Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10686 miejsce

Peter Schiff was right - znowu

Czemu kryzysy nie są zawczasu identyfikowane, a ci, którzy je jednak przewidzą, nie stają się wyroczniami? Czemu w ogóle do nich dochodzi?

Z Peterem Schiffem nigdy nie zetknąłbym się gdyby nie ironia losu, jaka dotknęła Arthura Laffera (ten od krzywej opodatkowania). Podczas pewnej debaty toczonej na przełomie 2007/2008 roku zaproponował on naszemu bohaterowi zakład o butelkę wina (nigdy jej nie dostarczył) o to, że amerykańska gospodarka ma się świetnie a w kolejnych latach będzie mieć się jeszcze lepiej. Kilka miesięcy później nastąpił drugi największy kryzys w historii. W przeddzień kolejnego potężnego kryzysu, który ten z lat 20-stych XX wieku zmusi do ustąpienia swojej „wielkiej” nazwy, chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami z gatunku, czemu tacy ludzie jak Peter Schiff nie są przemilczani. Najpierw zastanowimy się, czemu ich ostrzeżenia nie są pożytkowane, gdy rodzi się zagrożenie, następnie, czemu nie stają się wyroczniami, kiedy ostrzeżenia te się konsekwentnie potwierdzają.

Przewidzieć własną reakcję
Z punktu widzenia laika, a do tych zaliczają się niestety również makroekonomiści, kryzys pojmowany jest jako zjawisko przyrodnicze. Stąd królowa Elżbieta II mogła naiwnie pytać brytyjskich ekonomistów, czemu ostatniego kryzysu nikt nie przewidział. Gdy powstaje bowiem zjawisko przyrodnicze równie dobrze przewidzieć je mogą być w stanie wszyscy (jak przelot komety okresowej) co nikt (jak trzęsienie ziemi) – i zawsze dobrze jest zapytać na czym polega natura zjawiska sprawiająca, że jest ono w danym stopniu nieprzewidywalne. Tymczasem zjawiska ekonomiczne, do których należą kryzysy, posiadają charakter nie przyrodniczy lecz (z braku lepszego terminu) interpersonalny.

Załóżmy że jesteś inwestorem giełdowym. Co byś zrobił, gdyby było powszechnie wiadomo, że za miesiąc zacznie się bessa i w następnym miesiącu ceny spadną o połowę? Sprzedałbyś zawczasu wszystkie akcje a pewnie nawet zakupił instrumenty pochodne zyskujące na spadkach. Ale ponieważ informacja ta stanowiłaby zwykłą wiedzę, wszyscy inni zareagowaliby tak samo. Ceny akcji spadłyby miesiąc wcześniej – i w ten sposób miesiąc wcześniej zaczęłaby się bessa... „której nikt nie przewidział”. A jak zareagowałbyś na wiedzę, że w przyszłym kwartale wybuchnie recesja? Gdybyś był pracodawcą zwolniłbyś niektórych pracowników, obciął pensję innym, wystawił na sprzedasz część maszyn i budynków. Gdybyś był pracownikiem zacząłbyś oszczędzać na wypadek zwolnienia i przestał konsumować. Tak zrobiliby jednak wszyscy i wzrost bezrobocia, spadek produkcji i konsumpcji nastąpiłyby kwartał wcześniej – i tak kwartał wcześniej rozpocząłby się kryzys... którego nikt ie przewidział. A gdyby przewidział? Wtedy o tyle wcześniej, o ile wcześniej został przewidziany, nastąpiłby on jako kryzys... którego nikt nie przewidział.

Założenie powszechnej wiedzy o nadciągającym kryzysie prowadzi do tezy o braku takiej wiedzy. Mamy ładny dowód nie wprost (tj. ze sprzeczności negacji) tego, że kryzys nie może być powszechnie przewidziany.

Teza ta mimo swojej prostoty należy do gatunku tych trudno przebijających się do świadomości, jako że dotyka fundamentalnych zasad funkcjonowania ludzkiego umysłu (a być może każdej maszyny poznawczej): trudno w swoich przewidywaniach dotyczących środowiska brać siebie za element tego środowiska. Wtedy bowiem własne przekonania i zachowania zmieniają przedmiot tych przekonań i zachowań, utrudniając jego ocenę.

