Facebook Google+ Twitter

Piękni i sławni także chodzą do lekarza

Zmieniły się czasy i technika umożliwia występy sceniczne każdemu, kogo inni lansują. Z powodów im tylko znanych. I wprawdzie byłoby miło widzieć na żywo współczesnych, zaszczycających swymi występami moje miasto artystów, ale z powodów o których dżentelmeni nie rozmawiają, a emerytki czują zażenowanie, nie bywam.

 / Fot. reprodukcjaCZYTAJ TAKŻE:
I rym cym cym, i rach ciach ciach

Na pociechę jednak mam wspomnienia o ludziach słynnych, wielkich i znakomitych, którzy z racji mej pracy w służbie zdrowia „przeszli przez moje ( i nie tylko moje) ręce”. A również takich, którzy mojej pracy nie potrzebowali, ale których widywałam w stanie zupełnej prywatności; na którą mogli sobie wówczas pozwolić.

Sławni kuracjusze. Gdyby nie cielęca głupota czy może brak sprytu – mogłabym przez wszystkie lata pracy skompletować znakomitą kolekcję autografów i dedykacji. Niestety.

Byli to ludzie profesji przeróżnych: sławni dziennikarze, aktorzy, tancerze, sportowcy, muzycy, profesorowie uniwersytetów. Ludzie o nazwiskach znanych nie tylko w kraju, także generałowie, których sam widok stawiał na baczność.

Dane mi było robić zdjęcia rentgenowskie: sławnej i pięknej biegaczce, idolowi wszystkich wielbicieli sztuki baletowej, balerinie o znanym nazwisku, znakomitej pianistce, skrzypaczce, krakowskiej muzie Jamy Michalikowej i wielu, wielu innym. Bywali na kuracji z takich samych powodów jak wszyscy - choroby reumatyczne, zwyrodnienia stawów, stany po skomplikowanych złamaniach, a wreszcie potrzeby regeneracji organizmu i profilaktycznego wzmocnienia kondycji.

Nie sposób pamiętać wszystkich. Zdarzały się momenty komiczne: z opuchniętej po pijaństwie, niegolonej i trudnej do rozpoznania facjaty wydobywał się nagle słynny, urokliwy głos. Z kolejki skromnie zaopatrzonego sklepiku dobiegał serialowy sznapsbaryton, a wysoki szarżą pan w eleganckim mundurze bał się otworzyć usta bo - wreszcie zmuszono go interwencji dentystycznej.

Przemiłą primabalerinę doprowadzał do rozpaczy i bólu uparcie rosnący ząb mądrości.
Zwykli - niezwykli ludzie na kuracji. Bez makijażu, bez kostiumu, incognito.

Jedno z najmilszych wspomnień dotyczy pani Toli Mankiewiczówny. Bywała u wód – jak mawiała z uroczym wdziękiem, zawsze w towarzystwie męża. Nosiła eleganckie szmizjerki, garsonki, nieodmiennie miły uśmiech na twarzy i boa na szyi. Ponieważ w biurach uzdrowiska pracował pewien przedwojenny jej wielbiciel jej talentu, posiadający z racji urodzenia i wychowania umiejętność gry na fortepianie, pani Tola zgodziła się podczas jednego z pobytów dać recital.

Sala koncertowa sanatorium Marconi wypełniła się po brzegi; w nabożnym skupieniu i nadzwyczajnej ciszy słuchaliśmy przedwojennych piosenek, które pani Tola przeplatała słowem wiążącym - własnymi wspomnieniami. To było coś! W epoce ciągle jeszcze kufajkowo-gumiakowej występ przedwojennej, sławnej damy był naprawdę wydarzeniem wielkim.

Mikrofon? Rok 1960! Stało jakieś sitko na wysokiej nóżce przed śpiewaczką, ale pani Tola śpiewała głosem. Cóż mogę jeszcze dodać? Jak poeta pisał „...a przed nią bieży baranek, a nad nią leci motylek”. Uosobienie taktu, kultury i wdzięku. A ponieważ afisze zapowiadające koncert wykonał mój mąż – kilka tygodni po powrocie pani Toli do Warszawy otrzymaliśmy dedykowane zdjęcie. To moja jedyna pamiątka, której reprodukcję załączam.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.