Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

44150 miejsce

Piekielnie głośny Off Festival - relacji część pierwsza

Zacznę swe wspominki (i wypominki) od przysłowiowych już niemalże ścian dźwięku, jazgoczących przesterów, udręczonych strun i zepsutych gitar, którymi stoi Off.

No Age / Fot. Krzysiek SzlęzakAżeby uczynić zadość zwyczajom i dyplomatycznym detalom, napiszę, że pomimo ulewy pierwszego dnia, uczestnicy festiwalu zachowali zimną krew/dobry nastrój na samym początku. Brawa dla nas.

Pierwszego dnia wędrowaliśmy niestrudzenie między scenami Offa, by znaleźć się o północy w namiocie Trójki, gdzie wystąpił Najgłośniejszy Zespół Nowego Jorku - A place to bury strangers. Choć wydaje się, że nic bardziej banalnego, oczywistego i nudnego o tym zespole nie można powiedzieć, po koncercie jestem w stanie wpaść w jeszcze większy banał - to najgłośniejszy zespół na świecie!

Oliver z kumplami wdarli się szturmem do mojej czołówki festiwalowych występów - zagrali bowiem koncert totalny pod każdy względem. Mistrzostwo polegało na generowaniu chaosu, z którego wyłaniały się pojedyncze melodie, sensowne słowa, rzężąca kompozycja. Górujące nad publicznością, pośród mgły i nikłego światła, postaci na scenie dodawały mrocznego uroku tym kaskadom dźwięków.

Siedemdziesiąt minut pod wpływem wysokich częstotliwości, brutalnych przesterów, mglistych wokali i wyraźnej rytmiki zdecydowanie zaburza percepcję. Nie można czepiać się nagłośnienia, bo perfekcyjność w tej kwestii nie jest ani możliwa, ani pożądana. Nie można czepiać się braku melodyjności, bo kunszt występów APTBS polega przede wszystkim na pełnym emocji i napięcia hałasie. Choć z perspektywy fanki cieszę się ogromnie z "I know I'll see you" (z cudownym riffem, którego nie było zbyt dobrze słychać), z "Get on" czy dynamitu "I lived my life to stand in the shadow of your heart". Absolut!

Fennesz również zaskoczył tego wieczora mocnym koncertem w stylu "Venice", a więc z elektronicznym, rozmytym tłem, na którym odznacza się gitara, przepuszczona przez efekty. Podobnie jak w przypadku Basinskiego (choć to dwa różne, ambientowe światy), Austriak stworzył atmosferę tak impresyjną i efemeryczną, że niemalże niemożliwą do opowiedzenia. Gdzieś zachrobotały bity, pojawił się jakiś delikatny, zaloopowany klawisz, wszystko płynęło i w przepiękny sposób składało na spójną całość. Niezapomniany, przepiękny koncert.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.