Agencje ratingowe
Ta właśnie trudność ujawniała się w przypadku opisywanego kiedyś przeze mnie zjawiska roszczeń wobec agencji ratingowych. Żądając od nich, by nie istniały niedostrzeżone przez nie czynniki kryzysogennego ryzyka kredytowego, domagano się bądź ich omnipotencji – czyli idealnego uwzględnienia wszystkich czynników ryzyka, bądź by przewidywane przez nie ryzyko kredytowe było większe od powszechnie uznawanego. Odpowiednio: albo by kryzys kredytowy w ogóle nie mógł wybuchnąć; albo żeby wybuchł z powodów podanych do powszechnej wiadomości przez agencje ratingowe ale zlekceważonych. Ponieważ nie posuwano się do twierdzeń jakoby ratingi agencji były w ogóle nie przydatne w eliminowaniu czynników ryzyka, będąc warte nawet mniej niż szacunki na własną rękę (a agencje siłą zmuszały ludzi do wiary w niedoszacowane ryzyko); zatem żądania stawiane agencjom były zaspokajalne tylko sytuacją podania przez nie do powszechnej wiadomości czynników zwiastujących kryzys tak, by ludzie je zlekceważyli. Żądanie nie tylko absurdalne, ale nawet jako hipotetycznie ziszczone muszące prowadzić do niedorzecznych konsekwencji. Co bowiem w warunkach, w których agencji i tak nikt nie zamierzał by słuchać, miałoby uzasadniać obsesję na punkcie ich trafności – w dodatku posuniętą do granic takiego absurdu, który stawia niniejsze wymaganie.

W życiu codziennym często postępujemy w podobny sposób, np. od oponentów żądając tak wyśrubowanego obiektywizmu, który pozwalałby swemu adeptowi motywować dane stanowisko, jednocześnie się za nim nie opowiadając. Mówi się: "Pan tak twierdzi, bo jest Pan x-em!", gdzie x = wegetarianin, PiS-owiec, rusofil, socjalista, katolik, monetarysta itp. I nikomu nie przyjdzie do głowy, że posiadając swoje argumenty x nie mógł nie zostać x-em, że zatem nie tylko bycie x-em nie wyklucza posiadania dobrych przesłanek ku temu, ale wręcz jest warunkiem koniecznym (choć może niewystarczającym) ich posiadania. Nikomu tym bardziej nie przyjdzie do głowy, że x faktycznie właśnie pod wpływem swoich argumentów stał się x-em (że zatem jego x-izm jest warunkiem koniecznym i wystarczającym posiadania ku temu dobrych przesłanek), a nie pod wpływem x-izmu powymyślał swoje (dobre czy złe) argumenty. Argumenty które skądinąd muszą do nas przemawiać, skoro x-owi zarzucamy właśnie to, że byłyby one dobre, gdyby zostały "zdobyte uczciwie", tj. nie pod wpływem x-izmu.

Jak funkcjonuje giełda
Większość ludzi krzykliwe ruchy na wykresach indeksów łączy z realnymi zdarzeniami w gospodarce. Jeżeli WIG leci o 3,2 %, to coś danego dnia musiało tąpnąć w realnym biznesie; jeśli rośnie 2,6%, coś w krajowych interesach musiało się powieść.

W idealnej sytuacji tak właśnie by było – a wykresy przeciętnego dnia nie lawirowałyby bardziej niż o 0,1%, bo też jednego dnia więcej nie jest się w stanie realnie zawalić czy rozkwitnąć. Taka optymalna sytuacja nie ma jednak miejsca i 95% ruchu giełdowego stanowi szacowanie nie realnej gospodarki lecz tego, co o realnej gospodarce pomyślą inni. A dokładniej co inni pomyślą, o tym, co inni myślą, o tym, co inni myślą... o realnej gospodarce. Dzieje się tak do tego stopnia, że realną gospodarkę można w pewnym momencie stracić z oczu. Istnienie czegoś tak niedorzecznego jak analiza techniczna, a współcześnie pojawienie się robotów handlu automatycznego: programów obracających „papierami” (właściwie elektronicznymi zapisami) wartościowymi w milionowych ułamkach sekundy, dobitnie tego dowodzi.

