Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

39904 miejsce

Pełnia wrażeń na Offie - czas rozliczyć trzy dni festiwalu!

Nic nie było w stanie zepsuć corocznego święta muzycznego w Dolinie Trzech Stawów - ulewy nie przegoniły słuchaczy, chłodne noce nie przeszkadzały, a muzycy prezentowali nierzadko genialną formę.

 / Fot. CharlesPierwszy dzień Offa został znokautowany, moim zdaniem, przez występ trzech ważnych zespołów...

Zaczęło się obiecująco - trafiłam na dobry początek do namiotu z muzyką eksperymentalną, gdzie jak co roku panowały osobliwości i awangarda współczesnego grania. Okazało się, że Colin Stetson wpisywał się w kryteria fenomenalnie, grając koncert niezwykłej urody i nieprzewidywalnej natury: jego podejście do każdego z dęciaków, który akurat brał na warsztat, przekraczało granice dotychczas znanego użycia tychże instrumentów. Colin specjalizuje się w wydobywaniu nieodkrytych dotąd możliwości muzycznych, czego efektem jest trudna do opisania i zrozumienia mieszanka melodii i chaotycznych, suchych dźwięków. Piękny początek Offa.

Zaraz po nim, na głównej scenie festiwalu, pojawił się od dawien wypatrywany nad Wisłą muzyk - Kurt Vile wraz z zespołem. Muszę przyznać, że mimo iż nie był to zły występ, wolę jednak kontakt z tym, co dzieje się u niego na płytach. Dość introwertyczny sposób bycia na scenie, kompletnie nieśmiałe i pozbawione odpowiedniej do skali sceny pokłady energii i lirycznej ekspresji, wreszcie raczej mało zachwycające próby improwizacji i zabawiania nas solówkami sprawiły, że pomimo ogromnej sympatii do Kurta, nie pochłonął mnie ten występ. Doceniam starania, pochwalam wokale, które nie zawiodły, ale z większą przyjemnością powrócę do płyt, które proste i szczere jakoś łatwiej trafiają do serca.

Dokładnie tym, czego brakowało Kurtowi, zdobyli moją sympatię muzycy Converge, którzy zagrali jeden z najlepszych koncertów tego dnia: pewnością siebie, ogromną ekspresją i energią oraz poczuciem humoru.

Rozmowa z publicznością na temat standardowego zawołania polskich słuchaczy do ciężko grających zespołów (Napi****lać!), która zaczęła się od domniemywań, czy nie chodzi im przypadkiem o "F*ck McDonalds", a w momencie rozwikłania zagadki panowie poprosili o bycie bardziej precyzyjnymi i zapytali, gdzie wobec tego byliśmy do tej pory? Poza tym radosnym momentem nie brakowało innych rewelacji - koncert pięknie balansował gdzieś na pograniczu metalu z post hardcore'm i hardcore'm oraz elementami wczesnego emo (szczególnie niektóre partie wokalne przypominały dobre czasy emo z przełomu lat 80. i 90.), wszystko to zagrane z pasją, umiejętnościami i zaskakującą melodyjnością.

Ponieważ w tym samym czasie w namiocie rozgrywały się, jak podejrzewałam po spotkaniu na Primaverze, dantejskie sceny puszczane przez Demdike Stare, ostatnie dziesięć minut koncertu Converge poświęciłam na krótkie sprawdzenie. Jakimś cudem mistyczne i przerażające zarazem sceny z poprzedniego koncertu zostały zastąpione gładszymi nieco obrazkami z "normalnymi" ludźmi jako bohaterami, a muzyka nie zawiodła - wybrali sobie na te ostatnie minuty występu najbardziej transowe, przyjemnie bujające elementy swojej enigmatycznej twórczości. Bardzo miła uchu końcówka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.