Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10741 miejsce

Pięciu na sto

Właśnie założył kombinezon i wsiadł do helikoptera. Koledzy z pracy zajmują miejsca obok niego. Śmigło powoli rozpędza się i maszyna, niczym ciężarna ważka, odrywa od ziemi krótki ogon.

... / Fot. Ela WiejaczkaZa czterdzieści pięć minut wyląduje na platformie Anholt, kilkadziesiąt kilometrów od linii brzegowej Niemiec. Mężczyzna zajmie jedną z kajut, która tylko metrażem i piętrowym łóżkiem przypomina więzienną celę, a potem pójdzie na kolację. Delikatne mięso moczone w wyśmienitym dipie, warzywa na parze i makrele, których łowienie z deku nie trwa dłużej niż trzydzieści sekund, wszystko to czeka już, przygotowane wprawną ręką kucharzy z Indonezji i Chorwacji.


- Po pierwszej odsiadce miałem zryty łeb – mówi K. – Byłem strasznie agresywny.
Siedzimy na rynku w Bielsku-Białej, rodzinnej miejscowości mężczyzny. Wieczorne ożywienie miasta, zmierzch, na naszym stoliku brakuje popielniczki. K. ładnie prosi kelnerkę, bo „nie chciałby jej strzepywać popiołu do kwiatka”. Spokój jego słów kontrastuje z treścią.

- Czemu? Byłem zamknięty. Udowodniono, że po sześciu miesiącach więzienia masz nieodwracalne zmiany w mózgu, a ja czasem siedziałem sam w celi karnej. Za kwity naganne – bluzganie, kopanie po drzwiach. Nikt nie widzi, to i gady niekiedy przyjdą cię zbić. Znam chłopaków, którym nogi połamali. Kaftan zakładają, wiążą ręce pod nogami i biją. Nie wychodzisz potem na widzenie. Jesteś chory i chuj, siedzisz na szpitalce.

Gliwice, Herby, Bielsko-Biała – te zakłady zwiedził podczas pierwszej odsiadki, trwającej dwa lata. W więzieniu szponcił, żeby zarobić. Na narkotykach, bo na tym jest największe przebicie – nawet tysiąc procent. Sprzedawał haszysz, który wjeżdżał na zakład w Nutelli.

- Odklejasz delikatnie złotko, którym zabezpieczona jest czekolada, podgrzewasz denko, a kiedy zawartość robi się płynna, wciskasz w nią pudełeczko z dragami. Potem tylko doklejasz złotko i Nutella wygląda jak nietknięta – tłumaczy. – Po jakimś czasie miałem wszystko tak zorganizowane, że nawet nie musiałem dotykać towaru. Ale teraz są goście, którzy potrafią połknąć nawet 100 g haszu w kondomie. Łyknie, a później wyrzyga, tak to jest sprytnie popakowane.

Mówi zwięźle, jak ktoś, kto skondensował życie w niedługie opowiadanie. Jego umysł pracuje szybko i precyzyjnie, wykonując zadanie po zadaniu, którym post factum nie przydziela zbyt wielu gigabajtów pamięci. Trzy czy pięć miesięcy na wolności, osiem czy czternaście – dzisiaj to nie jest ważne. O tym, jak wyglądał jego pierwszy dzień w więzieniu, też mówi krótko, tylko tyle, że musiał zapracować na szacunek. W zakładzie karnym nie wolno trzymać komórek, ale niektórzy je posiadają. K. miał za zadanie podać telefon w śmietniku z celi do celi. „Jak się nie rozjebiesz, będziesz miał wszystko”, powiedział mu współwięzień. K. zdał egzamin.

Kulisy polskiego więziennictwa odsłania nieco film „Symetria”, sporo można przeczytać w sieci. Wiele artykułów potwierdza negatywny opis więziennej egzystencji, o którym usłyszałam od K. Na jednego skazańca przypada 3m2 podłogi, rolka papieru toaletowego na miesiąc i prysznic raz w tygodniu. Dwa i pół tysiąca złotych, o których huczą media, wąskim strumieniem skapuje w miski osadzonych. Wyżywienie więźnia to 4,80 zł dziennie, no chyba, że jest na diecie cukrzycowej, wtedy stawka wzrasta o 2 zł. Z życia w areszcie można się trochę wyedukować czytając blog więźnia „Życie w Kratę”. O dzieleniu celi z długoterminowcami, podejściu do gaciarzy - jak skazańcy określają gwałcicieli i pedofilów - a także o śmieciowym jedzeniu.

