Facebook Google+ Twitter

Piękny lot Zeppelina

Nagrali dziesięć płyt. Każda z nich jest genialna. Lecz na pewno jedna z nich najmniej doceniana - "Presence". Warto ją poznać. Surowa lecz piękna. Jest na niej wszystko, za co kochamy Led Zeppelin.

Led Zeppelin to niepowtarzalny zespół w historii rocka. Każda jego płyta jest inna, mimo, że stworzyli je ci sami ludzie – Robert Plant, Jimmy Page, John Paul Jones i John Bohnam. O każdej z nich można by napisać niejedną publikację. Uważam jednak, że warto odkurzyć krążek z ostatnich sesji nagraniowych zespołu, bowiem jest to przedostatnia studyjna płyta. „Presence” cierpliwych porwie bez reszty.

Płyta została wydana w 1976 roku. Materiał powstał głównie w spółce Plant-Page, gdyż gitarzysta odwiedzał chorego Roberta w Malibu. Razem stworzyli fundamenty pod album, który nosi tytuł „Presence”. Okładka albumu była przedmiotem wielu dyskusji, lecz ostatecznie znalazły się na niej zdjęcia z magazynu Life, w które wpasowany został czarny obelisk. Tajemniczy przedmiot był na każdym ze zdjęć przedstawiających codzienne sytuacje mieszkańców USA. Zamówienia przedpremierowe przerosły oczekiwania. Jednak z perspektywy czasu nie był to najlepiej sprzedający się krążek Led Zeppelin. I nie był on należycie doceniony.

Jest na nim wiele wspaniałych kawałków. Fakt, że może nie posiada on wpadających od razu w ucho utworów, tak jak było to na wcześniejszych albumach. Nad tą płytą trzeba się skupić i słuchać dokładnie. Wtedy na pewno odkryjemy magię „Presence”. Zawiera ona tylko siedem kompozycji, co może być sporym zaskoczeniem. Jednak gdy spojrzymy na ich długość, nie możemy mieć żadnych wątpliwości. Więcej materiału byłoby po prostu męczące. Można też odnieść wrażenie, że jest to najbardziej surowa propozycja zespołu.

Dominują tutaj trzy długie kawałki. Są one najbardziej wyraziste z całego albumu – „Achilles Last Stand”, „Nobody’s Fault But Mine” i „Tea For One”. Szukającym ostrego wcielenia Led Zeppelin polecam pierwszy z nich. Dziesięciominutowy, epicki, z doskonałym riffem Page’a. Hard rock przejawia się również w „For Your Life”. Tu z kolei mamy dialog gitary z wokalem Planta. Mimo że album jest zróżnicowany stylistycznie, mamy wrażenie, że brzmi on surowo. To dlatego, że zrezygnowano z pomocy instrumentów klawiszowych – postawiono na klasyczny skład rockowy: gitara, perkusja i bas. Znakomicie buja „Royal Orleans”, z delikatnymi zagrywkami gitary i dyskretnym solem. W „Nobody’s Fault But Mine” zespół szuka ciekawych rozwiązań. Utwór jest szarpany, często wyciszają się instrumenty, by dać pole do popisu wokaliście. W końcówce jednak powraca stary dobry rock, z hałasem i harmonijką ustną. Jedną kompozycją, która trochę może drażnić, jest „Hots On For Nowhere”. W refrenie jest rozbrajające „la, la, la”, które w połączeniu z ciekawą stylistyką trochę się gryzie. Prawdziwą perełką na tym krążku jest natomiast kończący album „Tea For One”. Genialny blues, przypominający trochę „Since I’ve Been Lovin’ You” z płyty „Led Zeppelin IV”. Jednak ma swój osobny charakter i nie ma mowy tutaj o autoplagiacie. Nastrojowy wstęp, szczery wokal i dyskretna gra sekcji – tak w skrócie można by opisać pierwszą część utworu. Potem, gdzieś w środku, dominuje Page i jego solo, jednak całość utrzymana jest w podobnym klimacie.

Dla mnie jest to niewątpliwie jedna z ciekawszych pozycji w dyskografii Zeppelin. Ci, którzy są zachwyceni pierwszymi płytami zespołu, odkryją ją późno. Jest dziwna, lecz szczera. Warto jednak czasem odpocząć od „Stairway to heaven” czy „Whole Lotta Love” i włączyć dla relaksu „Presence”, bowiem kryje ona w sobie równą ilość Zeppelinowej magii.

Led Zeppelin „Presence” (1976)
Achilles Last Stand; For Your Life; Royal Orleans; Nobody’s Fault But Mine; Candy Store Rock; Hots On For Nowhere; Tea For One
Nagrano na przełomie listopada i grudnia w 1975 roku w Monachium, Niemcy.
Produkcja – Jimmy Page.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 19.03.2008 11:46

Nic nie zmieni mojego przekonania ,że najlepszą płytą w historii rocka jest II. Nie zrozumiem też nigdy dlaczego Whole lotta love nie jest jest przez aklamację uznawana za najlepszy utwór.

Komentarz został ukrytyrozwiń

No dla mnie Houses, to po II i Presence, najlepszy album... Z tym, ze ja bardzo lubie wlasnie Presence, Houses i np III... nie wiem, ale nie kleje I czy II, a tym bardziej Psychical Graffiti... no ale ogolnie wszystko lubie... choc wielkim fanem nie jestem... :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie wiem, czy to najmniej doceniana płyta Zeppelinów, równie mało wspomina się np. o "In Trough Of Out Door", która - choć dużo bardziej eklektyczna - też ma w sobie pewien urok.

Tym niemniej "Presence" faktycznie nie należy do powszechnie znanego, zeppelinowego kanonu, dobrze, że o niej napisałeś.

Przy czym z mniej oczywistych, ja wolę "Houses Of The Holy" - dla mnie geniusz! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobry tekst - dobra płyta.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.