Facebook Google+ Twitter

Piątek w Barcelonie - Blur, The Knife i inne rewelacje

Drugi dzień w Parc del Forum był równie nieprzyzwoicie wypełniony koncertami znakomitych artystów. Primavera to trening dokonywania wyborów, ale te najboleśniejsze i tak miały dopiero nadejść...

 / Fot. xarleneKatarzyna: Piątek to zdecydowanie mój ulubiony dzień podczas całego festiwalu. Niemal wszystko, co zobaczyłam, było zaskakująco świetne. Choć zaczęłam od lokalnych wykonawców - nie zrobił na mnie wrażenia Halcon, bliżej nieznany zespolik o mocno rockowym brzmieniu, na temat którego ciężko znaleźć informacje w Internecie. Szybko opuściłam więc okolice sceny Smint/Myspace i na Ray Banie przyjrzałam się Dulce Pajara de Juventud, którzy radzili sobie nieco lepiej. Barcelońska grupa produkuje dźwięki poprockowe przy pomocy dwóch gitar, perkusji i basu, wokalista ma głos dosyć wysoki. Nie było to najgorsze granie, ale nie przekonało mnie do pozostania na zewnątrz, gdzie tego dnia dął niemiłosierny wiatr. Postanowiłam udać się do hotelu Zero Diagonal, gdzie na tarasie miał miejsce pokaz prasowy zespołu Sex Jams w ramach spotkania dotyczącego festiwalu Waves Vienna. (Zagrali później drugi raz dla pełnej primaverowej publiczności na scenie Adidas Originals o drugiej w nocy, ale wtedy skakałam pod Heinekenem do rytmu "Parklife"). Ten austriacki zespół "prosto z wiedeńskiego udnergroundu pulsującego DIY" to bardzo udana fuzja rocka i noise'u w stylu Sonic Youth. Hałas produkują przy pomocy dwóch gitar, basu i rozkrzyczanej wokalistki. Jak stwierdził basista mamy sześć gitar na dwóch gitarzystów, jak dla mnie to trochę idiotyczne - zamiany powodowały przerwy w występie, ale brzmienie na tych różnicach w sprzęcie zdecydowanie zyskiwało. Duszą zespołu jest jednak Katarina Trenk, o przyjemnym, mocnym głosie, którym krzyczała zadziorne teksty, wijąc się przy tym po całej dostępnej przestrzeni, skacząc, zaczepiając publiczność i wymachując wszystkim, co miała pod ręką. Prawdziwe szaleństwo. Czasami piosenki zawierały raczej melorecytację niż wokal, częstym motywem są swoiste rozmowy wokalistki z jednym z gitarzystów. Całość, przynajmniej na żywo, sprawdza się znakomicie.

Później postanowiłam nadrobić zaległości z zeszłorocznego Offa - na pierwszy ogień poszli Kurt Vile & the Violators. Wykonawcom marzył się dym na scenie, jednak morderczy wicher niweczył wszelkie wysiłki w tym kierunku. Pomagał również wokaliście w zasłanianiu twarzy włosami. Kurt od pierwszych słów zadeklarował wielką miłość do publiczności, później równie obojętnym tonem obsypując nas komplementami pomiędzy piosenkami. Na początku dominował materiał z tegorocznego albumu, "Walkin On a Pretty Daze" dosyć spokojny i stonowany, o tekstach z przewagą "yeah yeah yeah". Pomimo wysiłków gitarzystów wypadało to raczej mdławo. Vile rozkręcił się dopiero pod koniec, przy starszej kompozycji, "Peeping Tomboy" z poprzedniego albumu. Piosenki z płyty "Childish Prodigy" brzmiały już doskonale - zadziorne, mocne, z krzyczącym Kurtem. Szkoda, że cały występ nie był na miarę wykonania "Hunchback" i "Freak Train".