- Karaluchy, pluskwy, woda kapiąca ci z sufitu na mordę, wilgoć. Na Jastrzębiu myliśmy się bez ciepłej wody. Musiałaś ją nabrać do wiadra, wziąć kubeczek i się tym kurwa kubeczkiem zmywać na łaźni, gdzie były powybijane szyby. W zimie było tam minus dwadzieścia. Mówią, że w więzieniach jedzą lepiej niż w szpitalach – myśmy spleśniały chleb dostawali! Jak była zupa – ziemniaczana się nazywała – a w niej jedna kostka ziemniaka, to już było coś! Niektóre gady na Jastrzębiu potrafiły przy wszystkich wypierdolić do śmietnika to, co zostało z poprzedniego dnia.

O zakładzie w Gliwicach mówi „bieda”. Żeby się napić ciepłej herbaty, musieli wykombinować grzałkę: złamane w pół denko od konserwy, dwie zapałki, nitka i kabelek. Skręty robili z Biblii, bo ma cieniutkie kartki. Żeby wieczorem poczytać książkę, majstrowali świeczki. Targali prześcieradło, pletli z niego warkoczyk i maczali w margarynie, „śmierdziało jak chuj, ale się jarało”. Bo w zakładzie karnym, jak na kolonii letniej, gasi się prąd po 21-szej. Z współwięźniami czasem się bił: „jak siedzisz z kimś 23 godziny na dobę w małej celi, to powód zawsze się znajdzie”. Pozostała godzina to wyjście na spacerniak: kilka metrów w prawo, kilka w lewo, w lecie nagrzane jak pustynia Namib, a w zimie „rzęsy zamarzają”.


Pierwszy raz siedział za samochód, którego nie ukradł.
- Mnie tam nie było. Nawet policjant, który mnie zatrzymywał, nie był pewny. Napisałem później do tego programu, w którym wyciągali błędy sądownictwa, „Państwo w państwie”, że mam dowody, ale nie odpisali. Wiesz na jakiej podstawie mnie skazali? Przyprowadzili na rozpoznanie czterech gości – trzech z włosami na żelu i ja, z łysą głową. Patrzy na nas świadek i mówi: „Nie jestem pewien, to chyba żaden z nich”. Odzywam się do tego psa: „Mówiłem, człowieku, że to nie ja!”. A on wtedy: „Teraz cię poznaję! Bo cwaniakujesz!”. To wystarczyło.

Po 25 miesiącach wyszedł na wolność gorszy. „Nie miałem zdrowo w głowie”, mówi dzisiaj o tamtym czasie i wcale nie dziwi się, że nie kosztował wolności długo. Wrócił za kraty po trzech (pięciu?) miesiącach za pobicie.
- Szedłem kiedyś nad ranem, zobaczyłem trzech gości i przypomniałem sobie, że to kanary autobusowe – panowie, którzy mają taką nieładną pracę. Byłem pijany, oni też. Zwyzywałem ich, a potem pobiłem. Najlepsze, że na sprawie mnie nie rozpoznali, ale sędzia i tak mnie skazała. Wyszedł jeden poszkodowany i mówi: „To nie on”. Wyszedł drugi – „to nie on”, trzeci to samo. Ale ta młoda rura powiedziała, że „z doświadczenia sądu” wie, że to ja i znów posiedziałem dwa lata.
- Kiedy pierwszy raz kogoś pobiłeś? – pytam.
- W podstawówce. Lałem, kogo się dało. Nie wiem, jak często – bardzo często, na weekend na pewno – mówi, po czym wspomina. – Mama raz z jajka dostała. Nie chciałem, żeby poszła na wywiadówkę. Zaczaiłem się za sklepikiem i rzuciłem jajem w jej czerwony płaszcz. Była brudna, więc się wróciła do domu.

Do osobistej listy zakładów karnych dopisał Cieszyn i Jastrzębie Zdrój. Kiedy wyszedł, założył z kolegą firmę dekarską i zapisał się do liceum. Radość z nowego życia nie trwała długo: zaledwie osiem (czternaście?) miesięcy. Któregoś razu w mieście poczuł klepnięcie w ramię.
- Szpila? – usłyszał.
- Tak, a ty kto?
- Z policji. Masz wyrok do odsiedzenia.
- Co ty pierdolisz! Ja mam wszystko odsiedziane!
Zadzwonił do adwokata, który zapewnił, że K. ma czyste konto. Ale szybko okazało się, że wyciągnięto sprawę sprzed lat i że już zapadł wyrok, o którym nikt go nie poinformował.
- Nawet nie mogłem się odwołać, wjechałem prosto na puchę – mówi K. – Za to, że mając 17 lat pobiłem gościa. Ściągali go aż z Anglii. Nie chciał zeznawać, ale policja mu kazała.

