zrobić z piłką, więc zaliczył stratę.

W przerwie meczu Krzyżewski solidnie porozmawiał z zawodnikami i znalazł w końcu lekarstwo na defensywne praktyki Argentyny, która zapewne do końca spotkania nie pozwoliłaby wejść czysto pod kosz żadnemu z rywali. W końcu zaczął grać "dream team", a recepta okazała się bajecznie prosta - szybkie podania po obwodzie i dużo wymienności pozycji między zawodnikami. Na to trener Albicelsestes odpowiedzieć już nie zdołał i całą odpowiedzialność w drugiej części spotkania położył na barki Luisa Scoli. Skrzydłowy Houston Rockets nie zawiódł (rzucił w sumie 28 pkt. i miał 11 zbiórek), ale nie od dziś wiadomo, że w sporcie zespołowym nikt sam meczu nie wygra. Drugą połowę Amerykanie wygrali 52:41, a cały mecz 101:81. Najwięcej, bo 21 punktów zdobył dla zwycięzców Carmelo Anthony, z czego aż 13 po rzutach osobistych. Stany Zjednoczone nie przemęczały się zbytnio w półfinale i zrewanżowały się Argentynie za porażkę w tej samej fazie cztery lata temu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.