Natalia: No niestety, mam to samo wrażenie. Offowy koncert podobał mi się bardzo, i szczerze mówiąc kompakt z „Walkin…” nie wydawał mi się do tej pory jakoś szczególnie odbiegać od wcześniejszych albumów, a jednak jakimś cudem okazał się on być na żywo dość miałkim materiałem. Takie smęcące granie, przerost formy nad treścią, których zbalansowanie tak bardzo u Kurta lubiłam. Można się było w dłużyznach pogubić, i dopiero na koniec wykrzesał z siebie trochę inwencji – dwa ostatnie utwory, absolutnie potwierdzam, zabrzmiały znakomicie. Wróciła energia rocka, nie było już pompatycznego pitolenia na gitarze.

Katarzyna: Miałam zamiar zobaczyć również Daughna Gibsona, ale w ostateczności na dwie godziny schowałam się w przytulnej sali Auditori Rockdelux, gdzie czarowali mnie smutni panowie. Co tymczasem działo się na zewnątrz?

Natalia: Dzięki znajomości zawartej w metrze (para Rosjan, dzielnie obserwujących moją walkę z programem na piątek), wylądowałam na początek na koncercie Mulatu Astatke w Auditori takoż. Trudno uwierzyć, ale właściwie nie było kolejki, ale sala prawie pełna. Piękny początek dnia – zaciszne wnętrze, doskonała akustyka, która przyczynia się mocno do wyjątkowości wszystkich zorganizowanych w Auditori wydarzeń, wreszcie rzadka okazja posłuchania jazzu na Primaverze – nie pamiętam, by w ostatnich latach cokolwiek z tej dziedziny pojawiło się w line-upie. Koncert był wyciszającym doświadczeniem, imponująca ilość muzyków elegancko ubranych prezentowała lekkie kompozycje, przypominające filmowe historie, z elementami muzyki etnicznej.

Właśnie mi się przypomniało, że zanim dotarłam na smęcenie Kurta Vile, zajrzałam na ATP, która w tym roku stała się w moją ulubioną sceną. A tam Ghostdigital, znany z Sucarcubes Einar Orn Benedtiktsson, a więc legenda współczesnego grania. Och cóż to był za koncert! Dwóch młodzieńców robiło swoje hałasy, pracowicie eksploatując laptopa i gitarę, podczas gdy On opowiadał historie. Zanurzyliśmy się na moment w oparach kompletnego absurdu: było o „cichym drinku”, na który wszedł do baru, kiedy jakiś typ zaczął go popychać po całym barze, i Jezusowej postawie bohatera. Było o sofie, z którą się utożsamił, i o tym, co taka sofa czuje, kiedy para zaczyna się na niej rozkręcać. Były krzyki, turlanie się po scenie, dramatyzm, i totalny absurd właśnie. Świetne, zabawne i inne niż wszystko widowisko.

No tak, potem wróciłam, postanowiwszy sprawdzić Merchandise. Nie wytrzymałam długo – pretensjonalne zimnofalowe granie, zblazowane wokale, och tacy jesteśmy cudowni i słuchaliśmy sporo Editors, to już dawno nie moja bajka. Po drugiej płycie Interpolu niewiele w tym temacie wydarzyło się rzeczy wartych uwagi – Merchandise to po prostu jeden z wielu indie banałów. Niestety podobną opinię muszę wyrazić o Peace, których z ciekawością odkrywcy postanowiłam sprawdzić przed kolejnym dużym wydarzeniem – i tym razem trafiłam na indie, tym razem takie wesołe, którym dowodził pan w kiczowatym płaszczu, och cóż za radość robić pop. Znudzona spróbowałam jeszcze raz, tym razem wchodząc do estetycznego pudełka Ray Bana, gdzie teoretycznie odbywały się koncerty unplugged. Nieważne, udało mi się zobaczyć kilka minut występu Guardian Alien i była to dobra namiastka – nie zdołałam co prawda zobaczyć źródła dźwięków, ale brzmiały one jak przemyślana psychodela zmieszana z bezwzględnym noise grane w improwizowanej manierze. Wokalistka ze swoim pseudotalentem niewiele do całości wnosiła, ale jako całość zapowiadali ciekawy materiał – do sprawdzenia na Offie w Katowicach zdecydowanie.