Pojechał prosto do Jastrzębia Zdroju. Był już ojcem i miał na córkę płacić alimenty, więc żeby coś zarabiać, zgłosił się do melioracji rzek. Za pracę od szóstej do siedemnastej ustalono wynagrodzenie 1200 zł. Po wyjściu z więzienia okazało się, że komornikowi przekazywano tylko sto złotych miesięcznie, więc jego dług urósł do kilkunastu tysięcy. K. dodał coś, co mocno mnie zdziwiło: „Praca w zakładzie karnym jest przywilejem. Większość skazanych chętnie zaciągnęłaby się choćby tylko dlatego, żeby jakoś zabić czas. W praktyce wygląda to tak, że musisz wychowawcy ciągnąć druta, żeby cię wysłał do pracy”.

Interesował mnie moment przełomowy: zmiana poglądów, nowe spojrzenie na życie, wprowadzenie idei w czyn. K. rozłupał mój skostniały światopogląd. Nie miał mi wytłumaczyć więcej, niż tłumaczy jedno, niezbyt długie słowo: „Wydoroślałem”. A więc nie zawsze życie toczy się według reguł zrozumiałych dla kobiety. Nie potrzeba laboratoryjnych analiz ani rozkładania decyzji na czynniki pierwsze. Można działać jak on, podobny do komputera, który zamyka jeden folder i otwiera nowy.

- Coś takiego, jak resocjalizacja nie istnieje – mówi K. – Może na początku, zaraz po studiach, terapeuci mają jakieś ideały. Słuchają cię, mówią: „Rozwiążemy ten problem”. Przez pierwsze dwa-trzy miesiące. Potem wchodzisz do ich pokoju i słyszysz: „Wypierdalaj! Nie widzisz, że pracuję?!”. Wychowawcy wrzucają do jednej celi chłopaków, którzy jechali po pijaku na rowerach z takimi, co popełnili kilka morderstw. Jaka resocjalizacja?

K. chciałby, żeby w więzieniu odbywały się regularne spotkania, na których można przedyskutować problemy. Mówi, że takich nie ma i że nie spotkał się z żadnym sensownym wychowawcą. A przecież my - jako społeczność - oczekujemy, że osadzony wyjdzie z zakładu lepszy. Na czym zatem powinna zasadzać się resocjalizacja? W ramach kary izolujemy więźnia od społeczeństwa, a z drugiej strony chcielibyśmy, żeby po odbyciu wyroku był zdolny do poprawnego w nim funkcjonowania. Jak to zrobić, skoro więzień nigdy nie miewa kontaktu z tak zwanym „normalnym życiem”? „Ciężko w przypadku tych osób [osadzonych] mówić o resocjalizacji, bo one nigdy nie przeszły przez socjalizację” – czytam w ‘Resocjalizacja w polskim więzieniu to mit’. W Uhercach Mineralnych, gdzie w ramach terapii antyalkoholowej pokazywałam więźniom slajdy z Tanzanii, usłyszałam od jednego z wychowawców: „Skazani mówią o prostych rzeczach. Dziwią się słysząc, że o problemie mogliby porozmawiać z żoną. Nigdy tak nie robili. W ich środowisku o kłopotach się nie rozmawia, tylko idzie się pić”. Nawet tam, do uzależnionych, psychiatra przyjeżdża raz na miesiąc i przez godzinę przyjmuje trzydziestu potrzebujących. Nie rozmawia, bo na to nie ma czasu, więc tylko wypisuje leki.

Czas mają osadzeni, dlatego w zakładach karnych bardzo dużo się czyta. Według niektórych sondaży nawet 80% skazanych sięga po książki. K. także korzystał z biblioteki. Przeczytał Wołoszańskiego, Coelho, Hobbita i wszystkie części Conana. W niektórych więzieniach biblioteka jest obszerna, „na Gliwicach tylko radyjko, siedzisz z jednym gościem pod celą kilka miesięcy, ale już po kilku dniach znasz całe jego życie”. Więźniarki piszą: „Siedzieć to znaczy: tęsknić, zabijać czas, sprzątać i czekać”. Albo: „Siedzę w celi, nie pracuję, nie uczę się. Maluję, czytam książki i oglądam telewizję. Tak, bo tu się leży i ogląda telewizję, ale nie dlatego, że to jest takie fajne, tylko dlatego, że nie mamy innych możliwości, chociaż chciałybyśmy, żeby było inaczej. Zresocjalizowałam się sama”.