Mimo tego, że 95% ruchów giełdowych należy do sfery teorii gier, komunikacji, psychologii, strategii itd., warto pamiętać, że ich część należąca do realnej ekonomi nie tylko dopełnia je do całości pozostałymi 5% ale też pod owych 95% kładzie podwaliny.

Wyobraźmy sobie, że mamy do czynienia z dziwną aukcją, na której wystawiana jest grupa podobnych przedmiotów, które licytowane są w ten sposób, że nabywca przedmiotu często zaraz po zakupie wystawia go na licytację w sąsiedniej sali. Powiedzmy że stanowiące te przedmioty zabytkowe papierośnice zostały dopiero niedawno odszukane i nie wyceniono jeszcze dokładnie ich wartości. Nie jest jeszcze do końca jasne, z jakiego stopu są zrobione, z jakiego okresu pochodzą, jaki mistrz nadawał im wartość artystyczną. Czy ktoś uznałby, że wraz z postępami licytacji bądź ze zmianami zainteresowania między licytacjami, kiedy wartości ofert rosną bądź maleją, wraz z ceną maleje też bądź rośnie realna wartość owych papierośnic. Konkretnie, że wzrasta w nich ilość srebra bądź dokonuje się nuklearna reakcja zmieniająca srebro w złoto, że się starzeją bądź młodnieją, że zmieniają się personalia ich autora?

Tymczasem o spadającej giełdzie zwykliśmy mówić, że traci ona pewną wartość, czy że różne sumy z niej wyparowują, mimo że widać gołym okiem, iż mimo że zdarza się jej spaść o 50%, to połowa przedsiębiorstw nie wylatuje w powietrze, a połowa ich pracowników nie umiera na zarazę. Tym co z niej wyparowało były rozbuchane przekonania inwestorów o inwestorach. Wzajemne przekonania, że handlowane aktywa są dla innych więcej warte niż okazały się dla nich być. A może przede wszystkim wzajemne przekonania wszystkich, że handlowane aktywa są dla innych warte więcej niż dla nas.

Podobnie dzieje się w realnej gospodarce, tylko z mniejszym rozchwianiem. Produkcja spada nie w wyniku materialnych i biologicznych katastrof trzebiących fabryki i pracowników, lecz w wyniku przesady i przeszacowania: producentów co do (wyższych) oczekiwań konsumentów, pracowników (konsumentów) co do (wyższego) zapotrzebowania producentów na pracę, oszczędzających co do (niższych) potrzeb kredytobiorców, a kredytobiorców co do (większego) entuzjazmu oszczędzających itd. Gdy iluzje przestają napędzać iluzje (wynikające równie dobrze z psychicznej ułomności człowieka co z kolektywnej postaci tej ułomności jako polityki makroekonomicznej), po kilku latach następuje weryfikacja wzajemnych oczekiwań i recesja.

Klakierska racja
Jak zatem widać, na rynkach -zwłaszcza finansowych- ci, którzy mają rację przez większość czasu, mają tę rację na temat tego, że mają rację. To tak, jakbyśmy spierali się, jaki kolor ma przedmiot przed nami, przy czym kolor tego przedmiotu liczylibyśmy jako średnią z jego fizycznej barwy i „kolorów mentalnych”, tj. „wcieleń” tej barwy reprodukowanych w naszych myślach. Wszyscy na raz o jakimś szarym przedmiocie mielibyśmy krzyknąć albo "czarny" albo "biały", a potem ci będący w większości chełpiliby się, że mieli rację, jako że ich postrzeżenia zaważyły na ostatecznej kolorystyce, mimo że faktyczny kolor przedmiotu znajdowałby się znacznie bliżej drugiego bieguna skali szarości.

Mamy zatem kolejną przesłankę, czemu Peter Schiff, mając słuszność, nie jest słuchany. Przez większość czasu ludzie mają rację o tym, że mają rację, a dopiero w krytycznych momentach kiedy te wzajemnie napędzające się racje stracą grunt, na wierzch wypływają ci, którzy trafnie odnoszą się do realiów.

W ten sposób często rynki umacniają się wyłącznie własnym umocnieniem.