Dopiero po ósmej los się odmienił – na niebie toczyła się właśnie mordercza walka czarnych chmur z resztkami dziennego nieba, kiedy na ATP zjawili się Om. Doskonały koncert, mantryczna wędrówka po zakamarkach ciemnego, posępnego grania, któremu wystarczą minimalne środki: złowieszczy wokal, klawisze i tamburyn. Om zaczyna i świat pogrąża się w ciemnych dronach. Niestety nie powiem wam, co dokładnie zagrali – warto się jednak przyjrzeć Amerykanom uważniej.

Po Om przyszedł czas na The Breeders grających „Last Splash”, czyli sfeminizowane, dość punkowe kobiety w średnim wieku prezentowały jeden z dość ważnych dla alternatywy albumów. Niestety akustycy już zdążyli się opamiętać i koncerty brzmiały zdecydowanie ciszej, co pozwoliło hiszpańskiej publiczności bezczelnie zagadywać ten stosunkowo stonowany występ. Zamiast przyjemności doświadczania czegoś historycznego, zbuntowanych riffów, klasycznych linii basu, niesztampowej romantyki Breedersek, miałam okazję zapoznać się z menu śniadaniowym swoich sąsiadów i innymi pierdołami, które z jakiegoś powodu interesowały ich bardziej niż muzyka, ale nie mogli się z tym nieco oddalić. Mówię wam, prawdziwa tortura, po której nawet nie chce się pisać, jak pięknie brzmiał „Cannoball” i jak fajnie w surowych piosenkach sprawdzają się skrzypce.

Katarzyna: Na szczęście w Auditori zebrali się widzowie w mniej rozmownych nastrojach, nic dziwnego zresztą - koncert Daniela Johnstona, na który się tam udałam, był płatny dodatkowe 2 euro i wymagał około czterdziestu minut (raz po bilet, drugi przy wejściu...) stania w kolejkach. Ale warto było! Johnston to prawdziwy fenomen - chyba nie można rozpatrywać go w innych kategoriach. Choruje na schizofrenię przez co do typowych muzyków nie należy i nie tak łatwo zobaczyć go na żywo. Ten singer-songwriter mocno osadzony w estetyce lo-fi występuje obecnie w towarzystwie przygrywającego mu zespołu - gitarzysty, basisty i perkusisty, którzy aranżują w nieco bogatszy sposób jego surowe kompozycje, choć czasem, jak w przypadku "Speedy Motorcycle" po prostu plumkają na klawiszach naśladując wersję pierwotną. Johnston stał z przodu sceny, w uroczej koszulce z symbolem Super Mana, sweterku i dresach, jakby cały czas przebywał w zaciszu własnego domu. Pod ręką miał libretto, za sobą wsparcie muzyczne. Za każdym razem, gdy się wypowiadał, zastanawiałam się, czy dowcip jest zamierzony, czy stanowi efekt przypadku... Pojawiły się najpiękniejsze z olśniewających wdziękiem swej prostoty kompozycji Johnstona, jak "Silly Love" czy śpiewana a capella "Funeral Home". Publiczność gromkimi owacjami przyjęła "Walking the Cow" i "Casper the Friendly Ghost". A na koniec absolutny killer - "True Love Will Find You in the End". To był koncert równie poruszający, jak ta piosenka.