- Na widzeniach też cię potrafią zgnębić – opowiada mężczyzna. – Kiedyś przyszła na widzenie moja panna z córką, dziecko miało dwa miesiące. Dziewczyna musiała ją prawie do naga rozbierać, udowodnić, że nic nie przemyca. W więzieniu jesteś zerem. A potem wychodzisz na wolność i dostajesz – jak ja po 25 miesiącach – 50 zł do ręki. Co miałem z tym kurwa zrobić? Kupiłem ramkę szlugów i parę browarów.

- Na Jastrzębiu robią terapię dla alkoholików – ciągnie. – Wysyłają na nią nawet tych, którzy nie mają z alkoholem nic wspólnego, bo na to dostają kasę. Ja też chodziłem. Poznałem w zakładzie Andrzeja, on poszedł na antynarkotykową, a ja na AA. Andrzej to było dno, takie, co to na dworcu w Katowicach ćpa herę, totalna szmata. Jego ojciec handlował heroiną, więc Andrzej zaczął od razu z grubej rury. Poszliśmy na terapię, trzymaliśmy się razem, po wyjściu on mieszkał w przytułku dla bezdomnych, ja sobie ogarnąłem mieszkanie i pracę. Gdybym ci pokazał jego zdjęcie sprzed czterech lat i dziś – nie poznałabyś. Dzisiaj to pan weganin, ostro trenuje walki, ładnie się potatuował. Terapia mu pomogła, ale takich wychodzi, uwierz mi, może pięciu na sto. Myślę, że trzeba dojść do samego dna, ale jak już się odbijesz, to na ostro. Tacy ludzie, którzy stracą wolność, potrafią później docenić każdy dzień. Każdy z nich żyje z pasją.


Na górę Żar jedziemy starą Hieną, w której piąty bieg trzeba zmieniać w dwie osoby. Jest późne popołudnie, K. chce się koniecznie pochwalić okolicą. To tutaj w wolnym czasie przyjeżdża na rowerze albo motorze, na który nie ma jeszcze uprawnień. Serpentyna drogi wije się pośród ciemnego lasu, mam wrażenie, że wjeżdżamy po olbrzymim świątecznym łańcuchu na monstrualnych rozmiarów choinkę.

- Kiedyś myślałem, żeby się wyprowadzić z Polski – mówi mężczyzna. – Bo mnie tu wszystko wkurwia, każdy tylko liczy kasę. Na Słowacji kupujesz jeden skipas i jeździsz po całych Tatrach, tutaj na każdym wyciągu musisz mieć osobny karnet – żeby przypadkiem sąsiad nie zarobił o dwa złote więcej! Teraz się ludzie zaczynają bawić dronami, to już chcą wprowadzić na to licencję! Jak tylko zobaczą, że coś można opodatkować – to jeb! Tak samo obietnice wyborcze. Powinno być tak, że jak ich nie spełnisz – to nara! A oni jak chorągiewki zmieniają poglądy, przenoszą się z jednej partii do drugiej i dalej liczą kasę. Możesz zmienić jakiś pogląd, ale nie kurwa wszystkie!
- Wyszedłbyś na ulicę?
- Wyjdę. W październiku idę na marsz przeciwko islamizacji. Byłem w Szwecji i trochę się naoglądałem. Nie wiem, kiedy u nas otworzą oczy, bo jeśli nie, to będzie przejebane. Muzułmanie uciekają z krajów, gdzie są prześladowani, przyjeżdżają tu i wprowadzają te swoje popierdolone – przed którymi uciekają – prawa. Dlaczego my się na to godzimy?

Na górze K. pomaga mi wysiąść z samochodu. „Hiena” czyli bordowej maści Fiat Siena trzyma się nieźle, tylko uszczelka w tylnych, lewych drzwiach wypada, piątki i wstecznego nie da się wrzucić w pojedynkę, a przednie siedzenie pasażera przykryte jest ręcznikiem, bo niedawno wylał się tam słoik miodu.
- Chciałbym poznać jakąś wariatkę, z którą mógłbym pójść w góry czy pojechać na zawody Enduro. Tylko samochód muszę zmienić, tym mogę co najwyżej wozić kosiarkę na działkę!


K. skończył tylko podstawówkę. Trzy razy podjął próbę zdobycia wykształcenia na poziomie średnim, ale widać nie takie jego przeznaczenie. Ze szkoły zawodowej (profil: mechanik samochodowy) wypadł za wagary. Naukę na ślusarza przerwał mu przyjazd „niebieskiej taksówki”, podobnie kilka lat później zakończyła się jego edukacja w LO. Przestał już o tym myśleć. Ma teraz świetną pracę i dużo wolnego czasu, który skutecznie faszeruje beztroskimi zajęciami. Przywozi ze źródełka wodę, którą dzięki zamrażalce przekształca w strukturalną; przyrządza kiszone ogórki doprawione listkiem porzeczki i wiśni albo jedzie na działkę wujka-pszczelarza, żeby pomóc mu przy produkcji miodu i propolisu.