Krótkoterminowy bonus..?
Przez takie wzrosty bądź spadki często mówi się, że nawet wobec powyższych faktów złym doradcą jest ten kto zwraca uwagę jedynie na realną gospodarkę a pomija inne ruchy na rynkach. Powiedzmy że ten, kto wieszczył 6 lat temu, gdy złoto było po 1000$ za uncję, że za niecałe 10 lat będzie po ono 5000$, pominął domysł, że w 2 lata wzrośnie ono do poziomu 1800$, a przez następnie 4 spadnie do 1000$. Czy nie lepsza byłaby rada, żeby sprzedać złoto po dwóch latach, odkupić po 4 i dopiero czekać na cenę 5000$?

Nie! Przy założeniu, że wzrost od 1000$ do 5000$ miał oddawać stabilne przemysłowe, jubilerskie czy inwestycyjne zapotrzebowanie na złoto, a wahnięcie stanowiło wynik spekulacji: nie!

Gdyby taka rada była dobra, to posłuchanie jej przez wszystkich również byłoby dobre. Pomyślmy zatem, co by się stało, gdyby taką inwestycję polecić wszystkim. Komu sprzedaliby oni po 1800$ i od kogo odkupili po 1000$ kruszec? Znaleźliby mnóstwo kupców przy założeniu, że byliby jedynymi, którzy posłuchali rady. Do tych jedynych mógłby należeć każdy, ale nie mogliby nimi być wszyscy. Ogół nie może niczego sprzedać ogółowi i od ogółu odkupić, nie bardziej niż Czytelnik sam od siebie.

Rady, jak grać na pazerności innych, mogą być co najwyżej ograniczone do wybranych. Mamy kolejną przesłankę w naszym śledztwie.

Informacja – zaskoczenie
Ostatni powód, dla którego typy Petera Schiffa nie są dyskontowane, zawarty jest w definicji informacji. Mimo jej prostoty, dla laika i tak wbrew niej z dwóch osób rację częściej ma ten, kogo stanowisko potwierdza się w większej liczbie przypadków. Tymczasem definicja informacji mówi, że jest ona proporcjonalna do zaskoczenia, jakie wywołałoby ziszczenie się opisywanego przez nią zdarzenia. Przewidywanie nieprawdopodobne jest znacznie bardziej informacyjne niż banał. Jeżeli przewidzę, że prezydentem USA zostanie Warren Farrell, to jest to dużo bardziej informacyjne, niż przewidzenie, że zostanie nim D. Trump, H. Clinton czy nawet J. Bush. Wzajemne przytakiwania częściej się potwierdzają, ale jego potwierdzenie się warte jest mniej niż ziszczenie się odważnej prognozy.

Mamy i ostatnią przesłankę pierwszego wnioskowania. Większość komentatorów i mediów ich zapraszających woli mieć rację większość czasu niż trafnie przewidzieć coś zaskakującego. Dzieje się tak, ponieważ ludzka uwaga jest ulotna i fałszywe wrażenia nie są rewidowane wraz z napływem nowych danych. Bieżące wrażenia braku racji zostają zapamiętane i kształtują negatywny stosunek publiki do komentatora i programu na długi czas. Media wolą tego uniknąć. Jednak dla odbiorcy, który wzniesie się ponad własne ułomności, liczą się bardziej trafne prognozy niż zgodność z resztą przytakujących sobie ekspertów.

Prognostyczna wyższość
Peter Schiff jest, obok takich osób jak Mike Maloney, James Richards czy John Stossel, jedynie wzorcem prognostyka dającego na nadchodzące zdarzenia typy niefrasobliwie przez ogół niedyskontowane. Podsumujmy, jakie przesłanki prowadzą do takich sytuacji:

1. Poczucie, że przecież ktoś, a nawet przewaga osób, by kryzys przewidziała – podczas gdy faktycznie przewagę osób muszą stanowić ci, którzy kryzys lekceważą. Nie tylko dlatego, że inaczej wybuchłby on wtedy, kiedy by lekceważyć przestali, ale też dlatego, że to oni kryzys konstytuują: kryzys to ich błędne poczynania inwestycyjne, zatrudnieniowe, produkcyjne, oszczędnościowe, nawet edukacyjne. Kryzys to ludzie, a nie coś, co ludzi dotyka!