Pół godziny później na scenie pojawił się kolejny smutny pan - Christopher Owens. Wokaliście odzianemu w garnitur towarzyszył liczny zespół wyposażony oprócz standardowych instrumentów, czyli gitary, basu i perkusji, także we flet poprzeczny, saksofon i harmonijkę, w jego skład wchodził również dwuosobowy chórek damski. Całość robiła nieco obciachowe (mamy lepszy odpowiednik słowa "cheesy"?...) wrażenie - towarzystwo wyglądało i brzmiało trochę jak zespół przygrywający do kotleta w restauracji. Jednak przygrywali bardzo elegancko i wkrótce udało im się zatrzeć to odczucie. Owens zaprezentował głównie materiał z najnowszej płyty, wszystko okraszając "Lysandre's Theme" niczym na ścieżce filmowej. Temat pojawiał na koniec prawie każdej piosenki, opracowywany na najróżniejsze sposoby, przez wszystkie instrumenty po kolei. Dodatkowo usłyszeliśmy także covery - "Wild World" Cata Stevensa, a na zakończenie "Don't Think Twice It's Allright" Boba Dylana, wprowadzające nieco optymizmu w aurę wszechobecnego heartbreaka. What if I'm just a bad songwriter and everything I say has been said before? zastanawiał się muzyk ze sceny. No cóż, wtedy można zawsze elegancko zagrać swoją wersję smutnych piosenek o miłości i wręczyć kwiaty komuś z pierwszego rzędu, zawsze będzie uroczo.

Natalia: Potem nadszedł czas na jedną z oczekiwanych legend – The Jesus and Mary Chain. Piękny koncert, w którym zabrakło nam tylko większej ilości hałaśliwych gitar – muzycy ostrożnie dobrali repertuar tak, że zabrzmiało to raczej jak występ BRMC, rockowe indie, z pazurem, acz bez tej spodziewanej energii, typowej dla shoegazeowych koncertów. Mimo to cudownie było tańczyć na krzesłach do dźwięku takich klasyków jak „Just Like Honey” (zagranym razem z Blindą z MBV), „Some Candy Talking” czy „Happy When It Rains”, rzecz jasna zagranych perfekcyjnie.

Katarzyna: Szkoci pokazali swoje bardziej popowe oblicze, choć było i nieco moich ulubionych brzmień - najlepiej wyszło chyba "Cracking Up". Całości jednak zdecydowanie brakowało brudu, szumów, przesterów, pisków i trzasków kompozycji takich jak "Taste the Floor" czy "Upside Down". Koncert nieco zachowawczy, jakby ugrzeczniony ze względu na wielki krzyż świecący za plecami muzyków, choć przecież nie było na nim Jezusa karcącego boleściwym spojrzeniem... Hity jednakowoż zawsze miło usłyszeć na żywo, więc energię nadrobiłyśmy samodzielnie.

Natalia: Gdzieś po drodze widziałam też zespół Paus – krótkie spotkanie narobiło apetytu, bo Portugalczycy robią to, co lubię najbardziej: dużo skoordynowanego hałasu. Dwie perkusje, równolegle ustawione z przodu sceny, dwa różne tempa i różne rytmy, i do tego bas, gitara i trochę klawiszy. Kwartet przepięknie wali we wszystkie instrumenty, wyzwalając noise'ową energię godną mistrzowskiego tytułu. Zdecydowanie warto śledzić, i marzą mi się teraz gdzieś w Polsce. Na Offa byliby jak znalazł. Z odkryć trafiłam też na Moonflower, młody post-rockowy zespół z Hiszpanii, który całkiem nieźle zaprezentował się na Smintowej scenie. Wreszcie przepięknie wypadli Neurosis w swoim epickim wręcz występie, składającym się z siedmiu długich, monumentalnych kompozycji. Było mocno, czasami nawet lirycznie – ciemne, post-metalowe kompozycje zdecydowanie przetrawione i zaimpregnowane przez lata zabrzmiały, co za sztampa, jak dobre wino. Uznanie dla kunsztu, i rekomendacja: nie lękajcie się metalu, wcale nie jest taki straszny. Szczególnie w takim wykonaniu.

Katarzyna: Ja po Jesusach pobiegłam na scenę Vice zobaczyć końcówkę Daughter. Gdy wreszcie udało mi się tam dotrzeć tegoroczni debiutanci grali "Smother" i po raz pierwszy bliskie usytuowanie dwóch scen dało mi się we znaki - w delikatne dźwięki smutnej piosenki wdzierały się odgłosy grających obok na Pitchforku Doldrums. Duży błąd. Na szczęście potem Anglicy zagrali hit: "Youth" i już nie dali się przyćmić dźwiękom electro. Ten hymn smutnych ludzi brzmi na żywo doskonale, jak zresztą wszystko, co udało mi się usłyszeć w wykonaniu tego tria. Na uwagę zwracał gitarzysta, który grał przy pomocy smyczka niczym Jonsi. Cały zespół był lekko onieśmielony i zachwycony publicznością, która na ten występ zgromadziła się tłumnie: przecież gra teraz tyle świetnych zespołów, dziękujemy wam bardzo, że przyszliście nas zobaczyć! Był to dobry wybór.