Po trzeciej odsiadce przez pół roku pracował na budowie i parę miesięcy w szrocie ze starymi częściami do samochodów. Zrobił prawo jazdy, a potem zdał egzamin na pierwszy stopień kursu IRATA (Industrial Rope Access Trade Association – międzynarodowe szkolenie do prac na wysokości w dostępie linowym). Ten ostatni dyplom dał mu uprawnienia do pracy na wysokości, więc przez jakiś czas robił usługi komunikacyjne – zakładał przekaźniki na kominach i innych strzelistych budowlach. Równolegle szukał pracy za granicą, bo długi alimentacyjne ciągle rosły. Wpisywał w Google „IRATA, level I, praca za granicą”. Znalazł ofertę firmy Alp-Lin: poszukiwali alpinistów do Szkocji. Pojechał.

Angielskiego nauczył się sam z książki Beaty Pawlikowskiej. Gorliwie ją studiował – na własne oczy widziałam jej pozaginane brzegi. Mówi topornie, sam się z siebie śmieje, że do dziś myli „for” z „from”, ale nie ma kompleksów i zawsze potrafi się dogadać. Dług pomału spłacił, a kontakty z pracy w Szwecji i Anglii zaowocowały nową perspektywą. K. zrobił dodatkowe kursy: pełny pakiet GWO (Global Wind Organisation – Światowa Organizacja Wiatru) i HUET (Helicopter Underwater Escape Training – Ewakuacja z zatopionego śmigłowca), a potem zainwestował jeszcze w badania lekarskie zgodne ze standardem OGUK (świadectwo Oil and Gas UK). Nadzieja urzeczywistniła się i K. dostał pracę na platformie farmy wiatrakowej Anholt na Morzu Północnym, gdzie teraz pracuje jako wykwalifikowany alpinista przemysłowy. Zajmuje się piaskowaniem i malowaniem konstrukcji wisząc „w sznurach”. Stawka: 300 euro dziennie.


- Na meetingach AA spotykałem różnych ludzi – mówi. – Był np. koleś, który podpalił kogoś po pijaku, odsiedział swoje, a teraz pływa statkiem u wybrzeży Japonii. Słuchałem go z niedowierzaniem, myślałem: „Pierdoli kocopały”. Ale na pierwszej robocie dla Alp-Lin usłyszałem od chłopaków, że jeden jeździ do Afryki, drugi w Himalaje. Oczy mi się otworzyły. Wcześniej wyjazd do Szkocji był dla mnie jak lot na księżyc. Teraz widzę, że to proste: wsiadasz i jedziesz.

Przypomina mi się jego opowieść o odsiadce w Herbach: „Tam wszyscy dostaliśmy wpierdol, tak jak żeśmy stali. Kazali nam się ustawić w rządku i szli – albo strzał w mordę albo kop w jaja. Jeden rojek był taki, tak strasznie bił, aż mu wykręcili sprawę w prokuraturze”. Jego najgorsze więzienne wspomnienie: „Paczka od ojca. Dostałem pół prześcieradła, główkę czosnku, parę majtek, długopis i kartkę. Inni dostawali przesyłki, które się uginały od jedzenia”. I przygoda z narkotykami: „Kiedyś jak kupowaliśmy sobie piguły, to po tysiąc, a teraz jedną. Mieliśmy zwykłą, czystą amfetaminę. Zajebałaś sobie kreskę, poszłaś na imprezę i spokój. A dziś ludzie są wjebani w krystaliczną: kilka miesięcy i człowiek nie do odratowania”. I krótka, sensowna odpowiedź na pytanie ‘Czemu przestałeś brać?’ - ‘A ile mogę biegać kurwa taki porobiony?’.

- Całe życie chciałem jeździć po świecie, uprawiać sport, tylko mnie na to nie było stać – ciągnie K. Dokładnie tydzień temu skończył 31 lat. – Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby rodzice pokazali mi coś innego.

W tym roku na wakacje pojedzie do Indii. A może do Tajlandii.



Imiona, nazwa platformy oraz firmy, dla której bohater obecnie pracuje, zostały zmienione. W momencie publikacji tego tekstu K. od miesiąca samotnie podróżuje po Indiach.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.