2. Większość przewidywań dotyczy swojej zgodności z większością przewidywań. W ten sposób przez większość czasu ludzie mają rację jedynie co do kształtu swoich wrażeń i odczuć.

3. Prawdopodobieństwa przewidywań o różnym stopniu niezwykłości zacierają się. Oczywistość przewidywań niezaskakujących wydaje się brać z ich natychmiastowego potwierdzenia się w chórze zgodnych głosów a nie z ich już wyjściowej banalności. Osobliwość przewidywań zaskakujących wydaje się natomiast brać z ich natychmiastowej dezawuacji – tak jakby były czynione w naiwności nie zdawania sobie sprawy z tego, jak bardzo odbiegają od poglądów uznanych, z którymi miałyby być natychmiast konfrontowane. Tak jakby przewidywania te czynili ludzie nie tyle śmiali co nieświadomi, co jest powszechnie uznane, z czym zostawaliby natychmiast skonfrontowani. Te same przewidywania, które bezpośrednio brane są za naiwność, po spełnieniu się są natomiast traktowane jako oczywistość. „Nikogo nigdy nie interesuje to, co mówi reakcjonista. Ani wtedy, kiedy to mówi, bo wówczas wydaje się to absurdalne – ani po kilku latach, bo wówczas wydaje się to oczywiste". W ten sposób ziszczenie się nieprawdopodobieństwa śmiałych prognoz umyka.

Notorycznie niesłuchany
Ale nawet jeżeli przedstawione powyżej mechanizmy zaciemniają przed opinią publiczną nadciągające sensacje, to przecież po konsekwentnych potwierdzeniach się ich prognoz przynajmniej tyle staje się dla opinii intelektualnie osiągalne, że widać, iż wizjonerzy je wieszczący nie gadają czczo. Zastanówmy się zatem, czemu tacy finansiści jak Peter Schiff mimo ostrzeżeń przed dwoma ostatnimi recesjami w USA: ostatnim kryzysem i tą z przełomu tysiącleci wywołaną pęknięciem bańki dot-comów, nie stają się wyroczniami gospodarczymi.

Skoro, jako się rzekło wyżej, przez większość czasu rynek umacnia się wyłącznie własnym umocnieniem a ludzie rację mają tylko o tym, że mają rację, zatem krach nie może się ujawnić zanim wystarczająco duża liczba osób nie zerwie ze sposobem gospodarowania polegającym na zgadywaniu posunięć innych, i nie przejdzie na stronę tych zaprzątniętych analizą realiów.

Załóżmy, że pewna osoba zwraca uwagę, że wzrastające ceny danych aktywów dawno już przekroczyły ich realną wartość, większość osób się z tym jednak nie zgadza. Wtedy ceny tych aktywów, które każdy będzie chciał od każdego kupować, nadal będą rosnąć a wzrost ten będzie dla wszystkich najlepszym dowodem, że głosy o przeszacowaniu ich wartości były fałszywe. Coraz więcej osób będzie chciało te aktywa kupić, by zarobić na wzrostach ich ceny, i póki tak się będzie dziać, będą one drożeć. Nasz outsider okaże się mieć rację dopiero wtedy, gdy spośród tych kupujących wystarczająca grupa zorientuje się, że cena napędzana jest nie realiami, tylko histerią na punkcie tych aktywów. Dołączenie tej grypy osób do outsidera otworzy bowie oczy kolejnym inwestorom na histeryczno-iluzyjne podłoże wzrostów, gdyż teraz już nie tylko realia ale też brak tej garstki otrzeźwionych wśród histeryków będzie podkopywać wzrosty cen. Znajdzie się więc kolejna większa od poprzedniej grupa inwestorów, która w takiej sytuacji nie zechce kupować. Ta kolejna „wycofana” grupa zaciąży na wzrostach (a może już spadkach) jeszcze bardziej, otwierając oczy kolejnej grupie, itd. Na końcu zawsze pozostaną masy, które nie zdążyły sprzedać i zostają z niczym.