Nie żal nawet Jamesa Blake'a, mimo, iż to, co udało mi się zobaczyć, czyli końcówka jego występu, była znakomita. Delikatne dźwięki przeplatały się z intensywniejszymi, tanecznymi momentami w idealnej harmonii. Głos Jamesa jest niesamowity. Za każdym razem, gdy w finałowym "Retrograde" nucił początkową frazę, widownia piszczała.

Natalia: Pozostało nam jeszcze Blur i The Knife – dwa fantastyczne występy. Powiem krótko: Blur zaskoczyli formą, przechodząc po prostu samych siebie. To już nie jest brit-pop, ale dojrzała, przemyślana, pełna niespodzianek muzyka. Wystąpili z całym chórem i masą dęciaków, przerabiając wszystkie hity, jakich mogliśmy zapragnąć, w przepiękne widowisko. Openerowicze, przygotujcie się na genialny spektakl. (Przy okazji, wciąż sądzę, że chór, który sporo udzielał się w tym występie, to muzycy Tinariwen). A The Knife przekonało mnie do swojej nowej płyty ostatecznie – trudne „Shaking the Habitual”, którego nie trzeba przedstawiać, okazało się doskonałym materiałem do niespodziewanych eksperymentów. Byli i tancerze, i fantastyczne instrumenty, które Szwedzi pewnie sami zaprojektowali, wokalistka zmieniająca peruki, no i doskonały, trybalny spektakl, wypełniony hipnotyzującą muzyką. Prze-pię-kne.

Katarzyna: Potwierdzam. Po Albarnie i spółce nie spodziewałam się niczego szczególnego, chociaż wiadomo, że ich set musi być wypełniony hitami i jeśli tylko lubi się Blur (jak tu nie lubić Blur?... To jak nie grać nigdy w FIFĘ... albo być z Mogwai) to nie można być niezadowolonym. Ale oprócz prostej radochy ze słyszanych na żywo skocznych przebojów dostaliśmy naprawdę eleganckie wykonania tychże. Aranżowane w ciekawy sposób, o pełnym, bogatym brzmieniu, no po prostu klasa. Najwyraźniej zamiast nagrywać nowy materiał zespół porządnie wziął w obroty stary. Efekt jest fantastyczny i również gorąco polecam ich Openerowiczom. Coxon zaśpiewał "Coffee & TV", udzielił się w chórku przepięknie gospelowego "Tender", a na deser po wszystkich parklajfach i piosenkach o chłopcach i dziewczętach dostaliśmy na koniec bisów "Song 2". Najlepiej.

Koncert The Knife za to nie każdemu przypadnie do gustu, bo tutaj hitowo nie było. Ale "Shaking the Habitual" to zaskakująco dobry materiał na żywo - duet wyzwolił z niego porażające pokłady tajemniczego szamaństwa, i nawet dowcipne danceoke - na scenie zamiast wykonawców rozpanoszyli się tancerze rozbrajająco łamiący synchronizację i biegający w kółko - nie było w stanie zakłócić magicznego nastroju. Przy tych dźwiękach nie sposób usiedzieć w miejscu, trzeba ruszać chociażby jedną stopą. Żeby nikt nie miał wątpliwości (choć nie powinien, bo brzmienie było jak najbardziej żywe), że nie mamy tu do czynienia z imitacją koncertu, wokalistka pojawiła się na scenie kilka razy, ale prym wiedli tańczący. Obok nowego materiału pojawił się "One Hit" i na koniec "Silent Shout" na pocieszenia dla tych, którzy preferują mniej eksperymentalną stronę szwedzkiego duetu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.