Okazało się, że nasz outsider miał rację. Przed opinią publiczną większą od niego rację okazała się jednak mieć każda z „wczesnych” grup „uciekinierów”. W końcu jedna z podstaw związku przyczynowego, bliskość czasowa między przyczyną a skutkiem, w ich wypadku była dużo większa niż w wypadku naszego outsidera. W ten sposób outsiderzy mogą mieć rację z kryzysu na kryzys, a pamiętane jest głównie to, że przez długi czas „racji nie mieli”.

Mamy i powód kasandryczności Petera Schiff-a. Jego słowa nie mogą się ziścić, póki nie zaczną głosić ich inni, którzy w związku z tym muszą zostać wzięci za prawdziwych proroków, podczas gdy on chronicznie ostrzegać będzie po próżnicy.

Materiał do prognoz
Nie pojawiałaby się kwestia niefrasobliwości publiki wobec omenów kolejnych kryzysów, ani jej niewdzięczności wobec ich proroków, gdyby nie istniały same kryzysów. Jaka jest przyczyna zjawiska, ostrzeżenia przed którym ludzi takich jak Peter Schiff, Mike Maloney, James Richards czy John Stossel nie mogą być słyszane, mimo że potwierdzają się co kolejny tegoż zjawiska przypadek?

Bezpośrednie przyczyny (choć da się je uzupełnić) są powszechnie znane. Utrzymywanie przez 7 lat stóp procentowych na 0-owym poziomie przez FED, a w Europie nawet ich ujemność, połączone z olbrzymią inflacją dolara (a potem euro) nie amortyzowaną stopniowym wzrostem cen (które będą w którymś momencie musiały w związku z tym wzrosnąć wybuchowo) musiało zrobić swoje szkody w gospodarce.

Ciekawszym jest, czemu do takiego procesu stymulacji gospodarki w ogóle dochodzi. Czemu inwestorzy, biznesmeni i finansiści, którzy posiadają przecież środki intelektualne by dostrzec mechanizm przegrzewania i chłodzenia się gospodarki, nie żachną się na zyski, które przyjdzie im raz na 7 lat z nawiązką stracić, i nie zadzwonią na alarm?

Za ślepotą tą stoi filtr interesu własnego, zawężający pole widzenia, by móc przekonywać samego siebie do błogosławieństw rozkręconej hossy na podstawie jej tylko bieżących efektów. A za filtrem tym stoi fakt, że w okresie hossy zarabiają głównie finansiści, inwestorzy, przemysłowcy, a w okresie bessy tracą tracą głównie drobni ciułacze i podatnicy. Inwestorzy instytucjonalni wiedzą bowiem lepiej niż drobni ciułacze, kiedy na horyzoncie zjawia się hossa a kiedy bessa, podczas gdy ci ostatni zazwyczaj kupują „upewnieni już” co do trwałości hossy, a więc na jej górce, sprzedają natomiast przyciśnięci do muru swoją sytuacją finansową w dołku bessy. W trakcie bessy inwestorzy instytucjonalni przerzucają się na bezpieczne aktywa, surowce, rynki zagraniczne lub (do niedawna pewne) obligacje rządowe; a drobni ciułacze zostają bez oszczędności i bez pracy za to z akcjami, które muszą natychmiast sprzedać. Nawet przedsiębiorcy spoza branży finansowej zostają ze swoimi zakładami uziemieni, będąc zmuszonymi czekać na wzrosty. W dodatku za część lekkomyślności finansjery w trakcie hossy przychodzi w trakcie bessy zapłacić każdego rozmiaru podatnikom, bo np. bank jest „zbyt duży by upaść”, więc „trzeba” go uratować - przez co robi się jeszcze większy.

Mamy już pełen obraz sytuacji. Wiemy już zarówno czemu ludzie, stanowiący dla kryzysów materiał, w owe kryzysy brną, jak i czemu ich nie dostrzegają, a spostrzeżenia osób, które je wcześniej dostrzegły, ignorują. Przy Wall Street znajduje się największe kasyno świata. Poziom spotęgowanego w ostatnich dekadach lewarowania najlepiej tego dowodzi. A w kasynach panuje jedna zasada: house always wins. Jedyna rada to nie wchodzić do kasyna. Sprzeciwić się promowanej przez finansjerę a realizowanej przez banki centralne huśtawce boomów i bustów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.